Żałosne skutki praktycyzmu

Tygodnik Powszechny 47/2011

Liturgia jest rzeczywistością logiczną, a jej konstrukcja zawiera w sobie odpowiedź na nasze potrzeby i pytania. Nie tylko te metafizyczne, ale także te jak najbardziej praktyczne.

 

W poprzednich odcinkach tego cyklu kilkakrotnie powracała refleksja: Msza nie jest po to, żeby była praktyczna. Liturgia z założenia praktyczną być nie może, ponieważ służy nie nam, ludziom, ale samemu Bogu. Kult bierze się – jeśli wolno się tak wyrazić – z nadmiaru łaski wlanej do ludzkiego serca. Powstaje z tego, co nam „zbywa”, co chcielibyśmy oddać Temu, który nas tak rozrzutnie obdarzył. Tutaj nie liczy się kupiecka miara cennego czasu – mamy go „marnować” dla Niego. Mszy nie uświęca też żadna, nawet najbardziej szlachetna ludzka intencja – wszystkie intencje mszalne są tylko pokorną prośbą, by Bóg, któremu bezinteresownie okazujemy miłość i cześć, zechciał nas przy tej „okazji” łaskawie wysłuchać.

Jeśli ktoś chce przeżyć dzień Pański wyłącznie praktycznie, najlepiej niech nie wychodzi w niedzielę z domu.

Wszystko to wcale nie znaczy, że nie musimy dbać o sprawny przebieg Eucharystii. Człowiek nawet podczas tak wzniosłej czynności jak służba Bogu stoi nogami na ziemi. Nie powinniśmy więc zapominać, że w wymiarze organizacji dużego ludzkiego zgromadzenia, Msza nie różni się specjalnie od wiecu: ktoś musi zadbać o to, by mówca słyszany był nawet w najdalszych rzędach, ktoś pilnuje, by tłum nie zagradzał przejścia dla procesji, ktoś inny kieruje ludzi idących do komunii, by nie tworzyć zatorów. Ktoś wreszcie musi czuwać, by nabożeństwo nie trwało za długo: trzeba przecież pamiętać o ludziach przychodzących na następną Mszę.

Te przykładowe działania są niezbędne, bo bez nich Msza zamieniłaby się w targowisko. Co więcej, nie są też jakimś „złem koniecznym”, nie kłócą się przecież ani z założeniami, ani z porządkiem dziękczynienia. Tutaj wszystko ma swoje miejsce – i rzeczy przyziemne, i wzniosłe. Liturgia jest rzeczywistością logiczną, a jej konstrukcja zawiera w sobie odpowiedź na nasze potrzeby i pytania. Nie tylko te metafizyczne, ale także te jak najbardziej praktyczne. Na przykład: co zrobić, by nie tłoczyć się do Eucharystii? Wstawać z ławek w odpowiednim czasie, idąc do komunii w procesji, a nie w kolejce.

Wszystko, czego tutaj potrzeba, polega na umiejętności odczytania, jaki wymiar praktycznych czynności otwiera nam taki lub inny znak, ukazywany nam w konkretnym momencie Mszy świętej. A jeśli coś podczas jej przebiegu wyraźnie nie gra, to nie jest wina liturgii, lecz człowieka, który gdzieś pogubił jej sens.

Naginanie logiki Eucharystii w imię rzekomego usprawnienia przebiegu nabożeństwa, albo tzw. względów duszpasterskich, nie może służyć niczemu dobremu. Jak inaczej nazwać rozpowszechnioną praktykę spowiedzi podczas trwania Mszy? To są przecież dwie zupełnie różne rzeczywistości sakramentalne, które nie powinny dokonywać się w tym samym czasie i miejscu. Eucharystia jest dla świętych (powtarzam to słowo za „Didache”, najstarszą nauką apostolską), czyli chrześcijan pojednanych z Bogiem, a sakrament pojednania dla pokutników. Tymczasem popatrzmy na kolejkę penitentów czekających przed konfesjonałem podczas Mszy świętej. Oni bardzo często nie wiedzą, jak się zachować. Klękać czy nie klękać na dźwięk dzwonka, odmawiać czy nie odmawiać z innymi „Wierzę w Boga”? Z tej niepewności rodzą się niepewne odruchy: niewyraźnie mówione modlitwy lub ukradkiem czyniony znak krzyża. A przecież Eucharystia nie jest właściwym miejscem do czynienia gestów niezdecydowania.

Nie ma problemu, jeśli konfesjonał ustawiony jest w bocznej kaplicy, oddzielonej od głównej nawy. Ale jeśli spowiedź odbywa się w samym kościele, a uczestniczący we Mszy wierni dosłownie ocierają się o penitentów, najlepiej byłoby po prostu przenieść godziny spowiedzi na inny czas.

Nawet jeśli niektóre zachowania „praktyczne” są reakcją na rzeczywiste zamieszanie w kościele, to i tak lekarstwo bywa gorsze od samej choroby. Tak jest ze znakiem pokoju. Chcemy być mili dla innych, więc ściskamy dłonie wszystkich stojących w pobliżu. Trwa to długo, zdecydowanie za długo. Znak liturgiczny nie jest wymianą grzeczności. Jednak na tym nie koniec problemów: nasza rozwlekłość zderza się teraz z pośpiechem organisty, który intonuje „Baranku Boży” niemalże w kilka sekund po słowach księdza. A przecież wierni powinni mieć chwilę czasu na skupienie się przed tą ważną modlitwą przebłagalną. Tymczasem wychodzi na to, że organista gra już „zmiłuj się nad nami”, a ludzie ciągle jeszcze chodzą po ławkach i z uśmiechem ściskają sobie ręce.

Nic się na to nie poradzi, dopóki poczucie dyscypliny ze strony wiernych nie zejdzie się na nowo z poczuciem cierpliwości organisty. Liturgia to w końcu dzieło wspólnoty i tylko wspólnie możemy odnajdywać w niej pogubiony sens.

 

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Beszad
    24.11.2011 09:32
    Cieszę się, że temat został poruszony wielopłaszczyznowo, bo faktycznie potrzebna jest tu pewna równowaga między tym co praktyczne, a tym, co powinno całkowicie wychodzić poza ramy zwykłego pragmatyzmu. Myślę jenak, że wychodzić tu należy zawsze od wrażliwości na obecność drugiego człowieka, bo jeśli mówimy o obecności Boga podczas Eucharystii, to nie można się jej doszukiwać gdzieś w przestrzeni kadzideł, ale w nas samych. To tutaj, w głębi serca, stoi właściwy ołtarz ofiarny, na którym dopełnia się tajemnica SPOTKANIA.

    Jeśli więc chodzi o czysto praktyczne kwestie, najbardziej rażą mnie właśnie sytuacje, w których spotykam się z brakiem szacunku wobec drugiej osoby. Tak się dzieje, gdy ktoś np. wpycha się przed innego do komunii. Albo gdy siada na skraju pustej ławki, nie interesując się, że ktoś obok stoi. To są szczegóły, ale warto o nich mówić, bo własnie one stają się dla mnie ekspresją autentycznie przeżywanej Ofiary.

    Aha - i jeszcze odnośnie poruszonego tematu spowiadania - w tej kwestii zgadzam się z autorem. Sugerowałbym, żeby w każdym kościele były wyraźnie wypisane godziny, w których można się wyspowiadać (tak wyraźnie, jak godziny mszy) - często się zdarza, że wierni krażą jak błędne owce szukając konfesjonału, a przecież wystarczyłoby napisać, o któej porze w którym konfesjonale... Byłbym też za tym, żeby raczej oddzielać Mszę Świętą od spowiedzi - wtedy jest szansa, że będzie ona bardziej pogłębiona.
  • gut
    24.11.2011 16:11

    nasza rozwlekłość zderza się teraz z pośpiechem organisty, który intonuje „Baranku Boży” ... :) To prawda coś w tym jest choć w moim kosciele tego nie ma to jednak innych jest obecny ten "pośpiech" :)

  • Tomek
    25.11.2011 20:07
    Bardzo interesująca i piękna jest liturgia we wspólnotach Jerozolimskich w Warszawie oraz w Taize. Pewnie nie wszystko da się przenieść do każdej parafii, ale kilka rozwiązań pewnie tak.
    1. Muzyka po homilii (lub przynajmniej dłuższa cisza). Jakże często natychmiast po homilii intonowane jest "wierzę..." za szybko...
    2. Więcej momentów medytacyjnej ciszy.
    3. Większe zaangażowanie w znak pokoju.
    4. Myślę, że wzorem amerykańskim (akurat to mi się w USA podoba) kapłan mógłby przy wyjściu żegnać się z wiernymi. A ponadto podoba mi się amerykańsko-skandynawski zwyczaj urządzania małego składkowego poczęstunku (kawa, herbata, herbatniki) - dla chętnych...Wiem, że to się może wydawać skomplikowane... ale jeśli oni mogą, a nie kryją się chyba za tym wielkie koszty...
    5. Podoba mi się też zwyczaj witania wiernych przy wejściu. To jest może nieco trudniejsze organizacyjnie i wymaga pewnej ekipy ludzi, ale może w niektórych kościołach by się dało? Wtedy też można np. wskazać miejsce osobom starszym czy zwłaszcza pokierować osoby z małymi dziećmi...
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama