Polityka nie jest aż tak ważna

Tygodnik Powszechny 39/2012

Kiedy jestem na Mazurach, skąd pochodzę, czuję się bardziej jak w domu, niż kiedy jestem w Bonn. Z Klausem Otto Skibowskim, byłym doradcą kanclerza Konrada Adenauera, rozmawia Katarzyna Tracz

 

KATARZYNA TRACZ: Był Pan już w Polsce w 1957 r. Co było celem tamtej podróży?

KLAUS OTTO SKIBOWSKI: Kanclerz RFN Konrad Adenauer chciał nawiązać w waszym kraju kontakty z Kościołem jako jedyną instytucją opozycyjną wobec komunistycznej władzy. W tym właśnie celu wysłał mnie w 1957 r. do Polski. Oficjalnie przyjechałem jako dziennikarz. Pamiętam dość zaskakujące pierwsze pytanie, jakie zadał mi kardynał Wyszyński. Zapytał wtedy, czy mam odpowiednio dużo pieniędzy, żeby móc jeździć po Polsce. Myślał bardzo konkretnie. Faktycznie, mieliśmy wtedy tak dużo złotówek, że każdemu spotkanemu w drodze powrotnej duchownemu dawaliśmy garść pieniędzy. Żona obawiała się, że możemy zostać uznani za gangsterów.

Jak wyglądała ta „dziennikarska” podróż po Polsce?

Pojechaliśmy między innymi do Wrocławia. Tam spotkałem się z biskupem Bolesławem Kominkiem, który, w mojej ocenie, myślał bardziej politycznie niż kard. Wyszyński. Prymas Polski przypominał władcę, którego władza miała przede wszystkim duchowy charakter.

Jeździliśmy z żoną z miasta do miasta. W każdym spotykaliśmy się z duchownym, który wymieniał z nami wcześniej ustalone hasło i informował, z którymi księżmi można szczerze rozmawiać. Wyglądało to tak, jakby kard. Wyszyński cały czas nas prowadził w tej podróży przez Polskę.

W moim rodzinnym Ełku, w małym kościółku ufundowanym przez mojego dziadka, grywałem na organach, kiedy byłem mały. Pod klawiaturą znajdowała się szuflada, w której chowałem nuty. Kiedy w 1957 r. przyjechałem do tego miasta i przyszedłem do tego kościółka, moje stare nuty leżały w szufladzie. Otwarłem je i zacząłem odruchowo grać „Te Deum”. Pojechałem do Wrocławia i wspomniałem o tym biskupowi Kominkowi, ten zaproponował, abym zagrał na jednym z największych instrumentów na świecie – organach znajdujących się w archikatedrze wrocławskiej. Nie odważyłem się jednak.

Jak Pan wspomina kontakty z biskupem Kominkiem?

Były bardzo dobre, potem je utrzymywałem. Kominek znał wielu Niemców, którzy jeszcze mieszkali na Śląsku. Wysyłał mi potem kartki świąteczne. Wystarczyło, że napisał pozdrowienia – to był nasz kod, że wszystko było w porządku.

Jakie było główne przesłanie kard. Wyszyńskiego, z którym wrócił Pan do Niemiec?

Miałem przekazać Adenauerowi, żeby pozostał nieugięty wobec krajów bloku wschodniego, bo bez tego Polska nigdy nie będzie mieć szans na zbliżenie się do Europy. Wiadomo było wtedy, że granica na Nysie Łużyckiej była zagwarantowana przez Sowietów. Zrobiło na mnie szczególne wrażenie, że Adenauer, znienawidzony i zohydzany przez polskie władze, był lubiany wśród zwykłych ludzi. Powiedziałem mu o tym, kiedy wróciłem do Niemiec. On wtedy podszedł do okna swojego gabinetu, a kiedy z powrotem się odwrócił, widziałem, że miał łzy w oczach. Był niezmiernie poruszony. Bardzo ważne było dla niego to, że został zrozumiany przez Polaków.

Co udało się dzięki tej wizycie osiągnąć?

Kościół był największą siłą oporu w Polsce. Potem udawało nam się – także dzięki pomocy Holandii i jej linii lotniczych KLM – przekazywać do Polski przesyłki i pomoc. Udawało się to całkiem dobrze. Bezpieka nie była w stanie prześledzić, jakimi drogami szła ta pomoc.

Czy podczas tej podróży zdarzyły się momenty trudne? Była to przecież misja niemal szpiegowska.

Komuniści wiedzieli, jak się obchodzić z zachodnimi dziennikarzami. Nigdy nie miałem poczucia, bym był w Polsce w jakikolwiek sposób zagrożony.

Był więc Pan tylko mniej lub bardziej dyskretnie obserwowany?

Wydaje mi się, że konspiracja wśród ludzi Kościoła funkcjonowała naprawdę dobrze. Byłem bezpośrednio kierowany od jednego do drugiego księdza. Zdarzyło się raz, że byłem umówiony z biskupem Kominkiem, ale znacznie się spóźniłem, bo odwiedzałem wówczas jakiegoś innego biskupa i byłem tak gościnnie podejmowany, że nie sposób było wyjść. Kiedy wreszcie przyjechałem, biskup Kominek mówi do mnie: „No tak! Cała pieczeń z gęsi się spaliła!”. Było w tych kontaktach mnóstwo serdeczności, mimo haseł i całej tej konspiracyjnej atmosfery. Będąc w Krakowie, odwiedziłem redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego” Jerzego Turowicza. Moja żona wzięła taksówkę, ja pojechałem drugim samochodem. Więc ci, co mnie obserwowali, nie zawsze byli w stanie prześledzić, dokąd pojechałem.
 
 
 
 
«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama