Niczego innego nie zazdroszczę...

Asperges Me 2/2012

Urodziłam się w przeciętnej rodzinie. Pogoń za wartościami materialnymi, zdobywanie, to było jej motto. Chciałam jak najszybciej uciec z tego domu, w którym było wszystko, oprócz miłości, zrozumienia i samej rodziny... Miałam 19 lat, gdy poznałam chłopaka mojego życia. Byłam zakochana i myślałam, że cały świat leży u moich stóp.

 

Ludzie mają różne marzenia. Te bardziej materialne i te mniej, te bardziej realne i te mniej. Marzą o nowych samochodach, o pięknym mieszkaniu, o nowej przyjaźni. Ale to wszystko jest zwykłe i nijakie... A ja? Cóż, mam jedno, które może nigdy się nie spełnić. Wiele osób mogło by ono wręcz rozbawić. Może wydać się przyziemne lub po prostu niezrozumiałe. Moim marzeniem jest mały, biały opłatek. Ten sam, którego tak wielu ludzi może przyjmować każdego dnia, a ja mogę go już nie mieć nigdy. To nie jest tylko zwykły, mały opłatek. To coś świętego, cudownego, niedoścignionego. Coś, czego kiedyś nie doceniałam. Ludzie chodzą do komunii i nie rozumieją jakiego dostępują daru, jakiej niewysłowionej łaski. Gdy tak dziś na nich patrzyłam, to zazdrościłam im tak bardzo, z całego serca. Jest to jedyna „rzecz”, której kiedykolwiek komuś zazdrościłam...

Urodziłam się w przeciętnej rodzinie. Pogoń za wartościami materialnymi, zdobywanie, to było jej motto. Chciałam jak najszybciej uciec z tego domu, w którym było wszystko, oprócz miłości, zrozumienia i samej rodziny... Miałam 19 lat, gdy poznałam chłopaka mojego życia. Byłam zakochana i myślałam, że cały świat leży u moich stóp. Po trzech latach znajomości wzięliśmy ślub kościelny. Już następnego ranka po ślubie usłyszałam, że to jego największa życiowa pomyłka. Pierwszy raz pobił mnie, gdy byłam w ósmym miesiącu ciąży. Alkohol, awantury i bicie były na porządku dziennym. Najbardziej bolały chyba jednak zdrady. Mimo wszystko chciałam trwać w tym małżeństwie. Po 9 latach uciekłam jednak, zabierając jedynie dziecko. Czułam wtedy, że Bóg był w moim życiu, ale gdzieś obok, daleko. Miałam żal, że pozwolił na to wszystko. Po roku wyszłam drugi raz za mąż, za kolegę z pracy. Zapomniałam kompletnie o Bogu i konsekwencjach czynu. Liczył się upragniony spokój. Na pierwszej kolędzie ksiądz proboszcz polecił mi rozmowę z księdzem, który rezydował w naszej parafii. Pojęłam, że nie był to przypadek. Poznałam duchownego, który okazał się niesamowitym człowiekiem, mądrym i wspaniałym księdzem.

Niestety jest coś, co zostało, co boli, czasem tak, że nie potrafię znieść tego bólu. Brak komunii oraz pragnienie spowiedzi. Jest ono tak wielkie, że czasem siedząc w kościele i słysząc uderzenie zamykanych drzwi konfesjonału mam wrażenie, że zatrzaskują się one za mną na zawsze.

W Polsce według najnowszych badań jest coraz więcej rozwodów, niestety w zaledwie kilkunastu ośrodkach w całym kraju działa duszpasterstwo osób żyjących w związkach niesakramentalnych. Jan Paweł II zwracał się z apelem do księży, aby okazali pomoc rozwiedzionym. Wzywał do podejmowania starań o to, by nie czuli się oni odłączeni od Kościoła, który winien modlić się za nich, zachęcać do życia chrześcijańskiego, a także podtrzymywać w wierze i nadziei. Podobnego zdania jest Benedykt XVI, który również rozumie cierpienie osób żyjących w nowych związkach, a cierpiących niejednokrotnie z powodu braku możliwości przyjęcia sakramentów. Nazywa to cierpieniem, z którym należy nauczyć się żyć. Te dwa przykłady można potraktować jako najbardziej wiarygodny głos Kościoła w tej sprawie. Nikt nam nie pobłaża, bo żyjemy w grzechu, ale też nikt nie ma prawa nas potępiać. Dlaczego więc tak często spotykamy się z niechęcią, także wśród księży?

Gdy proszę o podanie ogłoszeń o naszych spotkaniach, gdy chcę wyjść z propozycją do ludzi, którzy pojawiają się w niedzielę na mszy, tej pomocy nie otrzymuję. Jeśli księża nie pomogą nam w tej walce o każdego zagubionego człowieka, to ta walka nie ma sensu. Nie zmienia to faktu, że się nie poddamy i nie pozostaniemy bierni. Nadal będziemy się spotykać, nadal będziemy organizować rekolekcje oraz dni skupienia. Na naszym niedzielnym spotkaniu były osoby z różnych, śląskich miast. Niestety większość mówiła jednym głosem, księża boją się nas. Dlaczego? Bo jesteśmy chodzącym złem? Być może towarzyszy temu obawa, że tego typu duszpasterstwo podważyłoby naukę o nierozerwalności małżeństwa lub stało by się swojego rodzaju kościelnym azylem dla tych, którzy rozbili rodzinę. Jeżeli jednak Kościół chce być wierny postawie swojego Mistrza – Dobrego Pasterza, musi być czasem gotowy na pozostawienie dobrych owiec, by wyjść na poszukiwanie tych zagubionych. Podstawową kwestią jest więc otwieranie się na te osoby i odwaga by wyjść do nich z inicjatywą.

Niestety niektórzy nie posiadają odwagi, wolą nic nie mówić, nie podejmować wyzwania, bo tak jest wygodniej. Ciekawe jest to, że Jezus w Ewangelii, gdy spotkał Samarytankę, która miała pięciu mężów i pozostawała w nieformalnym związku, nie robi jej od razu wyrzutów. Odwołuje się natomiast do tęsknoty jej serca i wzbudza w niej pragnienie życia wiecznego (J 4,1-42). Czyż nie jest to ewangeliczny drogowskaz dla takiego duszpasterstwa, by pomóc ludziom, którzy szukają Boga, by rozbudzić w tych zagubionych i poranionych ludziach wiarę w Boga? Wiarę, która doprowadzi do właściwych rozwiązań?

Dlaczego więc nie mamy wsparcia i dlaczego wszyscy tak od nas uciekają? Nasz nowy biskup w swoim kazaniu w trakcie ingresu mówił o tym, że warto poświęcić swoje życie dla innych, nawet jeśli jego duszpasterska droga miała by uratować tylko jedno życie, tylko jedną duszę.. Ilu księży będzie szło za swoim ziemskim pasterzem? Czas pokaże.

Ksiądz Jan Pałyga, duszpasterz związków niesakramentalnych, mówił na łamach Tygodnika Powszechnego w wywiadzie udzielonym Jarosławowi Makowskiemu: „Byłem ostatnio na zebraniu dla księży diecezji warszawsko-praskiej, gdzie mówiłem o ludziach rozwiedzionych. Jeden z księży, który został niedawno proboszczem dużej warszawskiej parafii, wstał i powiedział: «Zaglądam do kartoteki i widzę, że przy niektórych nazwiskach postawiona jest adnotacja – rozwiedzeni, nie wchodzić. I to była dobra wskazówka, aby właśnie do tych domów wejść». Na sali podniosły się głosy sprzeciwu, ale ów ksiądz trzeźwo odpowiedział : «Jeśli ja nie wejdę, ci ludzie odejdą całkowicie od Kościoła, albo wejdą do nich Świadkowie Jehowy lub przedstawiciele grup parareligijnych» ”.

Kościół jest świadomy, że rozwód i zawarcie drugiego związku małżeńskiego, już tylko cywilnego, jest wielkim zagrożeniem dla wiary i religijnego wychowania dzieci. Dlatego musiał ustosunkować się do tego zjawiska, by ratować rzecz najcenniejszą – wiarę. Decyzje księży, którzy nie chcieli odwiedzać ludzi rozwiedzionych, wynikały z restrykcyjnych wskazań duszpasterskich. Na szczęście od tych mało chlubnych zjawisk już prawie odeszliśmy. Dziś bowiem owe zalecenia zmieniły się
o sto osiemdziesiąt stopni: księża mają zwracać szczególną uwagę na tych chrześcijan, którzy żyją w związku niesakramentalnym.

Wiem, że msza święta ma podwójny charakter. Jest Ofiarą i Ucztą. Jeśli nie mogę uczestniczyć w Uczcie, to nikt nie zabroni mi uczestniczyć w Ofierze. To właśnie dzięki misterium krzyża obecnego w Eucharystii, my, niesakramentalni, uświadamiamy sobie, że Jezus nie jest kimś, kto nas karci, kto nas ocenia, kto nie chce nas wysłuchać. Wręcz przeciwnie. Jezus jest po tej samej stronie, chce byśmy byli zbawieni, pragnie tego. Msza święta jest Ofiarą Chrystusa, do której również zostaliśmy zaproszeni.

Mam świadomość, pełną i czytelną, że żyję w grzechu ciężkim, że może nigdy nie będę miała możliwości przyjąć jakże upragnionej komunii świętej. Lecz nie oznacza to, że nie mogę przyjmować jej w sposób duchowy, że nie mogę jej pragnąć. Święta Teresa od Jezusa pisała: „Kiedy nie przystępujecie do komunii i nie uczestniczycie we mszy świętej, najbardziej korzystną rzeczą jest praktyka komunii duchowej... Dzięki niej obficie jesteście naznaczeni miłością naszego Pana”.

Każdego dnia uczestniczę we mszy świętej i bardzo ciężko przeżywam brak komunii. Nie mniej jednak rozumiem to i godzę się z tym. Podczas każdej Eucharystii proszę Go, by spojrzał na mnie, choć grzeszną, lecz jakże ufną. Choć moje serce jest rozdarte - już nie płaczę, nie rozpaczam, nie leję łez w czasie komunikowania. Bycie z Nim i jedność z Nim, radość z miłości jaką mi daje, pomimo mojej grzeszności, nie sposób wyrazić słowami. Tego mojego pragnienia wiele osób może w ogóle nie rozumieć, bo przecież nie wolno mi przystępować do sakramentu spowiedzi oraz przyjmować komunii świętej. Ilekroć jestem w kościele i słyszę stukanie w konfesjonale, czuję jakbym dostawała po plecach baty. Moje serce krwawi wtedy z bólu i żalu, ale tego nie zmienię, choć nie wiem, może. Nie czekam jak kiedyś na wynik stwierdzenia nieważności małżeństwa. Nie biegam już codziennie do skrzynki. Zostawiam to Panu Bogu i księżom w kurii, którzy muszą wszystko rozważyć.

Uczę się cierpliwości i pokory. Nie wiem, czy On tak chce, ale moje życie biegnie dalej, a ja coraz więcej i coraz bardziej idę z Nim, niż obok Niego. Nie zmienia to jednak faktu, iż bardzo zazdroszczę tym wszystkim ludziom, gdy idą po Jezusa. Ja mogę Go wtedy prosić jedynie o wybaczenie, korzyć się i przepraszać za swoje winy.

We wskazanym przez papieża rozdziale 35 „Drogi doskonałości” św. Teresy od Jezusa, znajduje się przejmujące porównanie Eucharystii do ognia: „Ogień, chociażby był wielki i silny, nie zagrzeje cię, jeżeli trzymasz się z daleka od niego. (…) Ale gdy się przybliżysz i ręce do niego wyciągniesz, zimno ustąpi i błogie ciepło cię owieje i przeniknie. Podobnie Pan Jezus jest wielkim ogniskiem (…), jedna chwila przebyta przy Nim pozostawia duszę rozgrzaną na długie godziny”. Nie sposób wyrazić tego, co czuję po mszy świętej, ale coraz bardziej w moim sercu gości ogień miłości i nadziei, że nie jestem dla Niego trędowata...

5475. Tyle dni jestem bez Pana Jezusa. Tyle straconych dni. To 15 lat mojego cierpienia i nieopisanej tęsknoty za Nim. Dziś kolejny piątek nowego miesiąca. Klęcząc jak zawsze przed Najświętszym Sakramentem, słyszałam pukanie w drzwi konfesjonału, zapraszające kolejną osobę. Ileż ludzi mogło by tam dziś pójść, a potem przyjąć to moje pragnienie. Ale nie zrobili tego. W kościele było właściwie niewiele osób.

Ludzie mają różne marzenia. A ja? Moim marzeniem jest mały, biały opłatek...

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Kasia
    22.05.2012 18:38
    Wspaniałe świadectwo. Życzę aby przyszedł ten list z Kurii a także wytrwania.
  • nemo
    09.07.2012 14:53
    Wiem jak to boli. Ja tęskniłem ponad 20 lat. I szczęściem tęsknoty wysłuchanej chciałbym się podzielić. Na bezdrożach grzechu zawsze zachowywałem świadomość, że Pan Bóg nigdy nie odrzuca definitywnie. Że zawsze pokazuje jakąś drogę nawrócenia i powrotu. Że zawsze dla tego nawrócenia wychowuje. Grzech to taki mur, w którym Pan Bóg miłosierdziem wyrąbuje dla każdego człowieka inną furtkę. Trzeba tylko cierpliwie iść wzdłuż muru i wypatrywać tego miejsca. Pamiętam też taką chwilę kiedy zapłakany w jasny, lipcowy dzień, chociaż nie działo się zupełnie nic nadzwyczajnego, tęsknota najprawdziwiej w świecie stała się palącym bólem. Rzuciłem się na dywan wołając w duszy: Już nie mogę. Nie dam rady. Zrób coś i zrób już teraz! Nic się nie stało. Wtedy. Stało się pół roku później. Teraz jestem "pełny" katolik i biegam do kościoła nieomal codziennie pamiętając tamte chwile. Teoretycznie przecież mógłbym chodzić raz na tydzień... Mam swoje życie, zawód, czasem jesem głodny i zmęczony. Nikt nie miałby przecież pretensji. A mimo to nie mogę.Z czystego strachu że znowu coś poplątam. Coś wywinę. Jestem w domu Ojca i chociaż czasem znowu jest tu nudno - jestem szczęśliwy. Już nie chcę z niego wychodzić. Nawet do progu się nie zbliżam na wszelki wypadek. Tamten czas tęsknoty jest dla mnie ogromną traumą, ale... widzę, potrafię pokazać nawet gdzie i kiedy, On w moim życiu działał, nie dał się zatracić ostatecznie. Raz udzielonych błogosławieństw nie cofał. Nie zmienił się, nie przestał kochać, obdarzać siłą i pomocą na ścieżkach życia. Nie ośmieliłbym się wam nic radzić. Wasza sytuacja po ludzku jest beznadziejna. Ale ufam Bogu. Wiem po sobie, że ma dla was jakieś rozwiązanie i, że tęsknota za Bogiem nigdy nie jest beznadziejna. Z przypowieści o synu marnotrawnym wiem, że Ojciec wychodzi wam na przeciw. Ja też go spotkałem w drodze.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama