Różnorodność która nie jest zaprzeczeniem

Przewodnik Katolicki 52/2011

W tym roku wigilia będzie u Andrzeja. Po śmierci mamy wszyscy postanowili, że dalej święta będą spędzać razem; oni, czyli czterech braci i ich rodziny. Przy wspólnym stole spotkają się więc wszyscy: najstarszy Krzysztof, potem Grzegorz, Rafał i najmłodszy Andrzej. Wigilia będzie tradycyjna, z potrawami takimi jak u wszystkich, opłatkiem i modlitwą przed. W końcu jeden z nich wyjmie gitarę i zaintonuje pierwszą kolędę.

 

Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby tej gitary nie trzymał w ręce jeden z najbardziej znanych muzyków rockowych w Polsce, Grzegorz, wokalista i lider rockowego zespołu Perfect, i gdyby obok niego nie siedział jeden z najbardziej znanych księży w Warszawie, rzecznik prasowy kard. Kazimierza Nycza, ks. Rafał. Gdy się na nich patrzy, już na pierwszy rzut oka widać podobieństwo, a w rozmowie przez telefon można by ich pomylić, bo głosy brzmią łudząco podobnie. Tylko te drogi życiowe kompletnie do siebie nie pasują, jeden długowłosy rockman, kojarzący się z ostrym graniem, trasami koncertowymi z tysiącami fanów i fanek, alkoholem i rock’n’rollowym stylem życia, drugi – totalne  przeciwieństwo: kapłaństwo, teologia, posługa duszpasterska i służba Kościołowi. Czy w ogóle mają ze sobą coś wspólnego poza nazwiskiem? Czy się siebie nie wstydzą, mówiąc wprost.

Cudowne lata

Nie jest łatwo spotkać ich razem, zabiegani, zapracowani, każdy po swojemu. „Cześć artysta! – zaczyna rozmowę przez telefon ks. Rafał – masz chwilkę?”. „Chwilkę tak, ale więcej nie, Gruby” – słyszy w odpowiedzi i już wiadomo, że jest między nimi ten rodzaj zażyłości, którego życzyć sobie może każdy z nas, kto dzieciństwo dawno ma za sobą, dzieciństwo, które najłatwiej obudzić w nas może pamiętający nasze szczenięce lata brat lub siostra. Rodzeństwo, z którym spędzało się najwięcej czasu. Markowscy właśnie tak mają.

Wychowali się w Józefowie pod Warszawą. Mama Barbara nie pracowała, tylko opiekowała się domem i swoimi czterema synami. Ojciec Andrzej, były partyzant, noszący nawet dumne imię „syna pułku” z desperacją, którą doceni chyba tylko ten, kto pamięta lata 50., próbował prowadzić prywatną firmę budowlaną. Mama nie była spolegliwa, ale też niespecjalnie wymagająca, wymagający to był ojciec, który zabierał synów na polowania i wpajał różne ważne życiowe zasady. Dom był, jak to dziś zgodnie mówią, religijny, ale bez przesady. Msza św. w niedziele – obowiązkowo, sakramenty – też. Ale nic, albo niewiele więcej. A może raczej niewiele mniej, skoro nawet najbardziej nieujarzmiony i niepokorny syn Grzegorz, który od nauki wolał muzykę, przez pewien czas grał Msze bitowe w swoim parafialnym kościele.

Każdy ma swoje powołanie

W tym czasie Rafał kończył VIII klasę szkoły podstawowej. Ku zaskoczeniu wszystkich domowników, i chyba nawet samego siebie, postanawia wstąpić do Niższego Seminarium Duchownego w Płocku. „Nie umiem wyjaśnić dlaczego, skąd wzięła się we mnie ta chęć bycia księdzem, dotykamy chyba tajemnicy powołania i tyle” – mówi dziś ks. Rafał, który w przyszłym roku obchodzić będzie 30. rocznicę święceń kapłańskich. Bracia jeszcze przez kilka lat czekali, wierzyli, że się rozmyśli, załatwili mu nawet po swojemu miejsce w miejscowym liceum, by tylko wrócił z powrotem, ale na próżno. Rafał zdania nie zmienił. Po Płocku było więc Wyższe Seminarium w Warszawie i święcenia kapłańskie z rąk prymasa Józefa Glempa, i praca duszpasterska w Warce i w Konstancinie, i studia teologiczne, i doktorat. Konsekwentnie. Uparcie. Bezkompromisowo.

W tym czasie Grzegorz powoli odkrywał uroki bycia artystą, najpierw trafił do Teatru na Targówku, gdzie opiekował się nim muzycznie Włodzimierz Korcz i gdzie śpiewała Alicja Majewska, Danuta Rinn… a Grzegorz podpatrywał i się uczył. I jak to się mówi, korzystał z życia. Pełne szaleństwo to jednak był dopiero Perfect, setki tysięcy sprzedawanych płyt, setki koncertów, nagrań i dziesiątki przebojów, które na pamięć zna chyba każdy, kto w latach 80. i 90. chodził do szkoły. Wtedy widywali się najrzadziej.

Rafał pamięta do dziś, gdy którejś soboty, gdzieś w połowie lat 80., pracował nad czymś, pisząc, i usłyszał w akurat włączonym radiu – na pierwszym miejscu „Listy Przebojów Programu Trzeciego”– swojego brata śpiewającego Autobiografię. Piosenka wcisnęła go w fotel jak wielu ówczesnych nastolatków, dwudziesto- i trzydziestolatków. Dziś najbardziej lubi Niepokonanych. Słowa „trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym” przypominają mu się nie wiedzieć czemu najłatwiej.

Razem, jak brat z bratem

I Rafał, i Grzegorz bez oporu mówią jeden o drugim. I zgodnie podkreślają, jak bardzo lubią ze sobą przebywać. Stąd pomysł wspólnych wyjazdów na wakacje, razem z ukochaną żoną Grzegorza Krystyną (ta sama od prawie 40 lat) i równie ukochaną córką jedynaczką Patrycją, jej synkiem Filipem i mężem Jackiem. Patrycja ma charakter ojca, jak on szybko stała się popularną piosenkarką i jak on jest równie nieokiełznana i dynamiczna. I podobnie jak on, lubi towarzystwo wujka księdza. Lubi i potrafi słuchać, choć tak często poglądy kapłana różnią się od zdania młodej rockowej wokalistki. Jednak te ich rozmowy na temat różnych odcieni życia to nie konfrontacje. Często widać, że więcej ich łączy, niż dzieli.

Grzegorz też to widzi. Dlatego raz czy drugi zgodził się na wspólną z bratem wizytę w telewizji, i publicznej, i prywatnej, by jak twierdzi: „Pokazać normalność więzi i relacji międzyludzkich, bliskość, która jest możliwa nawet jeśli detale nie są takie same...”.  – Nie  zgadzam się na przeciwstawianie nas sobie – mówi Rafał – to nie jest tak, że jeden jest dobry anioł, a drugi zły, diabeł. Nie. Jesteśmy podobni, choć tak różni. Różnorodność, która nie jest zaprzeczeniem. Po prostu.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama