Dziennikarz jak wyrzut sumienia

Niedziela 5/2012

Dorastała w Katowicach. Nie ma zwyczaju dzielić się wspomnieniami z dzieciństwa. Podobnie jak i ze szkoły średniej, w której, jak dziś podkreśla, miała wprawdzie fantastycznych znajomych, ale fatalnych profesorów. Mogli wręcz służyć za antyprzykład pedagogów. Dlatego chciała zostać nauczycielką matematyki, by udowodnić, że można być ich przeciwieństwem

 

Jest jedną z najbardziej dociekliwych i bezkompromisowych dziennikarek, zabiegających o poznanie prawdy. W minionym roku została uhonorowana najważniejszym dziennikarskim wyróżnieniem, porównywanym do amerykańskiej Nagrody Pulitzera – Nagrodą Wolności Słowa SDP. Otrzymała ją za reportaż „Katastrofa smoleńska” emitowany w „Misji specjalnej”. W uzasadnieniu jury napisało: „Za odwagę i bezkompromisowość w docieraniu do prawdy o katastrofie smoleńskiej”

Dorastała w Katowicach. Nie ma zwyczaju dzielić się wspomnieniami z dzieciństwa. Podobnie jak i ze szkoły średniej, w której, jak dziś podkreśla, miała wprawdzie fantastycznych znajomych, ale fatalnych profesorów. Mogli wręcz służyć za antyprzykład pedagogów. Dlatego chciała zostać nauczycielką matematyki, by udowodnić, że można być ich przeciwieństwem.

Jednak już na studiach wciągnęło ją dziennikarstwo. Jeszcze jako studentka publikowała w podziemnym piśmie NZS „Bez Retuszu”, wydawanym na Uniwersytecie Śląskim w drugiej połowie lat 80.

Prowadziła wywiady z działaczami podziemia. W 1988 r. znalazła się na strajku w kopalni „Manifest Lipcowy”, który zrobił na niej ogromne wrażenie. Jako przedstawiciel NZS uczestniczyła też w posiedzeniach Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiej „Solidarności”, a potem obserwowała obrady Okrągłego Stołu, które już wówczas postrzegała jako „totalną manipulację”. Dlatego pewnie z końcem lat 80. publikowała w podziemnym piśmie „Przegląd Wiadomości Agencyjnych”, które reprezentowało nurt nieco krytyczny wobec liderów „Solidarności” i ich doradców. W niepodległej Polsce rozpoczęła studia podyplomowe na wydziale dziennikarskim i staż w najbardziej wówczas legendarnym piśmie, jakim był wznowiony „Tygodnik Solidarność”. Wtedy to od Michała Boniego, zastępcy redaktora naczelnego, usłyszała się, że nie nadaje się na reportera, bo... zajmuje się nie tym, co trzeba. Przyczyną stały się strajki w Łodzi, jednoznacznie „niezgodne z linią przewodniczącego «Solidarności»”. Stażystka Gargas zaś okazała się nazbyt dociekliwa w swych poszukiwaniach. – Źle widziane było wówczas pisanie tekstów, które mogły podważyć pozycję Wałęsy – wspomina Anita Gargas. – Uważałam jednak, że od dziennikarzy reżimowych powinno nas różnić rzetelne przedstawianie faktów, nawet jeśli są dla nas bolesne. Mamy obowiązek opisywać prawdę, jaka by ona nie była. Boni jednak powiedział, że powinnam zająć się czymś innym... Postawę Boniego zrozumiałam dwa lata później, kiedy okazało się, że znalazł się na tzw. liście Macierewicza.

Mimo tych napięć już w „Tygodniku Solidarność” Anita Gargas zajęła  się dziennikarstwem śledczym. W 1990 r. zaczęła opisywać procesy przechwytywania majątku państwowego przez byłych funkcjonariuszy PZPR. Wcale nierzadko towarzyszyło temu przymykanie oczu przez lokalnych działaczy dawnej opozycji czy „Solidarności”. Dziennikarze „Tygodnika Solidarność” próbowali z tym walczyć. – Od razu dało się zauważyć, że nie jest to na rękę tej części opozycji, która miała najpotężniejsze wówczas medium, czyli „Gazetę Wyborczą” – zauważa Anita Gargas. – Ten stosunek najdobitniej wyrażała postawa Adama Michnika w Sejmie, kiedy bronił majątku PZPR przed upaństwowieniem i jednocześnie ostro relatywizował różne wydarzenia społeczne. Wreszcie zaś sprawił, że Kiszczak do dziś jest uznawany przez sporą część społeczeństwa za „człowieka honoru”.

Patrzeć władzy na ręce?

Po kolejnej zmianie redaktora naczelnego w „Tygodniku Solidarność” Anita Gargas również postanowiła zmienić redakcję. Tymczasem „siekierka” Wałęsy, która miała ciąć wszystkie niesprawiedliwości i kierować ostrze przeciwko nomenklaturze partyjnej, stępiła się. – Belweder, który miał promieniować pozytywnym przykładem, jak odcinać się od starego, komunistycznego systemu, sam wtopił się w ten system i zaczął gnić – mówi Anita Gargas.
W tym też czasie, w 1991 r., powstała nowa gazeta skupiająca młodych dziennikarzy, którzy postanowili „patrzeć władzy na ręce”. – Tam nie było tematów tabu. Była to gazeta, która pozwalała uprawiać dziennikarstwo w zgodzie z sumieniem – podkreśla Anita Gargas. – Miałam szczęście rozwijać się w medium, które uczyło ludzi myślenia. I niestety właśnie dlatego, jak przypuszczam, musiało zniknąć z rynku.

Dziennik „Nowy Świat” utrzymał się na rynku niespełna półtora roku. Potem udziałowcy wycofali się z przedsięwzięcia. Zanim to się stało, Anita Gargas zdążyła narazić się w sposób szczególny dworowi rządzących. Dworskim gazetom i dziennikarzom, a w szczególności „Gazecie Wyborczej”. Przyczyną stał się zapisany przez Gargas komentarz ówczesnego doradcy premiera, Krzysztofa Wyszkowskiego o jednej z kluczowych wtedy postaci polityki – ministrze spraw zagranicznych Krzysztofie Skubiszewskim. Wyszkowski otwarcie zasugerował, że Skubiszewski był tajnym współpracownikiem SB. Publikacja ta stała się początkiem dyskusji w Sejmie o konieczności przeprowadzenia lustracji. Ówczesny poseł Janusz Korwin-Mikke powołując się na tekst Gargas, 28 maja 1992 r., przedstawił projekt uchwały lustracyjnej, który jeszcze tego dnia został przyjęty większością głosów. W dwa dni później z funkcji redaktora naczelnego „Nowego Światu” odwołany został Piotr Wierzbicki.

Zaś 1 czerwca – Anita Gargas. Kilka miesięcy później z rynku zniknął i „Nowy Świat”.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama