Poza szumem medialnym

Tygodnik Powszechny 15/2012

Spróbujmy wyobrazić sobie tę radość, w której jest i uwielbienie Ojca, i miłość do nas. Jak On musiał na nas patrzeć w swoim zwycięskim człowieczeństwie, dokonawszy naszego zbawienia, zagarniając nas w swój triumf!

 

Dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił Syn Boży na świat i poniósł śmierć, ale przecież na tym się nie skończyło. Dla nas także zmartwychwstał, wstąpił do nieba i zesłał Ducha Świętego. Po prawdzie, to czasem chcielibyśmy powiedzieć, że ta druga połowa Jego dokonań miała oprawę zewnętrzną tak ubożuchną, że już nie tylko w szerokim świecie, ale nawet na najbliższej ulicy można było jej nie zauważyć. Kiedy nauczał, kiedy umierał, wiedziała o tym większość ludności przynajmniej Judei. Jedna mała część jednej odległej prowincji wielkiego imperium, ale przynajmniej działo się to na widoku ludzkim, tak że wszyscy przechodzący, czy szli tamtędy przypadkiem, czy przyszli umyślnie, mogli zobaczyć i usłyszeć. Ale świadkami zmartwychwstania (i to post factum) zrobił tylko garstkę wybranych.

Ta dysproporcja uderzyła już samych tych wybranych i grzecznie zwrócili Mu na nią uwagę: „Panie, czy teraz przywrócisz królestwo Izraela?” (Dz 1, 8). Bo może zapomniał, przeoczył; a przecież po co było dokonywać takich wielkich rzeczy, jeśli nikt o nich nie wie, a świadkom nie wszyscy zechcą uwierzyć? Sam Pan zareagował na pytanie o przywrócenie Królestwa wyznaczeniem uczniom konkretnej roli i konkretnych zadań: „Będziecie moimi świadkami aż po krańce ziemi”.

Pewnie, że byłoby łatwiej, triumfalniej, chciałoby się powiedzieć: bardziej medialnie, gdyby jawnie zadziałał sam i wśród stosownych zjawisk sejsmicznych i atmosferycznych wprowadził swoje Królestwo w sposób nieodparcie dostrzegalny i równie nieodparcie trwały. Ale On – wciąż dla nas i dla naszego zbawienia – wolał nam najpierw dać udział w tym dziele. Udział czasem bohaterski aż do ofiary z życia, ale czasem tak prosty i nieefektowny na zewnątrz jak codzienność modlitwy i pracy. „Zwykły” katolik rzadko pamięta, że jest wciągnięty w budowę Królestwa Bożego, którego Chrystus nie chciał objawić bez naszej pomocy.

A ponieważ człowiekowi dogodzić trudno, więc kiedy już umilkną zarzuty, że Zmartwychwstanie Chrystusa było zbyt niewidoczne, odzywają się niejako z przeciwnej strony zarzuty, że w ogóle nie bardzo wiadomo, po co było potrzebne. Były epoki, w których pobożność Kościoła karmiła się przede wszystkim tajemnicami bolesnymi, a chwalebne schodziły zdecydowanie na ubocze. Stawały się niekoniecznym dodatkiem do tego, co i tak już zostało osiągnięte przez Mękę. Jakby Bóg Ojciec mógł pozostawić Syna w grobie; jakby nie było konieczne uwielbienie ciała, w którym Syn Boży złożył z siebie totalną ofiarę, więcej: dzięki któremu mógł taką ofiarę złożyć!

A w dodatku nasze wyznanie wiary obejmuje słowami „dla nas ludzi i dla naszego zbawienia” całe dzieło Chrystusa: Wcielenie, Mękę i Uwielbienie. „Po prawicy Ojca” zasiada jeden z nas i wszyscy zostaliśmy zagarnięci przez to Jego wniebowstąpienie. Przed nami wszystkimi otwarte są drzwi do Jego chwały, do pełni miłości.

Istnieje szesnastowieczny rękopis, nazywany „Modlitewnikiem siostry Konstancji”, który zawiera kopie przeróżnych modlitw i rozważań. I jest w nim między innymi rozważanie na temat radości Chrystusa zmartwychwstałego, zatytułowane „Wiesiela Pana Jezusowe, które miał w zmartwychwstaniu”.

Chwalę, błogosławię, wielbię i pozdrawiam Ciebie, o serdeczny mój Odkupicielu, Boży i człowieczy jednaczu, w okwitości wiesiela, któreś miał, kiedyć Bóg Ojciec niebieski zupełną moc dał uczcić, ubogacić i nadarzyć wszystki przyjaciele Twoje, których jeś z taką pracą i z takim drogim mytem nabył. O prze to wielkie wiesiele, któreś miał, proszę pokornie Twej naświętszej Boskiej miłości, raczy-ż mi dać wszystek pożytek z pospolitowania, i cirpienia, i wszytki roboty i prace Twojej, mnie na wieczne zbawienie; a raczy-ż mi być rzecznikiem, obrońcą i przyjemcą łaskawym czasu śmierci mojej i na Sądzie Twoim. Amen” – prosiła znana tylko z imienia zakonnica.

To bardzo piękna myśl – próbować wyobrazić sobie tę radość, w której jest i uwielbienie Ojca, i miłość do nas. Jak On musiał na nas patrzeć w swoim zwycięskim człowieczeństwie, dokonawszy naszego zbawienia, zagarniając nas w swój triumf! Spróbujmy uświadomić sobie to spojrzenie, skierowane na nas, spojrzenie nieskończonej miłości, nieskończonej radości, a będziemy mieli jakiś cień wiedzy o tym, czego pełne jest Najświętsze Serce Jezusa. Miłości więc, i to miłości, która przebaczyła wszystko i nie żałuje swojej ofiary.

Jakże inaczej, jakże pełniej mógłby okazać swoją miłość Ojcu, niż oddając życie za Niego, za Jego chwałę i dla przywrócenia nas tej chwale? Nabył Boga lud doskonały – to jest lud, który odtąd może (siłą Jego miłości, nie własną) zawracać z błędnych dróg i oddać się tej chwale jak On, na przepadłe, na doczesność i wieczność; tak jak było od początku zaplanowane.

S. MAŁGORZATA BORKOWSKA (ur. 1939) jest benedyktynką, znawczynią historii życia zakonnego. Tłumaczka i pisarka. Autorka dwudziestu książek, w tym trzytomowego „Leksykonu polskich zakonnic doby przedrozbiorowej”, pastiszu „Do ciotusieńki dobrodziejki” oraz powieści fantasy „Wyspa szczęśliwa”.

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama