Wyznać miłość po wyjściu z szamba

W drodze 3/2012

Spowiedź to pokazywanie Panu Jezusowi, że w tym miejscu mnie boli, i jeszcze troszkę w tamtym, po to żeby On te bolesne miejsca ucałował i żeby przestało boleć.

 

Roman Bielecki OP: Dlaczego tak często rozmawiamy o spowiedzi? To dowód żywotności tego sakramentu czy raczej naszej bezradności w jego przeżywaniu?

Wojciech Ziółek SJ: Chyba jedno i drugie. Większość z nas czuje, że przez ten sakrament można zrobić wiele dobrego, a jednocześnie bardzo wiele złego. Każdy ma w tym zakresie sporo doświadczeń, od takich, kiedy wydawało nam się, że złapaliśmy Pana Boga za nogi, po takie, w których nie wiedzieliśmy, jak się zachować – krzyczeć czy płakać.

Sam pamiętam, jak w drugiej klasie liceum poszedłem do spowiedzi do jednego z kościołów w moim rodzinnym Radomiu. Powiedzieli mi na oazie, że dobrze mieć w życiu stałego spowiednika, i to najlepiej zakonnika. No to poszedłem. To była taka spowiedź na dzwonek. Zadzwoniłem po księdza i czekałem. I do dziś nie wiem, czy temu księdzu w obiedzie przeszkodziłem, czy w czytaniu gazety, czy w poobiedniej drzemce, bo kiedy przyszedł, to był bardzo wkurzony i strasznie na mnie krzyczał. Strasznie i długo. Przez następne dwadzieścia dwa lata nawet nie wszedłem do tego kościoła. A kiedy sam chciałem wstąpić do zakonu, to nie wiedziałem konkretnie, do którego, ale wiedziałem, że na pewno nie do tego, w którym był tamten zakonnik.

Udało się ojcu przełamać tamtą zadrę?

Tak. W dwudziestą rocznicę mojego życia zakonnego. Pomyślałem sobie: Ziółek, ty już jesteś dorosły facet i czas najwyższy zmierzyć się z demonami przeszłości. I poszedłem się wyspowiadać do tamtego kościoła. Trafiłem do młodego księdza, który mnie bardzo dobrze potraktował i powiedział parę dobrych rzeczy. Tak to się zakończyło.

Nie wszyscy jednak zostają zakonnikami, nie wszyscy mają tyle odwagi, żeby się ponownie zmierzyć z konfesjonałem, i już więcej do spowiedzi nie przychodzą. I to jest rzeczywiście bezradność.

Kiedyś jeden z moich współbraci nazwał spowiedzi przedświąteczne „masówką pokutną”. Spotkało się to z ostrą reakcją jednego z biskupów, który zwrócił uwagę, że nie można tak mówić. Jak ojciec postrzega takie okazyjne spowiedzi? Należy to zjawisko zwalczać czy reformować?

Jezuicka pokora nie pozwala mi pouczać dominikanów, ale gdyby tak powiedział któryś z moich współbraci, to bym go zapytał: A kim ty, chłopie, jesteś, że tak z góry ludzi osądzasz? Skąd wiesz, co się w nich dzieje?

Lubię przedświąteczne spowiedzi. A byłem i proboszczem, i duszpasterzem akademickim, więc wiem, co mówię. Spowiadam wtedy, ile mogę, i czuję się jak w świątyni jerozolimskiej w święto Paschy. Tu przynoszą baranki na ofiarę, tam tłum ludzi napiera, a tu jakieś gołąbki sprzedają, cyrk, gwar i ścisk. Bardzo lubię spowiedzi w Wielką Sobotę, gdy z jednej strony ludzie przychodzą z koszyczkami do święcenia, a z drugiej stoją w gigantycznych kolejkach do konfesjonału. Spowiedź to jest rzeczywistość bosko-ludzka. Człowiek przynosi całą swoją biedę razem z tą kiełbasą do poświęcenia. Przychodzi, staje w kolejce, czeka, kruszeje albo i nie, różnie bywa, ale tylko Pan Bóg ma wgląd w jego serce. Coś mu jednak każe w tej kolejce stanąć i grzechy wyznać. A poza tym, nie bądźmy hipokrytami. Czy jako zakonnicy, jako księża zawsze wyznajemy swoje grzechy bez pośpiechu, elegancko i wzorcowo?

W sąsiedztwie jednego z naszych klasztorów znajduje się galeria handlowa. Najpierw jest Empik, Carrefour, zakupy na całego, a potem kolejny punkt na liście: konfesjonał. I jeszcze basen. Gdzie tu powaga sakramentu?

Właśnie w samym środku. Dzięki temu objawia się Bóg żywy. Przez niedoskonałych ludzi i niedoskonałe obrzędy. A jak to wygląda w Środę Popielcową, przy posypaniu głów popiołem? Wtedy wszyscy jesteśmy równi. I panie w koafiurach, co jedynie lekko uchylają berecik lub kapelusik, i łysiejący panowie, i chłopaki z dredami, i dziewczyny całe w żelach i lakierach, i przemęczeni ludzie w średnim wieku z coraz głębszymi zmarszczkami na czole, i małe dzieci z ciekawością przyglądające się temu, co robią starsi. Wszyscy pochylają głowę, bo taką mają potrzebę. Nieważne czy duchową, czy psychologiczną, nie analizujmy tego drobiazgowo. Jakaś jest. Wszyscy przychodzą do Pana Boga.

Długa kolejka do spowiedzi ma to do siebie, że najczęściej nie ma czasu, żeby z kimś dłużej porozmawiać. Co wtedy?

I jest, i nie ma. Zawsze staram się pytać: A tak ogólnie, to co u pana słychać? Albo: Jak się pani żyje? Jeśli komuś coś leży na wątrobie, to powie, jeśli nie chce, to nie. Doświadczenie podpowiada, że jeśli w kimś jest jakiś ból, to go wypowie. A bywa też, że nie jest jeszcze na to gotowy.

Pamiętam jedną ze swoich spowiedzi, kiedy wylałem wszystkie swoje brudy, co nie było takie łatwe, i usłyszałem od księdza: Dobrze. I tyle. Po czym mnie rozgrzeszył.

No i co, była to spowiedź ważna dla ojca?

Była. Tyle, że gdy odchodziłem od konfesjonału, czułem się zlekceważony, bo przyszedłem z nastawieniem wypowiedzenia czegoś ważnego, a ksiądz nic. Jak to jest z tym pouczeniem?

Nie wiem, czy zawsze powinniśmy dawać naukę. Popatrzmy na Pana Jezusa. Co mówi Ewangelia: Zostali tylko Jezus i niewiasta. „Nikt cię nie potępił?” – zapytał Pan Jezus. „Nikt, Panie” – odpowiedziała kobieta przyłapana na cudzołóstwie. „No to teraz posłuchaj, moja droga, bo chciałem ci powiedzieć kilka rzeczy. Po pierwsze, staraj się zawsze zachowywać przyzwoicie, pod drugie, unikaj okazji do zła, po trzecie, zachowuj posty…”. Proszę Ojca, nic takiego nie było! Jezus nie powiedział tej kobiecie żadnej nauki.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama