Aniołowie, obrońcy godności człowieka

Któż jak Bóg 3/2012

„Gdy patrzę na Twe niebo, dzieło Twych palców, księżyc i gwiazdy, któreś Ty utwierdził: czym jest człowiek, że o nim pamiętasz, i czym − syn człowieczy, że się nim zajmujesz? Uczyniłeś go niewiele mniejszym od istot niebieskich, chwałą i czcią go uwieńczyłeś” (Ps 8, 4-6).

 

Do tych słów psalmu św. Augustyn napisał komentarz: „Bóg nie mógł stworzyć człowieka większym, aniżeli go stworzył, gdyż nie mógł stworzyć drugiego Boga”. Każdy człowiek jest wielki i bezżenny w oczach Bożych. Poniżanie drugiego człowieka jest dziełem z piekła rodem.

W drodze do Afryki

Pobrali się w 1935 roku. Geoffroy Allen, Anglik, młody inżynier i Maria Luiza Rossi, Włoszka. Wojna rozdzieliła ich niemiłosiernie, gdyż mąż musiał pójść walczyć, a ponadto, niechcący, stali się „politycznymi wrogami”. Pod koniec wojny Geoffroy zawędrował w głąb Afryki, gdzie zamierzał z czasem sprowadzić żonę i syna, Fintana. Dopiero jednak w marcu 1948 roku wyruszyli oni do Afryki holenderskim statkiem „Surabaja”.

Podróż trwała cztery tygodnie, gdyż statek przybijał ku różnym portom, gdzie zostawiał ludzi i towary, zabierając następnych pasażerów. Dwunastoletni Fintan o świcie, kiedy wszyscy jeszcze spali, był już na pokładzie i obserwował wybrzeże Afryki: ziemię o barwach czerwieni i ochry, pianę na podwodnych skałach, wyspy i ogromne plamy rzek wlewających się do morza. Upał za dnia stawał się coraz większy; chłopiec czuł, że Afryka pali jak ogień.

Pewnego razu o świcie Fintan usłyszał dziwny, niepokojący hałas na przednim pokładzie statku. Okazało się, że był to stuk uderzeń w kadłub statku. Otóż cały pokład dziobowy „Surabaja” był zajęty przez siedzących w kucki Murzynów, którzy stukali młotkami w luki, kadłub i wręgi, odbijając rdzę. Hałas niósł się, ogarniał cały statek, rozbrzmiewał coraz potężniej, jak jakaś przykra, męcząca muzyka.

− Mamo, dlaczego oni to robią? − zapytał.

− To biedacy − powiedziała matka – pracują przy odrdzewianiu statku, żeby opłacić podróż swoją i swoich rodzin do następnego portu.

Murzyni wciąż uderzali młotkami i spływali potem, a słońce świeciło oślepiająco…

Dwa światy

Na pokładzie spacerowym pierwszej klasy, angielscy oficerowie, urzędnicy kolonialni w jasnych mundurach, panie w kapeluszach i woalkach – wszyscy patrzyli na ten tłum stłoczony na pokładzie ładunkowym, na powiewające w słońcu różnobarwne tkaniny. Rozmawiali o innych sprawach. Fintan jednak podrywał się każdego dnia, kiedy się to zaczynało, i nie mógł już oderwać oczu od Murzynów. Mężczyźni jeden za drugim unosili w górę młotki i opuszczali je, bez okrzyku, bez śpiewu; odpowiadały im inne uderzenia na drugim końcu statku, potem jeszcze inne i wkrótce cały kadłub wibrował i drgał jak żywe stworzenie. Czuć było zapach smaru, oleju i kwaśną woń potu. Kobiety, chroniąc się przy pordzewiałych wręgach, kołysały swoje maleństwa. Chłopcy, zupełnie nadzy, bawili się butelkami i puszkami po konserwach. Nikt nie rozmawiał. Nagle zabrzmiał głos śpiewu na dziobie. Głos, same tylko „ah” i „eja-oh”, właściwie nie smutny, cichy głos mężczyzny opartego o kontener, odzianego w poplamione łachmany, o twarzy poznaczonej na czole i policzkach głębokimi bruzdami. Fintan siadł na pokładzie, żeby posłuchać śpiewu mężczyzny w łachmanach. Dzieci nieśmiało przybliżyły się. Nikt się nie odzywał. Niebo pożółkło. Potem zapadła noc, a mężczyzna wciąż śpiewał.

Dom Geoffroya Allena leżał na wzgórzu, wysoko nad rzeką Omerun, w pobliżu miasta Onitszy. Lekko pofałdowana równina wydawała się oceanem suchości. Nic tylko wysoka, rzadka trawa, kaktusy i parowy, pagórki i ciernie. Upalny powiew wysuszył niebo i ziemię, na mule rzecznym utworzyły się zmarszczki, jak na skórze bardzo starego zwierzęcia. Rzeka miała barwę lazurowo-błękitną, ogromne plaże pełne były ptactwa. Po drugiej stronie słychać było wrzask ropuch, cykanie owadów, a nocą, kiedy zamierały wszystkie ludzkie głosy, słychać było cichy, nieregularny warkot bębnów.

Maria Luiza śniła dawniej o Afryce, o wyprawach konno do buszu, o chrapliwym ryku dzikich zwierząt wieczorami, o przepastnych lasach pełnych kwiatów, o ścieżkach wiodących do tajemnicy. Nie myślała, że będzie tak jak teraz – długie i monotonne dni, oczekiwanie na werandzie i miasto z płonącymi od żaru, blaszanymi dachami. Mąż jako urzędnik kompanii handlowych Afryki Zachodniej, spędzał większość czasu na spisywaniu przybywających z Anglii skrzyń mydła, papieru toaletowego, wołowiny w puszkach i mąki. Owszem, były kiedyś i tutaj dzikie zwierzęta, ale, gdy las został wycięty, ustępując miejsca farmom i plantacjom, zwierzęta się stąd wyniosły.

Duchowa matka i opiekunka

Przez pierwsze lata Maria Luiza czuła się osamotniona, ale kiedy poznała i pokochała miejscową ludność tubylczą, stała się ich duchową matką i opiekunką; stała się po prostu kimś innym. Teraz należała do tego miasta, do tych ludzi. Znała każdą ulicę, każdy dom, znała także ludzi, znała ich imiona. Żony miejscowych angielskich urzędników miały jej to za złe, ale ona, Włoszka, nie potrafiła być sztywna i zdystansowana. Nigdy nie kochała nikogo tak jak tych ludzi. Byli tacy łagodni, mieli świetliste oczy i czyste, pełne wdzięku gesty. Kiedy przechodziła przez miasto dzieci zbliżały się do niej bez onieśmielenia, głaskały po ramionach, kobiety brały ją za rękę, mówiły do niej w tym łagodnym, szemrzącym jak muzyka, języku. Na początku trochę się tego nawet bała, tych oczu tak błyszczących, tych rąk, które ją chwytały i dotykały. Ale teraz nie lękała się już niczego – ani ich, ani ludzkiej krytyki. Starała się być sobą. Służyła tym ludziom z delikatnością i dobrocią, i to jej wystarczało.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

TAGI| ANIOŁOWIE

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama