Czas szczęśliwie miniony

Tygodnik Powszwechny 43/2012

Gdyby nie było Soboru, pewnie i nas nie byłoby w Kościele, przynajmniej w takim Kościele, jaki zastaliśmy. Czego mieliśmy dość w tamtych czasach?

 

Patrzę na Sobór z perspektywy pokolena ’68, które w tamtym okresie dochodziło do używania rozumu. Przed Soborem w Kościele zniechęcała nas przede wszystkim przecudna bezduszność, której przykładem była dla nas ówczesna liturgia. Najpierw język. Łacina. W zasadzie nie był przeszkodą, gdyż poza Mszami śpiewanymi i tak się niczego nie słyszało. Cała Msza odbywała się na zasadzie zgaduj-zgadula. Ksiądz, odwrócony plecami do zgromadzonych, coś tam szeptał do ministrantów. A to się odwracał twarzą do nas, a to składał i rozkładał ręce, coś tam tymi rękoma przebierał na ołtarzu, jakieś krzyżyki robił, ministranci dzwonili raz krócej, raz dłużej, a w tym czasie ludzie w kościele śpiewali pieśni, odmawiali różańce i litanie albo próbowali dopasować obrazki z książeczek do nabożeństwa do tego, co działo się przed ołtarzem.

OBCY

Na przykład ukazanie po konsekracji Hostii i kielicha było zilustrowane obrazkiem przedstawiającym ukrzyżowanie. Żartowaliśmy na seminarium z liturgiki z tych alegorycznych objaśnień obrzędów mszalnych, mówiąc, że obrzęd umycia rąk przez celebransa trzeba odnieść do biblijnej sceny obmycia rąk, ale przez Piłata. Jednym słowem, niezbyt wyraźnie, ale coraz mocniej, odczuwaliśmy, że na takiej Mszy nie ma dla nas miejsca.

Z jednej strony chcieliśmy brać udział w liturgii, z drugiej zaś czuliśmy się na niej jak nieproszeni goście. Innego zdania był oczywiście proboszcz. Po kazaniu, jeśli takowe było, a bywało z rzadka i po tak zwanej ostatniej ewangelii, proboszcz zdejmował z siebie ornat i ruszał na kościół zbierać tacę.

Kiedy więc odwrócono ołtarz i księdza, i ustawiono twarzą do kościoła, kiedy zaczęliśmy razem i po polsku odmawiać części stałe mszy, a potem usłyszeliśmy i kanon po polsku, poczuliśmy się u siebie. Wreszcie Msza zaczęła nas łączyć i zarazem stanowić nową trudność – stojący obok mnie uczestnik Mszy naraz się urealnił, przestał być obcy. Przestaliśmy też zazdrościć heretykom.

Z HERETYKAMI NA STRYCHU O DZIEWICTWIE

Rzym w tamtych czasach był daleko, dla licealisty i kleryka z lat sześćdziesiątych niewyobrażalnie daleko. Koszt wyjazdu ogromny, paszport praktycznie niemożliwy do zdobycia. Co się tam dzieje na Soborze dowiadywaliśmy się ze „Słowa Powszechnego”, „Za i Przeciw”, z „Przewodnika Katolickiego” i przede wszystkim „Tygodnika”. Że z „Powszechnego” nie trzeba było dodawać, każdy wiedział, o jaki tygodnik chodzi. Tyle tylko że aby zdobyć prenumeratę, trzeba było czekać aż ktoś, czyli aktualny prenumerator, proszę wybaczyć, umrze. Mimo to sporo wiadomości do nas docierało, a jak ktoś się postarał, to sporo wiedział.

I takich starających się było sporo. W Lublinie na przykład szarytka s. Stanisława Andronowska – powiedzieć: zaangażowana w Sobór, co jednocześnie znaczyło ekumenizm, to zbyt mało. Trzeba powiedzieć: zauroczona Soborem. Dzięki niej zaczęliśmy poznawać heretyków nie tylko w świetle prawa kanonicznego, ale od zupełnie innej strony i w całkiem niespodziewanych miejscach. Na przykład w niewielkim pomieszczeniu na strychu plebanii parafii kościoła ewangelicko-augsburskiego. Gromadziła się tam młodzież ze Zjednoczonego Kościoła Ewangelicznego. Spotkania z nimi, z ich sposobem modlenia się, pozwoliło... właściwie zmusiło niejednego z nas do nowego spojrzenia na naszą tradycję kościelną, na to, co w niej istotne, na modlitwę i dogmaty.

Na którymś ze spotkań z nie lada jaką odwagą zaczęliśmy rozprawiać o dziewictwie Maryi, jej niepokalanym poczęciu, dziewiczym narodzeniu Jezusa. Dla katolików chleb powszedni, ale dla naszych braci odłączonych, do wczoraj jeszcze heretyków, już nie. Ten temat był dla nich krępujący. Widać było, że trochę na przymus, czy z grzeczności, podejmują co prawda rozmowę, ale z wielkim zażenowaniem. Te zagadnienia, dla nas dogmaty, miały dla nich charakter nazbyt intymny, by o nich rozmawiać o tak, jakby się rozmawiało o chrzcie, niebie, piekle czy nawet czyśćcu.

To ich onieśmielenie wiele nas, katolickich kleryków i prezbiterów, nauczyło. Z perspektywy dłuższego czasu można powiedzieć, że nauczyło ekumenicznej, czyli chrześcijańskiej pokory. Po latach tak tę postawę nazwie bł. Jan Paweł II: „Człowiek jest drogą Kościoła”. Jeśli tak, to Kościół, idąc tą drogą, musi uważać uważać na innych jej użytkowników. A ponieważ ta droga nie jest autostradą, ale raczej ścieżką, i to pod wysoką, stromą górę, nic dziwnego, że każdy wspina się, jak potrafi. Wydaje się, że trochę u nas w Polsce o tym, iż ta wyprawa na Górę Pana jest wspólnym wędrowaniem, zapominamy.

Tymczasem wędrujący po górach, jeśli są porządnymi wędrowcami, przestrzegają żelaznej zasady stanowiącej, że najmocniejszy z uczestników wyprawy idzie na końcu grupy. Co znaczy, że dostosowuje się do możliwości najsłabszego. Mało kiedy o tym jednak pamiętamy. Nawet jeśli zapraszamy starszych innych Kościołów i religii na uroczystości, to sadzamy ich gdzieś tam z boku i mało kiedy pozwalamy przemówić. Rzecz drobna, ale znacząca. A przecież uznaliśmy ważność chrztu udzielanego w naszych Kościołach, a to znaczy, że uznaliśmy siebie za ludzi tej samej drogi. Z tego jednak wynika, że Drugi Sobór Watykański jeszcze się nie skończył, przeciwnie – trwa, skoro wciąż nam jeszcze daleko do spełnienia tego, co już uchwalono.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

  • pawel z gdanska
    24.11.2012 00:36
    co za pomyłka. przecież przed soborem II Vaticamun była PEŁNIA ŁASK i cała nauka. a teraz nawet ks. nie przestrzegają liturgii. wszystko jest mniej więcej! jak taki ks. będzie umierał to też mu będzie mniejwiecej jak sakrament ma przyjąc!!!!!!
  • vanitas
    24.11.2012 15:06
    Znalezione w sieci, ale pięknie polemizujące z tekstem:
    "[w tym samym Tygodniku Powszechnym]wywiad z umierającym na raka mózgu (glejak) młodym księdzem (35 l.) i takie oto wspomnienie z lat licealnych:

    "Wpadł mi kiedyś w ręce stary mszalik babci. Wyczytałem z niego, co to jest Ofiara, symbole szat liturgicznych, co oznacza Msza Święta. W tym przedsoborowym mszaliku ktoś mnie wreszcie poważnie potraktował"."
  • Andrzej_Macura
    24.11.2012 17:42
    Dyskusja zawierała oczywiście znacznie więcej wpisów. Większość nie przeszła przez moderację. Po pierwsze dlatego, że padało tam pod adresem księdza obraźliwe słowo "pan". Po drugie dlatego, że dyskutanci pozwalali sobie na ataki ad personam. Po trzecie, niektóre wypowiedzi mogły wprowadzać w błąd. Przepraszam, ale jeśli ktoś chce dyskutować na poziomie inwektyw, musi sobie poszukać innego miejsca. Na Wierze takie sprawy nie przechodzą.

  • vanitas
    26.11.2012 09:33
    I jeszcze artykuł z rebelya.pl (autor jest dość znany w półświadku liturgistów w Polsce ;) ) - wskazujący na błędy merytoryczne w tekście: http://rebelya.pl/post/2970/ojciec-oszajca-wspomina-koscio-przed-soborem-st
    Wtekście m.in:
    „Przed Soborem w Kościele zniechęcała nas przede wszystkim przecudna bezduszność, której przykładem była dla nas ówczesna liturgia.”

    Liturgia Kościoła, która rozwijała się w nim od samych początków, która uświęciła rzecze świętych, była dla Wacława Oszajcy i jego znajomych „bezduszna”. O, biedni tradycjonaliści i inni wabieni dziś jeszcze przez (krypto?)schizmatyckie ruchy integrystów, nie wiadomo czego szukających w tych pustych formach. Nie ma w nich ani grama życia duchowego, żadnego poczucia wspólnoty, żadnych pozytywnych emocji. Wszystko takie sztywne, niezrozumiałe, obce, z pewnością wiodłoby do potępienia, ale to potępienie to przecież też taki przedsoborowy relikt. Benedykt XVI daje się nabrać na te śmieszne stare ciuszki i wyświechtane hasła o tradycji, i pewnie przez to pozwala na te przedsoborowe gusła mówiąc nich takie dziwne, nieadekwatne rzeczy. Może kolejny papież będzie mądrzejszy, zobaczy złudność tego wszystkiego i wreszcie tego zakaże...

    Dalej czytamy:

    „Najpierw język. Łacina. W zasadzie nie był przeszkodą, gdyż poza Mszami śpiewanymi i tak się niczego nie słyszało. Cała Msza odbywała się na zasadzie zgaduj-zgadula. Ksiądz, odwrócony plecami do zgromadzonych, coś tam szeptał do ministrantów. A to się odwracał twarzą do nas, a to składał i rozkładał ręce, coś tam tymi rękoma przebierał na ołtarzu, jakieś krzyżyki robił, ministranci dzwonili raz krócej, raz dłużej, a w tym czasie ludzie w kościele śpiewali pieśni, odmawiali różańce i litanie albo próbowali dopasować obrazki z książeczek do nabożeństwa do tego, co działo się przed ołtarzem.”

    Smutna jest ta zawiniona ignorancja młodego katolika. Zawiniona, bo w tamtych czasach, jeśli duszpasterze, katecheci czy rodzice mu tej wiedzy nie przekazali, miał dostęp do wielu świetnych publikacji wyjaśniających, czym jest liturgia i aktywne uczestnictwo w niej. Przecież wystarczyłaby wiedza o tym, co właśnie się dzieje na ołtarzu, zawarta w każdym mszaliku. W dzisiejszych czasach ta wiedza jest paradoksalnie dużo trudniejsza do zdobycia, mimo że posoborowa liturgia jest w językach narodowych, przodem do ludzi i tak bardzo uproszczona

    „Po kazaniu, jeśli takowe było, a bywało z rzadka i po tak zwanej ostatniej ewangelii, proboszcz zdejmował z siebie ornat i ruszał na kościół zbierać tacę.”

    Być może któryś z szanownych czytelników jest lepiej zaznajomiony z tematem ode mnie, byłbym wtedy bardzo wdzięczny za przybliżenie mi tej sprawy. Bowiem do tej pory nie spotkałem się ani w literaturze, ani w rozmowach, ani tym bardziej w posoborowej praktyce rytu sprzed promulgowania Mszału Pawła VI z takim umiejscowieniem kazania i „tacy” zupełnie po zakończeniu całej liturgii. Kazanie jest traktowane jako element z liturgią luźno (jeśli w ogóle) związany, stąd praktykowane w wielu miejscach wspomniane przez jezuitę zdejmowanie ornatu i chyba wszędzie – zdejmowanie manipularza na czas jego głoszenia. Ale umiejscowione było raczej zawsze między przeczytaniem słów ewangelii z liturgii słowa a odśpiewaniem bądź wyrecytowaniem credo. Oczywiście możliwe, że gdzieś w czasach poprzedzających sobór były inne lokalne zwyczaje, jeśli ktoś o konkretach coś słyszał, będę wdzięczny za informacje.
    (...)
    Dalej czytamy o ekumenizmie:

    „Nawet jeśli zapraszamy starszych innych Kościołów i religii na uroczystości, to sadzamy ich gdzieś tam z boku i mało kiedy pozwalamy przemówić. Rzecz drobna, ale znacząca. A przecież uznaliśmy ważność chrztu udzielanego w naszych Kościołach, a to znaczy, że uznaliśmy siebie za ludzi tej samej drogi. Z tego jednak wynika, że Drugi Sobór Watykański jeszcze się nie skończył, przeciwnie – trwa, skoro wciąż nam jeszcze daleko do spełnienia tego, co już uchwalono.”

    Znów moje doświadczenie rozmija się z relacją o. Oszajcy. We wszystkich spotkaniach ekumenicznych, w których do tej pory brałem udział, a także w tych o których słyszałem, braci heretyków aż nazbyt chętnie dopuszczało się do głosu, udostępniało się im ambony i miejsca na środku prezbiterium, stawiało na równi z katolickimi biskupami a nawet papieżem. Ale może trzeba traktować ich jeszcze równiej, w końcu mają ważny chrzest?
    (...)
    W części oddzielonej podtytułem „Durny subdiakon” (pochodzącym od redakcji?) możemy przeczytać tragikomiczną historię o diakonie (o żadnym subdiakonie nie ma tam mowy), który za drobną liturgiczną omyłkę został nazwany durniem przez jakiegoś stetryczłego kanonika. Nie było w nich prze soborem miłości:

    „Podczas Mszy pontyfikalnej diakon, przekazując znak pokoju kanonikom zasiadającym w stallach i przeważnie odmawiającym brewiarz, zapomniał się i zamiast w milczeniu podać jednemu z nich pacyfikał do pocałowania, powiedział do niego: 'Pax tecum!'. W odpowiedzi usłyszał: 'Dureń!'.”

    Możliwe, że Msze pontyfikalne, w których brał udział ks. Oszajca, sprawowane były według lokalnych zwyczajów czy innych reguł, ale normalnie znak pokoju kanonikom do stalli zaniósłby kapłan asystujący (archidiakon), wypowiedzenie „pax tecum” było naturalne, a pacyfikał podawano nie kanonikom a świeckim dygnitarzom.

    „Gdyby nie Sobór, wypowiadając słowa konsekracji, dalej trzęślibyśmy się ze strachu nad każdym słowem, bo najmniejszy błąd unieważniał Mszę.”

    Znów powielanie absurdalnych mitów. Niech mi ktoś wreszcie pokaże jakiś dokument czy publikację, gdzie by potwierdzono, że przed ostatnim soborem przez takie liturgiczne wpadki Msza mogła być nieważna (z tego, co wiem, tu, jak przy innych sakramentach, chodzi o zachowanie formy i materii – to znajdziemy w podręcznikach przedsoborowych i posoborowych, tak więc również jeśli podczas Mszy w rycie Pawła VI kapłan pomyli się przy słowach konsekracji, zamieniając je albo pozwalając sobie na inną twórczość, Msza będzie nieważna).
    Polecam całość...

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama