Bez respiratora

Tygodnik Powszechny 48/2011

Kościół otwarty to nie „Kościół w Kościele”, tylko Kościół soborowy. I tak długo, jak pozostanie soborowy, tak długo będzie otwarty.

 

"Kościół otwarty” nie ma dziś dobrej prasy. Ostatnio albo wystawia mu się nekrolog (Katarzyna Wiśniewska, „Śmierć Kościoła otwartego”, „Gazeta Wyborcza” z 12-13 listopada), albo odlicza się jego ostatnie godziny, gdyż „siła pewnej tradycji podtrzymuje mu nerwy twórcze, ale nie są one już życiodajne” (abp Józef Michalik „Raport o stanie wiary w Polsce”, Radom 2011). Czy rzeczywiście jest tak źle?

Ani za mało, ani za dużo

W debacie publicznej „Kościół otwarty” stał się synonimem środowisk zgrupowanych wokół „Znaku”, „Tygodnika Powszechnego”, „Więzi”. Ta identyfikacja jest słuszna historycznie, bo te środowiska tworzyły w Polsce klimat pod reformy soborowe, starając się równocześnie je reprezentować.

Oczywiście w sensie socjologicznym sektor „katolików otwartych” jest znacznie szerszy. Ks. prof. Janusz Mariański szacuje, że obejmuje on ok. 15 proc. wiernych („Katolicyzm polski: ciągłość i zmiana”, Kraków 2011). Czy to dużo? Spójrzmy na panoramę: sektor zaangażowanych katolików obejmuje ok. 10 proc. ogółu członków Kościoła, sektor związanych „urzędowo” z Kościołem ok. 1 proc., sektor katolików tradycyjnych ok. 60 proc. (przy czym połowa z nich to katolicy „selektywni”), sektor katolików nominalnych wynosi ok. 10 proc. i sektor katolików „pogranicza” ok. 1 proc.

Jeżeli więc spojrzymy całościowo, to „Kościół otwarty” nie tylko się trzyma, ale ma przyszłość – ponieważ ma szansę przyciągnąć tych, którzy się wahają bądź są indyferentni. Pod jednym warunkiem: że nie stanie się progresywny, ale też nie zrezygnuje z bycia soborowym.

Inspirujące są prace amerykańskich socjologów religii, którzy opracowali ekonomiczną teorię nisz. Według Rogera Finke’a i Rodneya Starka różne rodzaje dóbr materialnych bądź duchowych sprawiają, że ich konsumentów można podzielić na kategorie (nisze) w zależności od preferencji i gustów.

Na „religijnym rynku” pojęcie niszy definiowane jest poprzez stosunek napięcia do kosztów. Napięcie to dysonans pomiędzy praktykami określonej grupy religijnej a stylem życia całego społeczeństwa. Stopień tego napięcia mierzy się według kryterium strictness, czyli ścisłości reguł przestrzeganych przez grupę w stosunku do przyjętych w społeczeństwie norm. Im większa ścisłość, tym większe napięcie. Ze względu na stopień odczuwanego „napięcia” na „rynku religijnym”, można wyróżnić pięć nisz: bardzo sztywną, dość sztywną, średnią, postępową oraz bardzo postępową.

Nisze nie mają takich samych zakresów, ponieważ społeczeństwo nie dzieli się po równo, gdy chodzi o upodobania jego członków. O tym trzeba pamiętać, patrząc na statystyki.

Egzotyczne wyspy i złote lata

Jak z kolei pokazują badania włoskiego socjologa religii Massima Introvignego, niszę ultraprogresywną cechują wartości w pełni harmonizujące z tymi powszechnie podzielanymi przez większość społeczeństwa nowoczesnego i ponowoczesnego. Choć najłatwiej jej o społeczną akceptację, obejmuje ona skrajnie niski procent „konsumentów” religijnych, co potwierdzają również badania w Polsce.

Z kolei nisza „bardzo sztywna” odrzuca w całości wartości nowoczesnego społeczeństwa, starając się całkowicie odizolować od niego. Z tego też powodu jej członkowie cierpią najwyższy stopień napięcia, jak i napiętnowania ze strony innych. W Polsce tradycjonaliści to „egzotyczne wyspy”, a nie skonsolidowana schizmatycka wspólnota – więc ich obecność jest marginalna i nieznacząca dla kształtowania się obrazu Kościoła.

Trzecia nisza, zwana „postępową”, uznaje za konieczne „zaadoptowanie” wartości społeczeństwa nowoczesnego i ponowoczesnego. Procent jej zwolenników zazwyczaj pozostaje stały i ograniczony. Nisza „dość sztywna” odrzuca wartości otaczającego społeczeństwa, ale nie izoluje się, poszukując sposobów na jakieś dialektyczne współistnienie. Ostatnia z nich, nisza „średnia” (bądź „środkowa”), gromadzi osoby o średnim poziomie napięcia i napiętnowania. Łączą one w sobie postawę konfrontacji i krytyki wobec otaczającej rzeczywistości wraz z nastawieniem misyjnym w stosunku do innych ludzi. Zazwyczaj obejmuje ona najwyższy odsetek osób zainteresowanych religią.

Jeśli katolików otwartych utożsamimy z niszą „postępową”, „Rodzinę Radia Maryja” z niszą „dość sztywną”, a katolików tradycyjnych z niszą „średnią”, to wychodzi na to, że „Kościół otwarty” ma tylu zwolenników, ile może mieć, jeśli z jednej strony nie chce przestać być Kościołem, a z drugiej strony, w imię „przyrostu”, nie chce stać się parawanem dla pseudokatolików. Wszystkim przywołującym „złote lata” Kościoła otwartego warto przypominać, że jego liczebność nie była stanem realnym, gdyż stanowił on baldachim dla opozycji politycznej, będąc równocześnie „mostem” dla spotkania środowisk kościelnych ze świeckimi – w tym również z niewierzącymi. To zadanie, na tamtym etapie historii polskiego katolicyzmu, spełnił z wyróżnieniem, choć nie bez napięć i kosztów własnych.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama