Chodzi o Ewangelię

Niedziela 14/2012

„Chodzi mi tylko o prawdę”. Ten tytuł wywiadu-rzeki Tomasza P. Terlikowskiego z ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim jest znamienny. Jak sam rozmówca zaznacza – chodzi tylko o prawdę. Kluczowe znaczenie mają tu dwa słowa: „tylko” oraz „prawda” (pod rozwagę ks. Isakowiczowi-Zaleskiemu).

 

Prawda wypowiadana bez miłości może okazać się groźna. Nigdy nie może chodzić wyłącznie o prawdę. Słowem można zabić. Moi studenci dostaliby ostrą reprymendę, gdyby podczas egzaminu z mass mediów, na pytanie o kryterium pozwalające na opublikowanie jakiegoś tekstu – wskazali tylko na prawdę. Zawsze powtarzam, że ostateczną racją musi być w takich sytuacjach dobro. Nie bez przyczyny przecież starożytni pytali: „cui bono?” (dla jakiego dobra?). Po pierwsze więc, prawda potrafi zabić, a zatem ostateczny efekt jej upublicznienia wiąże się z niebezpieczeństwem realnej krzywdy. Po drugie, nawet najciemniejsza prawda o bliźnich nie jest jeszcze całą prawdą o ich życiu, a każdy człowiek ma prawo do dobrego imienia. Po trzecie wreszcie, o jaką prawdę tu chodzi? Czy o tę, która wyłania się z ubeckich archiwów? Odkąd powszechnie wiadomym faktem stała się instrukcja gen. Kiszczaka, który pozwalał na rejestrowanie księży i klasyfikowanie ich jako tajnych współpracowników nie tylko bez ich zgody, ale nawet bez wiedzy – jak można się dziwić przeciwnikom radykalnej lustracji? Przecież ryzyko skrzywdzenia ludzi niewinnych jest tu ogromne. Czy wobec tak wielkiej stawki można sobie pozwolić na chodzenie po gzymsie?

Kościół wywołany do tablicy

Zagadnienie lustracji w rozmowie Tomasza P. Terlikowskiego z ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim powtarza się jak mantra. Spróbujmy więc uporządkować pewne pojęcia. Jeśli zajrzymy do ustawy o rzeczniku interesu publicznego, łatwiej nam będzie zrozumieć filozofię lustracji. Tak więc po roku 1989 pojawił się problem agenturalnego uwikłania niektórych obywateli. Żeby uniknąć ryzyka szantażu ze strony obcych wywiadów, na pewne stanowiska można było powołać osoby, które nie współpracowały z komunistyczną bezpieką albo takie, które same rozliczyły się z niechlubną przeszłością. Ministrem więc czy sędzią nie mógł być tzw. kłamca lustracyjny. Chodziło o nieskrępowaną wolność wykonywania czynności strategicznych dla kraju. Decydował o tym właśnie interes publiczny, stąd też zrodziła się funkcja rzecznika tego interesu.

Jak to wszystko ma się jednak do księży? Skąd w ogóle pomysł lustracji duchownych? Przecież żaden ksiądz nie jest ministrem i nie decyduje o milionowych przetargach. Prawdą jest, że w systemie totalitarnym mieliśmy do czynienia z łamaniem sumień, a ofiarami takich zabiegów padali również duchowni. Po pierwsze jednak, ksiądz – jak każdy człowiek – popełnia również inne grzechy, skąd więc pomysł wywlekania na wierzch akurat współpracy z UB? Jeśli dzisiaj tropimy tajnych współpracowników, jutro będziemy upubliczniali nazwiska alkoholików. Po drugie, skąd pomysł lustrowania akurat księży, skoro w niezmąconym spokoju w III RP starości dożywają uwikłani we współpracę artyści, dziennikarze czy profesorowie? Już słyszę głosy inkwizytorów, którzy na moje „dictum” w tym miejscu będą się prześcigać w wyliczaniu argumentów, że ksiądz – w przeciwieństwie do artysty – powinien błyszczeć moralnym autorytetem. Być może nawet zadziwię tu niektórych, ale zgodzę się z tymi argumentami. Tyle tylko, że sprawa księżowskich sumień musi być – moim zdaniem – rozwiązywana w konfesjonale, ewentualnie w rozmowie z biskupem, jeśli rzeczywiście w przeszłości popełniono błędy. Takie jest moje zdanie i nie zmieni tego lustracyjny zapał kogokolwiek.

Zrobić w konia komunę

Pan Terlikowski ze swoim rozmówcą chętnie wraca do sprawy abp. Wielgusa. Redaktor naczelny „Niedzieli” mówił nam, że red. Terlikowski w obecności abp. Michalika oświadczył kiedyś, iż nie powtórzyłby scenariusza związanego ze sprawą abp. Wielgusa. Dlaczego więc do tego tematu chętnie wraca? Na szczęście jestem za młody, by w przeszłości konfrontować się z dylematami, które wpisały się w życiorys pokolenia hierarchy. Mam jednak na tyle pokory i wyobraźni, by wczuć się w specyfikę minionych lat i nie popełnić grzechu ahistoryczności. Otóż potrafię sobie wyobrazić sytuację młodego księdza, któremu bezpieka, po roku studiów za granicą, stawia warunek: damy ci paszport i będziesz mógł kontynuować studia, ale podpisz lojalkę. Więcej nawet, potrafię oczyma wyobraźni stanąć na jego miejscu, ze świadomością młodzieńczej naiwności. Z pewnością więc, za żadne skarby, nie myślałbym o zdradzie Kościoła. Miałbym jednak wielką szansę ulec zupełnie innej pokusie. Otóż z dużą dozą prawdopodobieństwa myślałbym, że podpisując lojalkę, nie zdradzam nikogo, ale robię w konia komunę. W takiej decyzji kryłaby się prosta logika: podpisuję nie po to, by zdradzić kogokolwiek, ale po to, by mi dali spokój. Czy zatem abp Wielgus był zdrajcą? Przypomnijmy sobie fakty. Nie zachowała się nawet najmniejsza notatka, w której by zadenuncjował kogokolwiek. Nie zaszkodził nikomu. Zachowały się jednak takie dokumenty ubeckie, w których komunistyczni funkcjonariusze narzekali, że ich rzekomy współpracownik był bezużyteczny i nie potrafił sprostać ich oczekiwaniom. O jakiej więc współpracy tu mowa?

Co na to Pan Jezus?

Problemy opisywane przez ks. Isakowicza-Zaleskiego są stare jak świat. Już w starożytności Kościół musiał się uporać z tzw. lapsi, którzy w czasie prześladowań wyrzekli się swojej wiary. Pojawiło się wówczas pytanie, czy należy ich z powrotem przyjąć do Kościoła. Jeśli ktoś choćby w niewielkim stopniu czuje ducha Ewangelii, bez najmniejszego wysiłku odgadnie, jaki był finał tamtych dyskusji. Logika chrześcijaństwa kazała ludzkie grzechy puszczać w niepamięć. Jaka jest logika ks. Isakowicza-Zaleskiego? Odpowiedź na to pytanie znalazłem na stronicach książki. W jednym miejscu pisze o hipokryzji duchownych, którzy w obawie o swoje kariery milczą na pewne tematy. Ale za moment duchowny z rozbrajającą szczerością wyznaje, że łatwiej mu mówić, odkąd w swojej diecezji został przesunięty na boczny tor. Gdyby więc miał szansę na intratną nominację, nie pisałby książek o „złych” księżach? Jaka tu wiarygodność?

O książce można by pisać w nieskończoność, bo wątpliwości jest naprawdę wiele. Skupię się jednak tylko na jednym wątku. Otóż rewelacje ks. Isakowicza-Zaleskiego nie zaszkodzą ludziom głęboko wierzącym. Na pewno też specjalnie nie obejdą niewierzących. Jeśli jednak wpadną w ręce wątpiących, to skutecznie sprowadzą ich na stronę przeciwną chrześcijaństwu. W tym miejscu nie potrafię nie przytoczyć słów Pana Jezusa o zgorszeniu. Ogromną odpowiedzialność Zbawiciel wiązał ze zgorszeniem, skoro w tym kontekście wspominał o kamieniu młyńskim przywiązanym do szyi. Może warto o tym pamiętać, kiedy się bierze pióro do ręki?

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Alex
    06.04.2012 17:11
    Trochę tak, trochę nie...
    Ja sam jestem dość ostrożny z ocenianiem ludzi, również w kontekście ich uwikłania. Sam do końca nie wiem, jak bym się wtedy zachował... Na pewno jestem przeciwnikiem przesadnej surowości ocen. Trzeba też rozróżniać poważne uwikłania od drobnych błędów i wpadek. W przypadku tych ostatnich jestem za zdecydowanie liberalnym podejściem.
    Z drugiej jednak strony nie lubię, gdy się obserwuje niekiedy zjawiska typowe dla "mentalności korporacyjnej" oraz gdy człowiek oskarżany reaguje agresją i zaczyna kręcić. Niektórzy księża mają do mentalności korporacyjnej skłonność, ja zaś tego nie lubię. Podoba mi się, że ks. Isakowicz-Zaleski z tą mentalnością korporacyjną walczy, choć może niekiedy faktycznie trochę "przegina" i posuwa się za daleko.
    W każdym przypadku - też tych poważniejszych przewinień - potrzebna jest umiejętność przebaczenia i duch przebaczenia, dania człowiekowi szansy. Zgoda. Każdy ma prawo do błędu i wybaczenia. Myślę jednak, że w przypadkach osób mających zająć w Kościele ( i nie tylko) odpowiedzialne stanowisko jest uzasadnione ustawienie poprzeczki nieco wyżej niż w przeciętnym przypadku oraz oczekiwanie zachowania "wysokiej klasy". Mam wrażenie, że abp. Wielgus (niezależnie od tego czy i jak poważne były jego winy) tej klasy w owym czasie w takim zakresie, w jakim jej od niego oczekiwano, nie zachował.
  • emelly
    29.04.2012 21:09
    Osobiście szerzej rozumiem ideę lustracji. Różne rodzaje grzechów mają różną formę zadośćuczynienia. Większość nie wymaga publicznego ujawnienia, w wielu wypadkach jest to nawet niewskazane. Grzech współpracy z SB jest jednak szczególny, gdyż jest w dużej mierze grzechem kłamstwa - tajny współpracownik ma jakby "podwójną tożsamość", ciągle kłamie. Współpraca z SB należy do przeszłości, ale kłamstwo na jej temat wciąż trwa - i najprawdopodobniej, jak każdy grzech, wciąż sieje zniszczenie, jest jakąś formą zniewolenia. Nazwiska księży -współpracowników są tajemnicą dla Kościoła, lecz nie dla ich byłych oficerów prowadzących i ich przełożonych, którzy potencjalnie mogliby szantażować księży. A co jeśli któryś z tych przełożonych pełniłby akurat jakąś istotną polityczną funkcję (w kraju, w którym nie została przeprowadzona lustracja, jest to możliwe, co więcej, znamy przecież w Polsce takie przypadki) i pragnie używać swojej wiedzy do wywierania wpływu na Kościół? Sprawa abp. Wielgusa pokazała, że współpracownikiem nie musi być jedynie jakiś ksiądz z przysłowiowej "Koziej Wólki", lecz także liczący się hierarcha. Najlepszym sposobem na zneutralizowanie kłamstwa (i jego skutków) jest ujawnienie prawdy. Tu nie chodzi o zemstę.

    Czytałam kiedyś ciekawy wywiad z człowiekiem opowiadającym o lustracji w Niemczech (warto pamiętać, że spora część państw postkomunistycznych przeprowadziła lustrację; np. byłe NRD czy Czechy za Vaclava Havla. Są to kraje, które dużo lepiej radzą sobie z "demoralizującym dziedzictwem komunizmu".) Mówił on, że Niemcy dobrze rozumiały konieczność powszechnego ujawnienia prawdy na temat współpracy poszczególnych osób z systemem totalitarnym, gdyż nie zrobiły tego na wystarczającą skalę po II wojnie światowej. Otóż po czasie okazało się, że niezdrowe powiązania wytworzone w systemie totalitarnym, jeśli nie zostały ujawnione, nadal trwają, choć w zmienionej formie. Czyli zamiast "grubej kreski" mieli jakąś formę kontynuacji systemu. Nie znam zbyt dobrze powojennej historii Niemczech, nie wiem, jak ostatecznie Niemcy poradziły sobie z tym problemem. Pamiętam jednak wniosek płynący z wywiadu - po upadku NRD rozumiano konieczność przeprowadzenia lustracji na masową skalę, co ostatecznie okazało się być najlepszą "grubą kreską" i pozwoliło stworzyć nowy, zdrowy system polityczny. "Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli" (J 8,32). Słowa Ewangelii jak zwykle okazały się prawdziwe :) Poza tym, masowe ujawnienie teczek tajnych współpracowników pozwoliło ustawić zjawisko we właściwej perspektywie - jasne było, kto współpracował "tylko trochę", kto miał na sumieniu bardzo dużo i (co może najważniejsze), kto był w porządku - uczciwym została oddana sprawiedliwość.

    "Miłość (...) nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą." (Hymn o Miłości św. Pawła)

    Miłość, sprawiedliwość i prawda nie są wartościami sprzecznymi - wręcz przeciwnie, występują razem. Państwo oparte na kłamstwie i niesprawiedliwości nie jest państwem, w którym rządzi miłość.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama