Któż jak Bóg 6/2011dodane 2011-12-30 00:00
Piotr
Kilka miesięcy temu niewiele mnie dzieliło od tego, by szatan mną zawładnął. Dzięki modlitwie, łasce Pana Boga i jego wskazaniom udało mi się uciec z szatańskich szponów.
Mam 25 lat. Bluźniłem przeciw Panu. Najpierw chciałem posiąść pierścień atlantów, który miał dawać moc. W ten sposób chciałem znaleźć dowód na istnienie sił nadprzyrodzonych, na istnienie Boga. Chciałem dzięki temu pierścieniowi czynić „dobro”, zastąpić samego Pana. Bóg mnie jednak ostrzegł przed najgorszym. Zdobywając wiedzę na temat tego diabelskiego artefaktu dotarłem na strony katolickie. Wprost wskazywały, że ów pierścień służy przywoływaniu demonów. Owszem daje pewne przywileje, ale destrukcyjnie działa na życie człowieka, to doczesne i to duchowe, prowadząc do totalnego załamania i wyniszczenia. Nigdy nie wszedłem w posiadanie tego przedmiotu, ale sama myśl, pycha upodliła moje serce. Najgorsze było to, że zdobywszy tę wiedzę nie wyspowiadałem się ze swego bluźnierstwa i pychy.
Przeklęty artefakt
Zaniechawszy posiadania pierścienia dostąpiłem paru nienaturalnych incydentów. Raz w nocy zdarzyło się mocne uderzenie w drzwi mojego pokoju, kilkukrotnie czułem obrzydliwy odór, bez żadnego jego wyraźnego źródła. Niedługo potem miałem sen, straszny. Niewiele z niego pamiętam, wiem że obudziłem się przerażony. Jedno mi jednak na zawsze utkwiło w pamięci, ujrzałem straszne oblicze szatana, czy też jednego z jego demonów i usłyszałem głos, czy też myśl mówiącą, że wszelkie zło pochodzi od Lucyfera. Przeraziłem się. Co znamienne, dziwnym trafem, zacząłem zauważać ludzi noszących na swych dłoniach ów pierścień, czego przedtem nigdy nie doświadczałem. Raz stojąc w kolejce do kasy biletowej PKP zauważyłem mężczyznę, który mi się dziwnie przypatrywał (może to moje tylko wrażenie o podłożu psychicznym?), następnie stanął przede mną i zasłaniając twarz ręką trzymaną na wysokości mojej głowy ukazał przeklęty artefakt. Jeszcze dwa razy w miejscach publicznych widziałem innego mężczyznę, który dziwnym, złym wzrokiem wpatrywał się we mnie. Potwierdził to nawet mój kolega, gdy pokazałem mu osobę świdrująca naszą grupę wzrokiem. Doświadczenia tamte miały być przestrogą dla mnie i były - zaniechałem żądzy pierścienia - ale przestroga ta nie była wystarczająca.
Kolejna pokusa
Parę miesięcy po tych wydarzeniach znowu nadeszła pokusa. Dowiedziałem się od mojego przyjaciela, notabene dobrego człowieka i praktykującego katolika, o czymś takim jak oobe - doświadczenia duszy poza ciałem. Nie posądzam go o złe intencje, po prostu wynikł ten temat z naszej rozmowy. Istotą owego oobe ma być wprowadzenie się w pewien rodzaj transu, którego wynikiem ma być oddzielenie duszy od ciała i swobodne podróżowanie tej pierwszej. Pojmowanie świata z jej perspektywy a właściwie podróż po różnych „bytach astralnych”, oglądanie niesamowitej mozaiki różnych „krain”, wymiarów, poznawanie innych „podróżników”, innych „wolnych” albo „obudzonych”, jak praktykujący oobe siebie sami nazywają. Pokusa i chęć znalezienia dowodu na to, że istnieje jakakolwiek sfera życia poza naszym światem doczesnym, pokusa uwolnienia swej nieśmiertelnej duszy, „odkrycia” jej, znalezienia dowodu na istnienie Boga, była dla mnie zbyt silna. Szatan wiedział, jak do mnie trafić, korespondowało to z moimi zainteresowaniami na temat życia, Boga i istoty człowieka.
Gruba warstwa brudu
Wprowadzając się w ten trans zacząłem z przerażeniem przekonywać się, że to „działa”. Po kolei występują wszystkie objawy, takie jak wrażenie unoszenia, dziwne fale, mrowienie przechodzące przez ciało, słyszenie głosów, dźwięków z dnia codziennego, których będąc zamkniętym na klucz w pokoju nie miałem prawa słyszeć. Mój stan nie był jednak snem, jawą, majaczeniem nocnym. Wiedziałem, że robię to świadomie i moja wola była w pełni świadoma. Zadziwiało mnie to i przerażało zarazem, że zbyt łatwo i zbyt szybko doprowadziłem się do czegoś takiego. Wcześniej słyszałem w końcu wiele zastrzeżeń, że trans nie zawsze się udaje. Być może wynikało to z moich grzechów, które jak gruba warstwa brudu nawarstwiły się na obrzeżach mojej duszy tworząc kokon zła. Pojawiła się w moim umyśle obawa, że jednak naprawdę może dojść do oddzielenia mojej duszy, że opuści ona moje ciało i nigdy już nie powróci. Wolę przerwania transu potęgowało wrażenia duszności, spowodowane owym „unoszeniem” i odchyleniem głowy do tyłu, co miało utrudniać oddychanie. Pod wpływem tego przerwałem ten trans. Tej nocy już nie znalazłem spokojnego snu. Byłem niesamowicie podniecony i przerażony, nie wiedziałem co robić. Rano na lewej dłoni znalazłem burchel z zakrzepniętą krwią, właściwie kropka krwi, taki sam ślad, jak po ukłuciu igłą. Jeden z książkowych przykładów śladów, które miały występować po zakończeniu transu. Nie pamiętam bym tego dnia albo wcześniej czymś ukłuł się w dłoń, tym bardziej, że była to zima. Nie doszedłem od ostatniego etapu transu, tzn. mającego nastąpić uwolnienia duszy i podróżowania w świecie astralnym, jak nazywają to religie Wschodu. Znowu cofnąłem się w ostatniej chwili, o krok przed otchłanią. Tym razem szatan postanowił nie odpuszczać tak łatwo.
Pozorna głębia
Myśl o tamtym wydarzeniu nie dawała mi spokoju. Zacząłem lustrować Internet w poszukiwaniu wiedzy na temat oobe i jego skutków. Uderzyły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, jak wiele stron jest poświęconych temu zjawisku. Jak wiele jest świadectw ludzi przeżywających ten stan i jak wiele osób to zachwala. Po drugie, myśląc o oobe, o tym, że istnieje „coś ponad”, wierzyłem, że musi się z tym wiązać jakiś ruch religijny, jakaś wspólnota, która miałaby głosić, że życie nie kończy się wraz z zaprzestaniem bicia serca i obumarciem pnia mózgowego. Nic takiego nie znalazłem. Owszem w Internecie działa kilku propagatorów oobe, mówiących o konieczności „obudzenia się”, ale nic poza tym. Zabrakło mi czegoś głębszego.
Dla mnie możność doświadczenia oddzielenia duszy od ciała powinna stanowić rewolucję duchową, „boski dowód”, ale nie znalazłem tego u ludzi, którzy to przeżyli. Wręcz przeciwnie. Niepokój zaczęły we mnie budzić wypowiedzi tzw. „obudzonych”. Negowali oni istnienie Boga, instytucję Kościoła, nierzadko w obelżywych słowach. Przejawem ich schizofrenii było dla mnie pisanie z jednej strony o braku Stwórcy, a wzywanie do dechrystianizacji z drugiej. Skoro nie ma Boga sakramenty nie powinny zostawiać żadnych znamion na nas, na naszej duszy. A jednak ci „obudzeni” wzywali do wymazania jakichkolwiek Bożych śladów.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
Dodaj swój komentarz »