Czy ściąganie z internetu jest grzechem?

Tygodnik Powszechny 6/2012

Na to proste pytanie nie ma prostej odpowiedzi. Statystyczny użytkownik mediów, który nie wie np., co to jest dozwolony użytek prywatny, porusza się w gąszczu moralno-prawnym niczym w labiryncie.

 

W 1992 r. Kongres USA wydał dokument zatytułowany Audio Home Recording Act (AHRA), według którego pojedyncze osoby nie mogą być oskarżone o wykonanie pojedynczej kopii materiału chronionego prawami autorskimi, dopóki robią to na własny użytek. Tyle że ten akt powstał przed upowszechnieniem nagrywarek CD. Sądy amerykańskie zezwoliły także na produkcję odtwarzaczy MP3, mimo że zachęcają one do jeszcze częstszego ściągania muzyki z sieci. Dodajmy jeszcze, że amerykański Sąd Najwyższy stwierdził, iż nie można oskarżać technologii (chodziło o magnetowid Betamax) tylko dlatego, że za jej pośrednictwem możliwe jest pogwałcenie praw autorskich.

Trudno odpowiedzieć na pytanie, czy grzech się zaczyna już w momencie, gdy pożyczamy sąsiadowi płytę z nagraną z telewizora komedią bądź koncertem (którą też może sobie skopiować). Niektórzy szukają w takich przypadkach analogii z wymianą plików za pomocą technologii P2P. Jest w tym także pewne podobieństwo do książki: nie słyszałem, żeby zabraniano komuś pożyczania książki kupionej czy kserowanej. Wydawcy próbują nas przekonać, że ksero zabija książki, ale – choć wielu z nas o tym nie wie – posiadacze kserokopiarek muszą wnosić opłaty od zysków za pośrednictwem organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi. Skoro płacimy, to nie kradniemy.

Ale ściąganie na własny użytek to oczywiste narażenie autora na pomniejszenie zysków ze sprzedaży, zaś rozpowszechnianie pirackich kopii dla pieniędzy to z kolei czerpanie zysków, do których nie ma się prawa. Nie ma wątpliwości, że to niemoralne.

Punkty graniczne wyznaczają więc dwa elementy: cudza szkoda materialna i ewentualny zysk ściągającego (nagrywającego). Nikt z nas nie płaci bezpośrednio autorowi, lecz niezliczonym pośrednikom po drodze. Jeśli nagrywam film z telewizji, by go sobie później obejrzeć, to zapłaciłem za prawo do tego, uiszczając abonament na tej czy innej platformie. Czy pieniądze wydane w księgarni nie dają mi prawa do tego, bym pożyczył książkę koledze? Czy płacąc za usługę internetową, nie płacę także za możliwość umieszczenia na twardym dysku komputera piosenki, której zwykłem słuchać na jakimś portalu? Takie jest myślenie przeciętnego użytkownika internetu, który szuka logicznych – jak mu się wydaje – analogii.

Tak, w tym wszystkim jest zapewne jakieś działanie na szkodę właścicieli praw autorskich, emisyjnych itd. Podchodząc do tego rygorystycznie, należałoby nie pożyczać po przyjacielsku książek, tylko zmuszać wszystkich do ich kupowania; nie nagrywać sobie filmów, tylko kupić DVD, nie kopiować piosenki na twardy dysk, tylko nabyć całą płytę. I nie pozwolić jej słuchać nikomu innemu niż samemu sobie. Trudno to sobie wyobrazić.

Napisałem tutaj o sytuacjach wątpliwych. To, co obiektywnie złe, jest raczej oczywiste: nikt nie zamierza usprawiedliwiać umieszczania w internecie pirackiej kopii filmu przed jego kinową premierą ani książki przed jej wydaniem, tudzież rozpowszechniania pirackich programów czy gier (np. za pośrednictwem sieci P2P). Również o ściąganiu pirackich kopii bez chęci ich rozpowszechniania nie zaszkodziłoby porozmawiać ze spowiednikiem.


Inna sprawa, że czasami po prostu trudno użytkownikowi internetu odróżnić, która witryna umożliwia legalne, a która nielegalne kopiowanie. Trudno też nie być zaskoczonym, gdy z renomowanego portalu pobierze się program, który – jak się okazuje – umożliwia kradzież.

Słowem: więcej wątpliwości niż pewności.
«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Alex
    09.02.2012 13:07
    Osobiście jestem za ochroną praw autorskich, ale rozsądną i nie doprowadzoną do absurdu. A więc oczywiście rozpowszechnianie kopii książki czy filmu w celach zarobkowych niewątpliwie jest dla mnie wątpliwe moralnie. Ale pożyczenie przyjaciołom czy puszczenie im nieodpłatnie muzyki? albo skserowanie fragmentu książki dla studentów celem ułatwienia im dostępu do tekstu? Pada pytanie: kto więcej korzysta na ochronie: wykonawca (artysta), czy firma wydająca? czy jeśli widzę, że wydana przeze mnie książka jest kserowana np. przez studentów powinienem się smucić (nie mam zysków), czy raczej cieszyć? (widać jest dobra skoro kopiują...). Dlatego wydaje mi się, że w przyszłości trzeba będzie próbować bardziej racjonalnie konstruować prawo - by zachować zdrowy rozsądek pomiędzy słuszną ochroną praw autorskich a wolnością dostępu i dysponowania. Może system "open sources" będzie w przyszłości sensownym kierunkiem poszukiwania rozwiązań?

    Inne przykłady: a jeśli dany wykonawca, którego lubię, nie jest praktycznie dostępny w Polsce? choćbym bardzo chciał nie jestem w stanie praktycznie jego dzieł tutaj nabyć. Choć jestem gotów zapłacić. A są dostępne w sieci...sam miałem takie problemy, że ściągałem na własne potrzeby takie właśnie utwory... po prostu w Polsce ich nie ma.


    I jeszcze jedno: myślę, że jestem w stanie pokazać sytuacje, w których obrona praw autorskich przeradzała się w absurd. Słynna sprawa poezji ks. Jana Twardowskiego. Przez długi czas osoba, której przekazał dyspozycję do praw autorskich skutecznie blokowała wydawanie poezji i innych dzieł, na które było zapotrzebowanie i które funkcjonowały w świadomości społecznej... czy to zdrowa sytuacja? O ile wiem podobne sytuacje miały miejsce w przypadku i innych autorów...
  • kaja
    10.02.2012 02:39
    a ja uważam, że kościół w tym temacie nie powinien zabierać głosu, bo zielonego poj.ęcia nie ma o niczym. To wynika z treści tej notatki i wylewającej się z niej ignorancji i naiwności. Aby pouczać, temat trzeba znać i go rozumieć. Tego wymaga zwykła przyzwoitość.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama