Każdy z nas może realizować misyjne powołanie

Wieczernik 186/2012

Jaka jest recepta na udane wypełnianie misyjnego powołania przez każdego człowieka? Przede wszystkim modlitwa, bo to może uczynić każdy, niezależnie od miejsca zamieszkania. Współcześni misjonarze swoją postawą wskazują, że potrzebny jest także kawałek serca, ogromnego serca, które przywraca radość i sens życia.

 

Gdybym zapytała przechodnia idącego jedną z ulic w moim mieście o to, czy może być misjonarzem, pewnie po chwili zastanowienia i lekkiej konsternacji usłyszałabym, że ten przywilej i jednocześnie trud zarezerwowany jest dla wybranych. Nic bardziej mylnego… Realizować misyjne powołanie może każdy z nas. Wydaje się, że pierwszym i jednocześnie najważniejszym krokiem, ku takiej postawie jest uświadomienie sobie, że powołanie to dotyczy wszystkich ochrzczonych.

Być może od takiej świadomości rozpoczęła się misyjna służba niesiona przez Wielkopolan o ogromnym sercu – ojca Mariana Żelazka SVD i doktor Wandę Błeńską. Z całą pewnością te dwie postaci można określić jako współczesnych świętych.

Ojciec Marian Żelazek, werbista urodzony w 1918 roku poświęcił swoje życie, by opiekować się trędowatymi w Puri (Indie). Na świat przyszedł jako siódmy z czternaściorga dzieci, a w późniejszym czasie jego rodzice adoptowali jeszcze dwójkę sierot. Jako dziewiętnastolatek rozpoczął nowicjat u księży werbistów w Chludowie pod Poznaniem. Pierwsze śluby zakonne złożył już po wybuchu II wojny światowej, a w 1940 roku został wywieziony – wraz z księżmi i pozostałymi seminarzystami z Chludowa – do obozu koncentracyjnego w Dachau. W obozie duchowni i seminarzyści otrzymali najtrudniejsze prace fizyczne, upokarzające kary i głodowe racje żywnościowe. Większość z nich umarła, jednakże o. Marian uszedł z życiem.

Po wyzwoleniu obozu przyszedł dla o. Żelazka czas studiów w Rzymie. 18 września 1948 roku o. Marian wraz z kolegą z obozu w pustym kościele, z dala od rodziny i ojczyzny, przyjął święcenia kapłańskie. Już rok później wyjechał jako misjonarz do wymarzonych Indii. Początkowo pracował wśród Adibasów, ludu wyjątkowo poniżanego. Został też inspektorem nadzorującym szkoły katolickie w okręgu Mimbar. Od 1968 roku posługiwał jako proboszcz w Bondamunda i zbudował kościół Matki Bożej Częstochowskiej.

Po dwudziestu pięciu latach pracy Indiach został skierowany do Puri. Buduje tam leprozorium, szkołę, kościół, bibliotekę, Centrum Dialogu Międzyreligijnego i Duchowości św. Arnolda, schronisko dla trędowatych a także mały szpital. Przez swoją obecność i działanie pomagał ludziom odnaleźć utraconą godność i sens życia. Zyskał uznanie w oczach wielu ludzi, nawet elity hinduskiej. Zmarł 30 kwietnia 2006 roku pośród najuboższych, jako ich ojciec i przyjaciel…

Ten „cichy święty” przyjaźnił się z doktor Wandą Błeńską – lekarką, która ponad czterdzieści lat swojego życia poświęciła, by leczyć, wspierać obecnością i darzyć miłością ubogą ludność Ugandy. Doktor Błeńska to rodowita poznanianka, która w bardzo wczesnym wieku straciła matkę i dzięki własnej determinacji i pragnieniu bycia lekarzem ukończyła Wydział Lekarski Uniwersytetu Poznańskiego. Dnia 25 kwietnia 1951 roku Wanda Błeńska po raz pierwszy dotarła do Buluby nad pięknym Jeziorem Wiktorii w Ugandzie. Objęła funkcję lekarza naczelnego w Centrum Leczenia Trądu przy Siostrach Franciszkankach Matki Kevin z Irlandii, z obowiązkiem pieczy także nad przychodnią w Nyendze. Była pierwszym i jedynym lekarzem na misjach – to zmuszało ją również do wykonywania również takich zabiegów i operacji, które wykraczały poza jej specjalizację.

Doktor Wanda Błeńska miała świadomość, że walka z tak potężną chorobą, jaką jest trąd, wymaga szkolenia miejscowych kadr medycznych. Dlatego też zainicjowała ośrodek szkoleniowy w Bulubie, który dzisiaj nosi jej imię. Leczyła nie tylko poranione ciała pacjentów chorych na trąd, ale uzdrawiała także ich poranione dusze. Należy pamiętać, że trędowaci w czasach pobytu doktor Błeńskiej byli często ludźmi odrzuconymi przez społeczeństwo. Albowiem trąd w zaawansowanym stadium to choroba bardzo okaleczająca, deformująca zwłaszcza kończyny rąk i nóg. Budząca lęk, przerażenie… Dokta (tak nazywali ją Ugandyjczycy) dobrze wiedziała, że przełamanie strachu wśród Afrykańczyków wobec zarażonych wymagało przede wszystkim zmiany nastawienia do tej choroby. Zdawała sobie sprawę, że nie wystarczą słowa… Potrzebne były gesty. Zawsze z każdym pacjentem serdecznie się witała, starannie i powoli oglądała rany, nie zakładała rękawiczek… Zarówno o. Marian Żelazek, jaki i doktor Wanda Błeńska, swoją postawą uczą, że od ludzi cierpiących na trąd nie należy się odwracać, nie trzeba się ich bać, ale trzeba ich kochać.

Bóg skrzyżował ścieżki tych dwojga wspaniałych ludzi: doktor Błeńska przez dziewięć miesięcy przebywała w Indiach u o. Mariana Żelazka w ośrodku leczenia trędowatych, w Puri. Ojciec Marian Żelazek tak opisywał ich wspólne doświadczenia:

Dzielimy się wszystkim tym, co przeżywamy. To więcej niż przyjaźń. Całym sercem jestem jej oddany. Zbliża nas to, co robimy-wspólna misja w niesieniu pomocy bliźniemu. Aż trudno uwierzyć, że ta okruszyna ludzka kryje w sobie tak niewyczerpaną energię, moc. To niezwykle jasna postać – wielki człowiek. Nasza Kochana Wandeczka!.

Tą drobniutką osóbkę, która 30 października 2011 roku ukończyła sto lat, można każdego dnia spotkać na Mszy Św. o godz.12, w kościele oo. Dominikanów w Poznaniu. Jest to najlepszy dowód na to, że by być misjonarzem niekoniecznie trzeba służyć gdzieś na drugim końcu świata. Można nim być w codzienności, tu ocierać się o świętość, u jej źródła… Jan Paweł II – misjonarz narodów, w 2002 roku, podczas jednej z pielgrzymek zwrócił się do młodzieży z następującym apelem:

Nie czekajcie na więcej lat, aby rozpocząć przygodę dążenia do świętości. Świętość jest zawsze młoda, tak jak wieczna jest młodość Boga.

Na taką przygodę z pewnością nie czekała błogosławiona matka Teresa z Kalkuty, która w wieku osiemnastu lat zdecydowała się poświęcić swoje życie Bogu oraz drugiemu człowiekowi i wówczas wstąpiła do zakonu. Jednakże po prawie rocznej nauce w klasztorze matka Teresa opuściła go, by przyłączyć się do zgromadzenia Loretanek w Darjeeling (Indie). Po upływie krótkiego okresu czasu skierowano ją, aby prowadziła zajęcia z geografii w Wyższej Szkole St. Mary's dla dziewcząt w Kalkucie, na południe od Darjeeling. To właśnie ulice Kalkuty były pełne żebraków, trędowatych, bezdomnych i niechcianych dzieci, które opuszczone umierały na ulicach lub w pojemnikach na śmieci. Dlatego też po powrocie do Darjeeling, Matka Teresa zrezygnowała ze swojej pozycji w szkole St. Mary's, aby opiekować się potrzebującymi w slumsach. Otrzymawszy zgodę od swojego arcybiskupa, rozpoczęła pracę.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama