Wspólnota zaludnionej wyspy

Przewodnik Katolicki 38/2012

Powinniśmy mieć świadomość, że do kościołów parafialnych przychodzi dziś mniejszość parafian. Ta sytuacja to dla nas wszystkich największe wyzwanie. Musimy szukać nowych możliwości docierania do wiernych

 

Mamy trójkąt: kapłan, świeccy, parafia. I dużo wolnego miejsca w środku…

– Zacząłbym może od tego, czym jest parafia. Takich definicji znajdziemy pewnie dziesiątki, ale ja od lat noszę w sobie słowa bł. Jana XXIII, który niegdyś powiedział, że parafia powinna być jak studnia na środku wioski, do której każdy może przyjść i napić się wody.

Zawsze…

– Zawsze. Te słowa są nie tylko głębokie jak ta studnia, ale także i bardzo zobowiązujące. Bo w tym naszym codziennym pędzie duszpasterskim można czasem ludzi gdzieś pogubić albo skupić się tylko na tych łatwiejszych celach. Inaczej rozmawia się przecież z tymi, którzy są w środku Kościoła, a zupełnie inaczej mówi się do ludzi stojących w progu, albo w ogóle za progiem. A czasy są coraz trudniejsze; jesteśmy już w mniejszości.

Ludzie coraz rzadziej piją ze studni?

– Niestety, na to wygląda. Powinniśmy mieć świadomość, że do kościołów parafialnych przychodzi dziś mniejszość parafian. Ta sytuacja to dla nas wszystkich największe wyzwanie. Musimy szukać nowych możliwości docierania do wiernych. Dla mnie takim naturalnym, najbardziej oczywistym pomostem są sami świeccy. Bez ich aktywności parafia jest martwą, bezludną wyspą. Ale tak naprawdę to dopiero początek tworzenia czegoś większego.

Większego?

– Kilkanaście lat temu, będąc młodym, świeżo upieczonym proboszczem, pojechałem do Koszalina, do słynnej parafii pw. Ducha Świętego, która gościła kiedyś w swoich murach Jana Pawła II. Wspaniały proboszcz ks. Kazimierz Bednarski zbudował tam wszystko, co tylko można sobie wyobrazić, łącznie ze sklepem wielkości marketu, świetnie wyposażoną szkołą, salą gimnastyczną i ośrodkiem wypoczynkowym nad morzem. Zapytałem go wówczas: proszę księdza, a ile osób chodzi do kościoła? A ks. Kazimierz odpowiedział: „No jak to ile, normalnie – 30 procent”. I ja wtedy zrozumiałem, że nie wystarczy dać ludziom fajerwerki i ofiarować im wszystko, a oni będą za to automatycznie kochać Pana Boga i chodzić do kościoła. Zrozumiałem, że to są dwie odrębne rzeczy.

Nie podziałało deprymująco?

– Nie. Wszystkie te okołoparafialne działania są bardzo ważne, ale pod warunkiem że stanowią jedynie środek do celu. Najważniejsze jest bowiem budowanie wspólnoty, i to takiej wspólnoty, która będzie sobie wzajemnie pomagać. Trochę tak jak w dzisiejszych wspólnotach charyzmatycznych. Chodzi o to, żeby w parafii powstała prawdziwa relacja, więź między kapłanami a świeckimi, sytuacja, w której każdy jest ważny i potrzebny. Bo tylko taka symbioza może wydać jakieś owoce.

I od czego Ksiądz zaczął?

– Od próby nawiązania kontaktu z rodzicami. Wcześniej na spotkania parafialne przychodzili w zasadzie tylko rodzice dzieci przystępujących do Pierwszej Komunii Świętej i do bierzmowania. Reszta była nieobecna. Tak zrodził się pomysł utworzenia przedszkola przyparafialnego, opartego na myśli bł. Edmunda Bojanowskiego. Dziś w przedszkolu mamy 170 dzieci, a więc pośrednio także 340 rodziców, plus dziadkowie i babcie. I to jest już spora grupa, do której możemy dotrzeć z przekazem wychowawczym i duszpasterskim. Przedszkole stało się naszą szansą duszpasterską i doskonałym narzędziem pracy.

Dalej poszło już łatwiej.

 – Tak, w ślad za tym pojawiła się myśl utworzenia szkoły, stanowiącej naturalną kontynuację naszego przedszkola. I nagle tych dzieci zrobiło się już 650. A skoro 650 dzieci to i 1300 rodziców.

I to świetnie działa – z jednej strony jest to dobry sposób dotarcia do ludzi świeckich, a z drugiej sprzężenie zwrotne – możliwość przeżywania wspólnie z rodzinami ich codziennych spraw, towarzyszenia im, pomagania w wychowywaniu. Tak właśnie rodzi się wspomniana więź parafialna.

Tymczasem koło zamachowe pracuje dalej: jest gimnazjum, szkoła muzyczna, centrum edukacyjne…

– Ale żeby to wszystko mogło sprawnie funkcjonować potrzebne jest zaangażowanie ludzi świeckich. Oni są najważniejsi, kapłan schodzi w pewnym momencie na dalszy plan. Nigdy nie udałoby się nam pokonać rozmaitych przeszkód i skomplikowanych procedur, gdyby nie profesjonalizm, wysiłek i wiedza naszych parafian. To naprawdę wielka łaska, że Pan Bóg stawia ciągle na naszej drodze odpowiednich ludzi. Czasami są to historie niezwykłe, ludzie potrafią zmienić niemal całe swoje dotychczasowe życie, także to zawodowe, aby włączyć się w działanie parafii. W takiej sytuacji można już naprawdę mówić o wspólnocie. Bo choć my formalnie otwieramy szkołę, ale tak naprawdę jest to tylko umowna nazwa.

Lepiej pewnie powiedzieć „szkoła księdza Rysia”.

– Tak nas nazywają. Ale w rzeczywistości to jest wspólnota: nauczycieli, rodziców, dzieci, parafian. Parafia, szkoła, dom – to się wszystko jakoś ze sobą naturalnie zazębia.

 

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Kasia
    02.10.2012 23:20
    "Ale prawdziwym centrum i spoiwem naszej wspólnoty parafialnej jest kaplica Wieczystej Adoracji"
    Zazdroszczę.U nas kościół cały dzień zamknięty.
    Prośby o otwarcie chociażby kruchty (jest krata) nie działają.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama