Oczy prostytutki

Tygodnik Powszechny 17/2012

Od czterech lat po polskich drogach jeździ ksiądz-duszpasterz tirówek. Dlaczego to robi? Bo ktoś to powinien robić.

 
Samochód wyjeżdża spod kościoła w Świętochłowicach i staje na skraju głównej drogi.

– W prawo czy w lewo? – zastanawia się głośno ksiądz Marek. Patrzy w GPS, ale urządzenie też jakoś nie może się zdecydować. Wreszcie pokazuje drogę: trzeba w prawo.

Ks. Marek skręca jednak nagle w przeciwną stronę: – Bez sensu jechać w taki piękny dzień główną trasą, bocznymi drogami będzie ładniej.

I dodaje: – Jeśli Pan Jezus pozwoli, to za Częstochową powinniśmy trafić jakąś dziewczynę.

NIE MA ZMIŁUJ

Dwa dni wcześniej, ta sama świętochłowicka parafia (pod wezwaniem Matki Bożej Różańcowej). Choć to koniec marca, poranek mroźny, bardziej zimowy niż wiosenny. Młodzież zgromadzona pod kościołem, wyraźnie zziębnięta. Niejeden patrzy tęsknie na kościelne drzwi: „Oj, w środku byłoby cieplej”.

Ale nie ma zmiłuj: organizatorzy rekolekcji obmyślili sobie, że rozpoczną się właśnie tu, przed kościelnymi schodami.

Do stojącego na środku mikrofonu podchodzi gospodarz dzisiejszego spotkania. Na wstępie powie kilka słów o sobie. Nazywa się Marek Poryzała, jest duszpasterzem ludzi młodych, zagubionych moralnie, osób homoseksualnych i prostytutek, głównie tak zwanych „tirówek”.

Ewangelizuje je od 2009 r. Na jego samochodzie, który stoi z tyłu, młodzież może zobaczyć adres jego strony internetowej (www.grzechy.com) i numer komórki – to jego główne narzędzia pracy.

Piętnaście czy dwadzieścia minut ewangelizacji na miesiąc to zdecydowanie za mało. Dlatego ks. Marek myśli o założeniu ośrodka dla tych kobiet, które chcą skończyć z prostytucją (znalazł już miejsce – w diecezji szczecińsko-kamieńskiej; teraz zbiera fundusze, jeżdżąc po parafiach w całej Polsce). Są najczęściej bardzo poranione przez mężczyzn – przez ojca, przez partnera seksualnego. Więc jest im potrzebny psychiatra, psycholog, seksuolog i ksiądz – cały komplet. Żeby postawić je psychicznie, potem załatwić pracę, mieszkanie.

Nie jest ich jeszcze wiele. Ale ksiądz Marek poznaje je od razu. Po czym? Po oczach. Większość prostytutek ma oczy prowokujące, demoniczne, niszczycielskie. Te, które chcą wyjść z tego kanału, z tego błota – smutne.

POWOŁANIE Z GLINY

Pięćdziesiąt lat. Głos zdarty, chrapliwy (od trzydziestu lat pali jak smok); mówi nieco chaotycznie. Twarz bardziej marynarza niż księdza: ogorzała, z lekkim zarostem. Ale jest w niej coś takiego, że chcesz się zaprzyjaźnić. Szczerość? Otwartość?

Droga do kapłaństwa – długa i zawiła. Pochodzi z Bełchatowa (ma siedmioro rodzeństwa), z prostego domu (mama pracowała jako robotnica w „Bawełniance”, ojciec był murarzem; robił też nagrobki). Czy dom rodzinny był religijny? Tak, głównie dzięki matce. Bo wiara ojca – cóż, jak to u mężczyzny: w niedzielę do kościoła i w zasadzie tyle.
 
Niedzielna msza, pierwszy piątek miesiąca, różaniec – Marek od małego zawsze blisko kościoła. Przez wszystkie klasy podstawówki jest ministrantem. Swój parafialny kościół zna jak mało kto – jak trzeba, to i kościelnego zastąpi.

Szkoła zawodowa (o profilu samochodowym). W domu jakoś krucho z pieniędzmi, więc Marek musi zarabiać. Zmienia szkołę na zaoczne liceum zawodowe (też samochodowe), a równolegle zaczyna naukę w studium katechetycznym. Po jego skończeniu – w roku 1983 – trafia jako katecheta do Świecia nad Wisłą (tam też zdaje egzamin dojrzałości).

Praca z dziećmi to jego żywioł. Co rusz coś wymyśla: dyskoteka dla młodzieży, zbiórka pieniędzy na przeszczepy wątroby u dzieci, jakiś festyn. Pomagają mu w tych działaniach młodzi z założonej przez niego Grupy Misyjnej „Maryja”.

Czy czuje wtedy powołanie do kapłaństwa? Tak, ale spiera się z Jezusem: „Nie chcę być księdzem byle jakim”. Cóż, musi przyznać, że różnych kapłanów wtedy spotyka: lepszych i gorszych. Tych ostatnich, niestety, znacznie częściej.

Rozpoczyna studia filozoficzne i teologiczne w Instytucie Kultury Chrześcijańskiej w Bydgoszczy. Poznaje Anię, zakochuje się. Z Anią mógłby przegadać całe życie, wszędzie razem – dwie papużki nierozłączki.

Jednak powołanie wciąż się odzywa. Postanawia je sprawdzić – w Dólsku, u znajomego proboszcza przez dwa tygodnie, od rana do wieczora, kopie mały staw rybny. Robota ciężka: sama glina. Po dwóch tygodniach ma na dłoniach pełno krwawiących bąbli.

Proboszcz pyta: „Chcesz mieć takie kapłaństwo?”. „Tak”. „To idź!”.

GŁĘBIA

Może zakon? Zgromadzenie Ducha Świętego w Bydgoszczy? Idzie na rozmowę do rektora i w 1995 r. zostaje przyjęty do nowicjatu (w Chemszczonce).

Co na to Ania? Bardzo przeżywa rozstanie. Pisze wiersze, pyta w nich: „Dlaczego zostawiłeś mnie dla Boga?”. Z czasem jednak zaczyna rozumieć, godzi się z decyzją: w dziewiątym miesiącu jego nowicjatu odwiedza go w zakonie; jest też na jego ślubach zakonnych.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama