Panu Bogu się nie odmawia

eSPe 99/4/2012

O powołaniu, rodzinie i kapłaństwie opowiada ks. Antoni Kieniewicz, który po śmierci swojej żony, w wieku 69 lat, został kapłanem.

 

Czym dla Księdza jest powołanie?

To najtrudniejsze pytanie. Niektórzy rozumieją powołanie tylko w kontekście stanu kapłańskiego albo życia konsekrowanego, ale ja zawsze rozumiałem to szerzej.

W dniu święceń dziennikarka zapytała mnie „dlaczego?”. Odpowiedziałem jej, że Panu Bogu się nie odmawia. To przekonanie nadal we mnie głęboko tkwi. Jak Pan Bóg woła, to trzeba iść. Był czas kiedy mocno przeżywałem śmierć żony. Pisałem trochę wierszy. Ale to był też czas, kiedy powołanie zaczynało się we mnie krystalizować. Nie na zasadzie impulsu, ale coraz intensywniej o tym myślałem. Jak mnie wówczas o to pytano mówiłem: „Mam mocną pewność, że Pan Bóg tego chce i tysiąc wątpliwości, jak to ma się stać.”

W gruncie rzeczy w życiu każdego człowieka realizacją powołania jest wchodzenie w wolę Bożą. Bóg dla każdego z nas ma najlepszy plan zbawienia. Jeżeli człowiek odkryje ten plan i będzie go realizował, to znaczy, że odkrył swoje powołanie – kim ma być w życiu, jak ma wyglądać jego życie.

I tak traktuje Ksiądz swoje powołanie najpierw do życia małżeńskiego, i teraz do życia kapłańskiego?

Tak, ale to nie było zawsze dla mnie takie oczywiste. Moje kapłaństwo nie jest realizacją moich niespełnionych oczekiwań z dzieciństwa czy młodości. Przeczytałem gdzieś ostatnio historię z Ameryki Południowej, gdzie wdowiec odchowawszy dzieci został wyświęcony. To był kolega kursowy biskupa, który go święcił. Tylko, że on po paru latach seminarium wyszedł z niego, ożenił się, miał dzieci, owdowiał, wychował dzieci i wstąpił z powrotem do seminarium. W moim przypadku tak nie było.

Czyli powołanie do kapłaństwa dopiero się zrodziło?

Zupełnie niespodziewanie po śmierci mojej żony. Oboje byliśmy, a ja nadal jestem, zaangażowani w Drogę Neokatechumenalną. Byliśmy tam katechistami – ewangelizowaliśmy w różnych miejscach w Polsce. W momencie, kiedy zmarła moja żona, nasze dzieci były dorosłe i miały poukładane życie. Wiedziałem wówczas, że nadal chcę ewangelizować. Później się okazało, że mogę to robić jako tzw. „katechista wędrowny”, czyli człowiek który zostawia wszystkie zabezpieczenia (dom, pracę itd.) i idzie tam, gdzie jest potrzebny. Takie życie prowadzą małżeństwa, ludzie samotni, tak mężczyźni jak kobiety, młodzi, starzy, także księża. Ale moi ówcześni przełożeni stwierdzili, że prowadzę wspólnotę na dość zaawansowanym poziomie i lepiej, żebym to robił nadal, niż szedł w świat.

Rozmawiałem wtedy ze swoim spowiednikiem. Opowiedziałem mu całą moją historię, a on odpowiedział coś bardzo dziwnego – przynajmniej wówczas tak mi się wydawało. Pamiętam jego słowa: „Ja widziałbym pana w zupełnie innej roli – widziałbym pana przy ołtarzu”. Roześmiałem się i stwierdziłem, że mam już swoje lata i że to już nie dla mnie. No ale jak się później okazało, było coś na rzeczy w tym co mówił.

Zasiał jakieś ziarenko.

Coś się wówczas zaczęło. Nie mogłem się tej myśli pozbyć. Próbowałem, ale nie mogłem. Powołanie trzeba rozeznawać. Nie każdy pomysł, który przychodzi człowiekowi do głowy wpisuje się w jego powołanie. Powołanie do kapłaństwa, trzeba rozeznawać w Kościele, a więc trzeba przedstawić je Kościołowi. Zwłaszcza w mojej sytuacji…

Dlatego poszedłem do ojca duchownego seminarium misyjnego [Redemptoris Mater – międzynarodowe seminarium w Warszawie dla członków wspólnot Drogi Neokatechumenalnej – przyp. red.]. To mój przyjaciel. Mówię mu: „Słuchaj, takie myśli chodzą mi po głowie, mam nadzieję, że wybijesz mi to z głowy i będę miał spokój”. A on na to: „O nie mój drogi, z Panem Bogiem tak nie można. Trzeba czasu na rozeznanie. A na razie, żebyś miał jakieś zajęcie, zacznij studiować teologię”.

Poszedłem na UKSW, żeby się czegoś dowiedzieć o studiach. Nagle jakiś człowiek w dresie podchodzi do mnie i pyta czego szukam. Więc odpowiadam, że chcę zapisać się na studia. A on zaprosił mnie do swojego gabinetu. Okazało się, że trafiłem na ks. Stanisława Warzeszaka, ówczesnego dyrektora studium dla świeckich. Myślałem, że odradzi mi studiowanie, a on mnie przyjął…

Odpowiedzialni za Drogę sugerowali, żebym na początku nikomu nie mówił o swoich planach na przyszłość. Nawet moja wspólnota oficjalnie o tym nie wiedziała. Ale to są inteligentni ludzie, więc się domyślali. Wiedziała tylko moja siostra, w której zawsze miałem wsparcie.

To siostra zakonna?

Tak, karmelitanka. I chociaż młodsza, była w pewnym sensie moim duchowym mentorem. Jak miałem jakieś problemy, to często się jej zwierzałem a ona rzucała mi trochę światła na te trudne sprawy.

Mając 65 lat zaczyna Ksiądz studiować filozofię i teologię.

Na początku to był koszmar. Nic z tego nie rozumiałem. Miałem skrypt, notatki i słownik wyrazów obcych. Każde słowo musiałem sobie tłumaczyć. Potem szło już łatwiej, bo dzięki Drodze byłem obyty ze Słowem Bożym. Wiele rzeczy, o których była mowa na wykładach było dla mnie oczywistych.

Jako świecki studiował Ksiądz dwa lata. Co stało się potem?

W 2007 r. napisałem list do abp. Kazimierza Nycza z prośbą o spotkanie. Problem od początku polegał na tym, że ja mogę się przygotowywać do kapłaństwa, ale czy biskup zechce takiego staruszka wyświęcić? Bardzo dobrze pamiętam tę rozmowę, była bardzo poważna, głęboka. Widać było jego troskę o moją sprawę. Stanęło na tym, że jeżeli skończę seminarium, to on mnie wyświęci.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama