Katedra kłamstwa

Znak 10/2012

Brytyjski pisarz Evelyn Waugh miał kiedyś stwierdzić, że przeciętny Irlandczyk wierzy tylko w dwie rzeczy ostateczne: piekło i Stany Zjednoczone. To właśnie do tej krainy możliwości masowo emigrowali Irlandczycy w następstwie wielkiego głodu w latach 40. XIX w. „Piekło” można natomiast uznać za symbol tego, jak Kościół katolicki sprawował rząd dusz i umysłów wśród swoich wiernych przez większą część ostatnich 200 lat

 

W 2011 r., jak na ironię w Święto Zwiastowania Pańskiego, wydawany w Belfaście dziennik „The Irish News” opublikował artykuł przepowiadający nieuchronny koniec Kościoła katolickiego w Irlandii. Podstawą były wyniki badań przeprowadzonych w Stanach Zjednoczonych, które dotyczyły przyszłości religii w różnych krajach, w tym Irlandii. Opierając się na matematycznych modelach prawdopodobieństwa i analizie danych socjologicznych, grupa amerykańskich naukowców przewidywała stopniowe zanikanie religii w Australii, Austrii, Czechach, Finlandii, Holandii, Irlandii, Kanadzie, Nowej Zelandii i Szwajcarii (wymienione w porządku alfabetycznym).

Wyniki te mogły sugerować, że gdyby nadwerężone instytucje religijne ostatecznie upadły, sama wiara nie byłaby w stanie znaleźć nowych form ekspresji. Innymi słowy, kres zorganizowanych form religii oznaczałby, że pozostałoby jedynie świeckie miasto [określenie będące tytułem książki Harveya Coxa – przyp. red.], bez miejsca na tęsknotę za religijnym dziedzictwem ludzkości.

Nie wdając się w takie dywagacje, chciałbym jednak przyjrzeć się w niniejszym artykule dramatycznej sytuacji, w jakiej znajduje się obecnie Kościół katolicki w Irlandii i spróbować wyjaśnić znacznie bardziej pesymistyczny wniosek, do jakiego doszli inni, a mianowicie, że trudno mówić o schyłku instytucji, która duchowo jest już od dawna martwa.

Podstawą takiej interpretacji najnowszej historii Irlandii jest twierdzenie, że w ciągu XIX w. Irlandczycy poświęcili swój rodzimy język gaelicki na rzecz języka swoich imperialnych sąsiadów i panów, co miało zwiększyć ich szanse przetrwania i awansu społecznego w świecie, w którym nieznajomość angielskiego stawała się coraz większym obciążeniem – prawnym, społecznym, gospodarczym i w konsekwencji politycznym. Później, w drugiej połowie XX w., wciąż walcząc nie tyle już o przetrwanie, ile o dobrobyt, Irlandczycy zaczęli wyrzekać się swojej religii, której wartość w codziennym życiu wydawała się wątpliwa z pragmatycznego punktu widzenia.

W tym świetle upadek katolicyzmu w Irlandii rozpoczął się, paradoksalnie, wraz z emancypacją katolików, której zwieńczeniem było uchwalenie przez parlament brytyjski aktu równouprawnienia katolików w 1829 r., znoszącego większość istotnych ograniczeń nałożonych na nich w Zjednoczonym Królestwie we wcześniejszych stuleciach, kiedy to cała irlandzka wyspa była jego częścią. Można oczywiście uznać, że taka ocena jest przesadnie surowa w stosunku do dumnej tradycji. A jednak aż się prosi przywołać w tym kontekście rozróżnienie sformułowane przez nieodżałowanego historyka Kościoła Jaroslava Pelikana: „tradycja to żywa wiara tych, którzy odeszli, a tradycjonalizm to martwa wiara tych, którzy jeszcze żyją” . Można bowiem dojść do wniosku, że w ostatnich stuleciach „tradycjonalizm” stał się znacznie potężniejszym czynnikiem w irlandzkim katolicyzmie niż „tradycja”. „Żywa wiara tych, którzy odeszli”, czy też „wiara naszych ojców”, wciąż jest w stanie dawać siłę i faktycznie czyni to w życiu Irlandczyków. Ale u zbyt wielu irlandzkich katolików publiczne oblicze ich wiary zaczęło przypominać pośmiertną maskę, której grymas nie jest już w stanie wyrazić ani zrozumienia dla nowych czasów, ani żywej więzi z Prawdą.

Choć nie wszyscy podzielają ten punkt widzenia, wielu się z nim zgadza, co rodzi następujące pytanie: co doprowadziło do tego kryzysu w stosunkowo krótkim czasie w tak tradycyjnie katolickim kraju jak Irlandia? Nie ulega wątpliwości, że częściowo odpowiedzialne jest nadejście modernizmu. Nagromadzone zmiany kulturowe uderzyły w Irlandię znienacka, podczas gdy Europa miała na ich przyswojenie kilka stuleci. Nie doświadczywszy w pełni intelektualnego zamętu, jaki na kontynencie spowodowały reformacja i oświecenie, Irlandia okazała się mniej lub bardziej bezbronna, gdy w drugiej połowie XX w. siły modernizmu rzuciły na kraj, a w szczególności na Kościół katolicki, swój sekularyzujący, pozbawiający złudzeń urok. Innymi słowy, niezależnie od ostatniej fali skandali, które wstrząsnęły katolicyzmem na całym świecie, Kościół w Irlandii u schyłku XX w. i tak znalazłby się w niemałych tarapatach.

Obecny kryzys w Irlandii może mieć po części również bardziej konkretne przyczyny. Trudno bowiem nie dostrzec związku między rozwojem katolicyzmu w Irlandii a jej stosunkiem do najbliższego sąsiada, Anglii. Teoretyczne panowanie Anglików w Irlandii, sięgające czasów normańskich (od początku XII w.), stało się znacznie bardziej odczuwalne w ciągu dwóch burzliwych stuleci po reformacji. Niewątpliwie dla większości mieszkańców wyspy angielska władza była z gruntu obca. O ile irlandzcy protestanci – od czasu do czasu z wyjątkiem prezbiterian – na ogół nie widzieli nic niestosownego w związkach z Anglią, o tyle katolicy nie podzielali takiego punktu widzenia. Z zasady postrzegali oni protestancką Anglię jako najeźdźczą, „cudzoziemską” siłę sprawującą kontrolę nad życiem w Irlandii, co na co dzień znajdowało swoje potwierdzenie w ograniczeniach obywatelskich, bardziej i mniej istotnych, które monarchia nakładała na katolików. Taki stosunek wytworzył z kolei w umysłach irlandzkich wyznawców katolicyzmu emocjonalną czy też psychologiczną pustkę w miejscu obywatelskiej lojalności wobec ustanowionej władzy i utożsamiania się z autorytetem państwa.

I zdaje się, że właśnie w tę pustkę wkroczył w sposób naturalny i z prawdziwym zapałem Kościół katolicki, gdy tylko emancypacja katolików stała się faktem w 1829 r. Wprawdzie w jej efekcie duchowieństwo katolickie, w szczególności wyższe, zyskało władzę i prestiż, byłoby jednak zbytnim uproszczeniem twierdzić, że sytuacja została narzucona irlandzkim katolikom przez despotyczne duchowieństwo. Istniało bowiem ciche porozumienie między świeckimi a nowo zdobytą władzą Kościoła: ci pierwsi mogli w pewnym sensie pośrednio współuczestniczyć we władzy duchowieństwa w opozycji do władzy protestanckiej. W praktyce oznaczało to, że jeśli protestancki właściciel ziemski miał duży dom, biskup katolicki miał swój pałac, a katolicki proboszcz miał najlepszy dom w parafii. Stawiało go to na równi z miejscowym pastorem. W XX w. irlandzcy katolicy mogli dodatkowo poszczycić się wywodzącymi się z ich kraju ruchami misjonarskimi, które przyczyniły się do zbudowania swego rodzaju „zamorskiego imperium duchowego”, co jeszcze bardziej wzmocniło irlandzkie poczucie wartości i siły na arenie międzynarodowej. W niczym nie przypominało to czasów, gdy rdzennym Irlandczykom groziła zagłada na ich własnej ziemi.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama