Romans na całe życie

W drodze 12/2011

Nie można kochać innych, jeśli nie kocha się siebie. Rozszerzając: nie można pojednać się z innymi, jeśli żyjemy w permanentnej wojnie z samym sobą.

 

Półki w księgarniach uginają się pod ciężarem poradników psychologicznych: Jak pokochać siebie? Jak pogodzić się z własnym życiem? Jak przebaczyć samemu sobie? Jak zaakceptować swoją historię? (pomijam pozycje w stylu: Jak w 30 dni wzmocnić poczucie własnej wartości? albo: Zaakceptuj siebie w miesiąc). Zjawisko to można skwitować i łatwo ocenić jako przejaw rozpsychologizowania naszych czasów. Warto jednak zadać pytanie. Jeśli panuje podaż na tego rodzaju lektury, to przecież musi istnieć również i popyt. Skąd on się bierze? Viktor Frankl, psychiatra, psychoterapeuta, twórca logoterapii, którego książka Człowiek w poszukiwaniu sensu rozeszła się w milionach egzemplarzy, wspominał kiedyś, że wielu dziennikarzy, przeprowadzając z nim wywiad, zaczyna od pytania: „Doktorze Frankl, pańska książka to absolutny bestseller. Co pan sądzi o tak spektakularnym sukcesie?”. Autor zwykł odpowiadać, że nie traktuje powodzenia swojej książki jako osobistego sukcesu ani osiągnięcia, lecz raczej jako potwierdzenie duchowej nędzy naszych czasów. Skoro miliony ludzi sięgają po książkę, której tytuł wyraźnie nawiązuje do kwestii sensu życia, musi być to dla nich niezwykle aktualny i palący problem. Może dzisiejsze zainteresowanie lekturami dotyczącymi poczucia własnej wartości i miłości do siebie jest również wyrazem aktualnego i dręczącego nas problemu.

Jak siebie samego…

Drogi czytelniku, zachęcam cię teraz do małego sprawdzianu. Skup się, zwróć uwagę na własną osobę i powiedz do siebie w myślach lub na głos: przyjmuję siebie, cenię siebie, kocham siebie, przebaczam sobie… Jakie wywołało to w tobie wrażenia? Czy przyszło ci to bez trudu i oporu, a w środku odczuwałeś dumę i radość, czy też wydawało ci się to głupie, sztuczne, niezręczne? A może, wypowiadając te słowa, doświadczałeś łapiącego za gardło smutku, że tak dawno ich nie słyszałeś we własnych ustach? „Kochaj bliźniego jak siebie samego”. Nie można kochać innych, jeśli nie kocha się siebie. Rozszerzając: nie można pojednać się z innymi, jeśli żyjemy w permanentnej wojnie z samym sobą. I chociaż wszyscy znamy interpretację tego biblijnego zdania i wydaje się nam ona już oklepana, to jednak z trudem przychodzi nam powiedzieć otwarcie sobie i innym: kocham siebie, przyjmuję siebie, przebaczam sobie… Mam wrażenie, może mylne, że szczególny problem mają z tym ludzie wierzący, którzy często ulegają przekonaniu, że człowiek powinien kochać Boga i bliźniego, a siebie powinien nienawidzić i o sobie zapomnieć. Od dzieciństwa przecież wpaja się nam, że miłość własna jest egoizmem. Na podparcie tego błędnego poglądu cytuje się słowa Jezusa: „Kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje” (Mt 16,24). W niektórych przekładach „zaprzeć się samego siebie” tłumaczy się jako „pozostawić »ja« za sobą”. Nie chodzi więc o to, że mamy siebie nienawidzić, ale o to, że nasze (fałszywe) „ja”, które nas więzi i przesłania nam świat, mamy pozostawić za sobą. Egoizm to nie miłość własna, ale to imię fałszywej miłości własnej. Zatem ewangeliczna nienawiść do siebie nie oznacza pogardy dla własnej osoby, ale to inne imię właściwie pojętej miłości własnej.

Kto jest moim bliźnim?

Doskonale znamy przypowieść o miłosiernym Samarytaninie: na wędrowca napadają zbójcy, którzy go obdzierają i zadają mu rany, zostawiając go na pastwę losu. Leżącego przy drodze nieszczęśnika mija kapłan, a potem lewita. Obydwaj, choć go zauważają, zostawiają bez udzielenia pomocy. Wreszcie pewien Samarytanin, „gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: »Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał” (por. Łk 10,25–37).

Jezus opowiedział tę przypowieść uczonemu w Prawie w odpowiedzi na jego pytanie: „A kto jest moim bliźnim?”. Najczęściej tę scenę rozumiemy, i pewnie słusznie, jako zachętę do miłości bliźnich (zwłaszcza tych najbiedniejszych, pokrzywdzonych przez los). Chciałem jednak tutaj zaproponować inne spojrzenie. Zainspirowały mnie do tego słowa C.G. Junga:

To, że ugoszczę żebraka, że przebaczę temu, kto mnie obraził, że nawet wroga kocham w Imię Chrystusa – jest bez wątpienia wysoką ceną. Co czynię temu najmniejszemu z moich braci, to czynię Chrystusowi. Ale gdybym teraz miał odkryć, że ten najmniejszy ze wszystkich, ten najbiedniejszy z wszystkich żebraków, ten najbezczelniejszy z wszystkich miotających obelgi, nawet ten wróg sam jest we mnie, że to ja sam potrzebuję jałmużny mojej dobroci, że to ja sam jestem wrogiem, którego trzeba kochać, to co wtedy? Wtedy z reguły cała chrześcijańska prawda obraca się, wtedy nie ma już wcale miłości i cierpliwości, wtedy bratu w nas mówimy »raka«, wtedy zasądzamy siebie i na siebie się pienimy. Na zewnątrz ukrywamy to, wypieramy się tego, jakobyśmy kiedykolwiek spotkali takiego najmniejszego z nas i choćby to był sam Bóg, który przychodzi do nas w postaci tak nikczemnej, wyparlibyśmy się Go tysiąckrotnie, jeszcze zanim kogut by zapiał pierwszy raz.

W kontekście słów Junga popatrzmy na poszczególne postaci przypowieści. Obdarty i zraniony człowiek, leżący obok drogi, to symbol tego wszystkiego, co w nas zranione, przegrane, bolesne, zawstydzające, połamane, ukrywane i samotne – a więc tego, co potrzebuje opatrzenia, opieki i pielęgnacji. Miłosierny Samarytanin oraz kapłan i lewita symbolizują dwa sposoby odnoszenia się do siebie (a zwłaszcza do zranionej i obdartej części w nas). Tutaj mały nawias i wyjaśnienie. Nasz stosunek do siebie samych buduje się przez całe życie, a najistotniejsze są pierwsze lata naszej historii. Mówiąc w uproszczeniu, nasza relacja do samych siebie jest odwzorowaniem tego, jak inni (szczególne znaczenie mają oczywiście osoby najważniejsze – najczęściej są to rodzice) kiedyś odnosili się do nas. To oni, przez swoje komunikaty (wprost i nie wprost) mówią nam, kim jesteśmy i ile znaczymy. Jeśli osoby znaczące były adekwatnie dostrojone do naszych potrzeb, to nauczyły nas przez to, że jesteśmy godni kochania i akceptacji. Ludzie z takim doświadczeniem w dorosłości cieszą się adekwatnym poczuciem własnej wartości, a miłość do siebie przychodzi im spontanicznie. Potrafią przyznać się do popełnionych błędów, ale nie zadręczają się nimi bez końca. Umieją przebaczać i przyjmować przebaczenie. Jeśli natomiast opiekunowie byli nieuważni, zajęci sobą, zaniedbujący, surowi (bez względu na to, czy było to zaniedbanie świadome czy też nieświadome; widoczne czy też subtelne), to miłość i szacunek do samych siebie, zdolność przebaczania sobie jest dla tych osób nie lada wyzwaniem. Zamiast tego raczej automatycznie przychodzi im bezustanne oskarżanie siebie, krytycyzm, nieufność do swoich odczuć i wyborów, ciągłe poczucie winy.

Kapłan i lewita to symbol tych opiekunów, którzy zaniedbują i krytykują swoich podopiecznych. Takie zachowania ze strony ważnych dla nas osób sprawiają, że w przyszłości w podobny sposób zaczynamy traktować siebie samych: nie potrafimy się troszczyć o siebie, kochać siebie, żyjemy ze sobą w stanie walki. To, co miało położyć podwaliny pod miłość, stało się fundamentem autodestrukcji. Kapłan i lewita widzą pobitego człowieka, ale nie reagują. Jakże często ludzie ogarnięci poczuciem krzywdy mówią o swoich rodzicach, dziadkach, nauczycielach, katechetach: „Problemy zamiatało się pod dywan. Widzieli, ale nie reagowali. Nikt nie zauważał mojego cierpienia. Z tym, co mi nie wychodziło, byłem sam”.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama