Krok wiary

Tygodnik Powszechny 13/2012

Stare dobre książki przynoszą często niestarzejące się mądrości.

 

Wśród tych mądrości znalazłem ostatnio uwagę Bernanosa włożoną w usta jednego z bohaterów „Pamiętnika wiejskiego proboszcza”: „Największą nierozwagą jest rozwaga, jeśli przygotowuje nas powolutku do obywania się bez Boga”. Mocne i zdaje się prawdziwe słowa, powiedziane bez kaznodziejskiego zadęcia.

Rozwaga, która przez wielu z nas traktowana jest jako cnota, w sprawach Bożych bywa jednak na dłuższą metę zabójcza. Owszem, dzięki niej stajemy się obliczalni i przewidywalni. Jest ona również podstawą odpowiedzialności, ale czy niekiedy nie prowadzi przypadkiem do postaw małodusznych i obronnych, zwłaszcza wtedy, gdy samo życie zaskakuje swoją nowością? Nie byłoby w Kościele nowych dzieł i świętych, gdyby nie swego rodzaju przekora oraz gotowość do ryzyka i porzucenia utartych szlaków. Obawiam się jednak, że nasze życie duchowe nie lubi wysokich temperatur, stąd wszelka zmiana (także ta nazywana nawróceniem) zawsze jest podejrzana, a lęk przed posądzeniem o zbytnią pobożność czy kościółkowatość paraliżuje i unieruchamia w tym, co jest i już było. Niestety, Bóg wczorajszy, Bóg martwych form coraz mniej jest Bogiem, staje się więc z upływem czasu coraz bardziej niepotrzebny.

Uczniowie, którzy poszli za Jezusem, mieli bardzo konkretne zapatrywania na temat Jego mesjańskiej misji. Liczyli, że Królestwo wkrótce się spełni, a oni sami będą w nim kimś ważnym. Świadomi swojego wybrania przez Mesjasza, podążają z Nim do Jerozolimy, gdzie może się coś wydarzyć. Godzina Jezusa się zbliża, chcą więc zadbać o dobre miejsce w Jego Królestwie. Jakże będą zawiedzeni, gdy zamiast tronu i nowego porządku staną się świadkami odrzucenia i zobaczą haniebną śmierć Pana na krzyżu. Najzwyklejszą przegraną zamiast zwycięstwa. Na krzyżu umierają też ich wizje i plany na przyszłość. Dopiero teraz mogą zrozumieć, że pójść za Jezusem to stracić naprawdę wszystko. Należy dopowiedzieć: nawet zdrowy rozsądek, który zbyt często stanowi podstawę naszej duchowości i który nie pozwala „przesadzać” z Bogiem.

Kolejny krok wiary, do którego zapraszam, jest trudny, bo jest jak umieranie. Niektórzy mówią – skok w ciemność – poddać się Bogu i tylko w Nim złożyć swoją nadzieję. W tym prostym akcie nie ma miejsca na żadną kalkulację strat i zysków, nie ma warunków wstępnych, jest tracenie życia ze względu na Boga. W pewnym sensie będzie to akt wiary absurdalnej, podjętej wbrew życiowej pragmatyce. Nie wiem, czy na miarę wielkich świętych, którzy przez wieki w różnych sytuacjach oddawali życie ze względu na Chrystusa. Może dzisiejsza absurdalność wiary najmocniej wyraża się w wierności Bogu, z którego inni się śmieją i którego lekceważą, spychając w świat dawnych bajek. Być może jej wyrazem będzie egzystencjalny trud wierności przykazaniom, własnej rodzinie, uczciwości w pracy, odpowiedzialności za małe i duże sprawy. Wtedy okazuje się, że nie trzeba być Matką Teresą z Kalkuty, by poznać smak samotności i wyrzeczenia albo doświadczyć trwającej latami oschłości i pustki. Inspiracja płynąca z wiary jest wystarczająco mocna, by upodobnić nas do Chrystusa w Jego umieraniu. A takiej wiary dzisiaj potrzeba, zwłaszcza w czasach, w których nikt nie chce z niczego rezygnować i w których podejmowanie ryzyka życia wiarą wydaje się być zbyt kosztowne. Decyzja na Boga to dla wielu z nas radykalna zmiana i przejście od życia „na niby” albo „dla siebie” do życia „na serio” i „dla Boga”. Wiara staje się wtedy zaangażowaniem i dlatego człowiek zdecydowany na Boga gotów jest zapłacić cenę jej realności. Nie obędzie się bez rezygnacji z dawnego, grzesznego sposobu życia. A grzechem było to, że Boga było za mało albo że był nieprawdziwy, że nie był na należnym Mu miejscu.

Jest więc w decyzji na Boga świadomość własnej słabości, jest pragnienie naprawienia krzywd i odpokutowania grzechów, ale przede wszystkim wyzwalające doświadczenie bliskości Zbawiciela. Pomaga je podtrzymać pokora, dzięki której nie próbuję zamknąć Boga w żadnej pojęciowej klatce. Unikam też sylogizmów – sztuczek, dowodów, usprawiedliwień, zamiast tego przyjmuję Go prostym aktem ufności i wierzę z apostołem Pawłem, że „w Nim poruszamy się, żyjemy i jesteśmy”. Dopiero wtedy wiara zaczyna kształtować i przemieniać nasze życie, gdy Bóg staje się na nowo bliskim i realnym. I chyba rację ma Bernanos, gdy mówi: „Nie traci się wiary, ona przestaje kształtować życie, to wszystko. I dlatego to starzy spowiednicy mają rację, że patrzą sceptycznie na te kryzysy intelektualne, niewątpliwie o wiele rzadsze, niż się twierdzi”.

O. Tomasz Zamorski pracuje w Dominikańskim Ośrodku Kaznodziejskim w Łodzi.
 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama