Bez sztandarów, bez strat

Tygodnik Powszechny 41/2012

Gdyby chrześcijaństwo chciało odwrócić się plecami od współczesności, wpadłoby w bigoterię i fundamentalizm religijny, i gdyby na odwrót – świeckość chciała się zupełnie odwrócić od chrześcijaństwa, sama stałaby się nietolerancyjną pseudoreligią.

 

Czy Europa jest zdechrystianizowana? Bynajmniej. Tradycyjne chrześcijaństwo nie jest tak martwe, jak z upodobaniem przedstawiają to laickie media, częściowo i sama dominująca świecka kultura dzisiejszego Zachodu nosi stale w sobie wiele cech swojego chrześcijańskiego pochodzenia. Ale w pewnym sensie jednak Europa – albo przynajmniej jej znaczna część – jest zdechrystianizowana. Chrześcijaństwo utraciło polityczną rolę religii jako uniwersalnego spoiwa i przeniosło się ze sfery polityki do sfery kultury. I pojęcie religii, którym chrześcijaństwo stale nazywamy, nawet niespecjalnie zauważając, jak się znaczenie tego słowa zmieniło, stało się częścią kultury – w końcu coraz bardziej częścią kultury osobowości, a nie kultury wspólnoty jako całości. (Marcel Gauchet mówi, że chrześcijaństwo z infrastruktury wspólnoty, z publicznego i politycznego świata, przeniosło się do „superkultury”, kulturowej „nadbudowy”). Także dlatego Zachód tak został zaskoczony i zaszokowany nawrotem upolitycznienia religii, które stale w świecie się szerzy (patrz islam).

W ramach dzisiejszej globalizacji, upolitycznienia i deprywatyzacji religii, a o tym mówią najlepsi socjologowie, pozostaje religijność większości europejskich chrześcijan „prywatną sprawą” i wymyka się stale z uspołecznionej i kontrolnej roli religijnych instytucji.

Nie dziwi mnie, ale niepokoi, gdy z pewnych chrześcijańskich kręgów (myślę o amerykańskich Religious Right) słyszę wojenne walenie w bębny, wzywające do religijno-politycznej mobilizacji i „kulturowej walki”, czy to przeciwko współczesnej świeckości, czy to przeciw „islamskiemu zagrożeniu”.

Wyprawy krzyżowe skierowane przeciwko współczesności uważam za z góry przegrane. Mogą w nich w konsekwencji przegrać obie strony – a chrześcijaństwo, zamienione w polityczną ideologię, może przy tym stracić swoją własną tożsamość. Tożsamość współczesnej Europy nie jest oparta na samym tylko chrześcijaństwie czy na samej tylko świeckości, ale na kompatybilności chrześcijaństwa i świeckości. Gdyby chrześcijaństwo chciało odwrócić się plecami od współczesności, wpadłoby w bigoterię i fundamentalizm religijny, i gdyby na odwrót świeckość chciała się zupełnie odwrócić od chrześcijaństwa, sama stałaby się nietolerancyjną pseudoreligią. (Przykłady obu ekstremów są znane: wulgarne, upolitycznione formy katolicyzmu czy prawosławia, zmieszane z nacjonalizmem i ksenofobią po jednej stronie, i wojujący ateizm po drugiej).

Kiedyś w sposób ironiczny skomentowałem sławną legendę o tym, jak cesarz Konstantyn, gdy w czasie snu zobaczył krzyż i usłyszał słowa: „W tym znaku zwyciężysz”, umieścił krzyż na swoich sztandarach i wygrał bitwę. I pomyślałem, jak wyglądałaby historia Europy i historia Kościoła, gdyby wtedy cesarz swój sen wytłumaczył sobie w sposób bardziej inteligentny, a nie tak dosłownie.

Także i my dziś stoimy przed krzyżem jak przed dylematem. Będzie dla nas bojowym sztandarem, nostalgicznym wspomnieniem czasów, gdy był znakiem triumfalizmu i siły? Albo zrozumiemy jego kenotyczne przesłanie. Człowiek Jezus, chociaż był równy Bogu, ogołocił samego siebie i stał się jednym z ludzi, przyjął postawę sługi.

Jeśli chcemy naśladować Chrystusa, musimy zrezygnować z pragnienia posiadania uprzywilejowanego miejsca w tym świecie. Każdy z nas musi się „stać jednym z ludzi”, wziąć sobie poważnie do serca ową solidarność z ludźmi naszych czasów, solidarność, do której się zobowiązaliśmy poprzez te piękne słowa wypowiedziane na początku soborowej konstytucji „Gaudium et spes”. Nie obawiajmy się, że w ten sposób stracimy coś u ludzi i utracimy swoją chrześcijańską tożsamość. To, poprzez co odróżniamy się od owego tłumu wokół nas (ale co nas równocześnie łączy z tymi ludźmi, z którymi sami byśmy łączności przecież nie poszukiwali), to nie będą krzyże na sztandarach, ale owa ochota „wzięcia na siebie postaci sługi”. Ta życiowa orientacja (kenoza, samowyrzeczenie) oznacza w cywilizacji ukierunkowanej przeważnie na materialny sukces postawę wyraźnie nonkonformistyczną. Ci, którzy tak żyją, mogą być zarówno ukrytą „solą ziemi”, jak też i niemożliwym do niezauważenia „światłem świata”.

Jeśli „nowa ewangelizacja” ma być rzeczywiście nową, musi mieć odwagę tę prastarą, pierwotną, pokorną postać Ewangelii wziąć jako swoją.

Tłum. Tomasz Dostatni OP

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • uv
    20.11.2012 13:59
    do sz. Redakcji jeszcze nie dotarło co to jest "Tygodnik Powszechny" - no to brawo i tak dalej!
  • dd
    20.11.2012 14:32
    a po co taka opcja "dodaj swój komentarz" jak NIE DODAJECIE - tacy sami krętacze jak GW i TP! - zaprzestaje odwiedzania tej stromny!
  • nirs
    20.11.2012 14:50
    By zrealizować wizje wspólnotowości opisaną w tekście, nie trzeba przyjmować chrztu -
    można zwyczajnie zostać hipisem.
  • oikomenik
    20.11.2012 19:52
    widzę, że czytelnicy komentujący artykuł nie wiedzą, że ks. Tomas Halik jest jednym z najwybitniejszych współczesnych teologów, należałoby się im przyjrzeć ze względu na treść, a nie miejsce publikacji.
    @nirs: wizja wspólnotowości: stać się podobnym do ludzi i przyjąć postać sługi: który hippis to robi? tak może zrobić tylko prawdziwy chrześcijanin - dlatego jest tylu świętych, którzy pokornie służyli ludzkości, będąc solą i światłem, a tak mało jest świętych, którzy wypisywali szlachetne bądź co bądź hasła i walczyli przeciwko "złym ludziom"
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama