Dokończony lot

Tygodnik Powszechny 45/2012

19.04.2010 Pamiętam, że nie potrafiłam włączyć telewizora. Zastanawiałam się przez chwilę, co to jest TVN 24...

 

Ubrałam się, nie wiem kiedy i nie wiem jak. Wsiadłam na rower i pojechałam do Oli. Ona na pewno śpi, o niczym nie wie... Waliłam pięściami w drzwi, wreszcie się otworzyły, a później... później wszystko działo się już tak szybko, jakby poza mną, jak w jakimś kiepskim filmie, w którym ktoś wyznaczył mi rolę, nie pytając o zgodę (...). Zaczęłam odkurzać, sprzątać, prać, chciałam myć okna. Nie mogłam usiąść, znaleźć sobie miejsca.

***

Nie chciałam zostać na Golgocie.

Owszem, po 10 kwietnia zachowywałam się jak człowiek, który wypadł z dziesiątego piętra. Wszystkie kości miałam połamane. Nie chciało mi się żyć i było to najzupełniej normalne. Włodek zginął w momencie, kiedy nasza miłość kwitła, mieliśmy swój najlepszy czas, czas absolutnego zakochania, po uszy, więc to nie był upadek z parteru. Przeszłam długotrwałą rehabilitację, powiedziałabym, duchową. Zrosły się kości, zerwane mięśnie zabliźniły, jeden, dwa kroki do przodu. Powtórna nauka uśmiechu, próba zrozumienia dziennikarzy, którzy, bez urazy, zawodowo zajmują się wkładaniem palców w świeże blizny.

Nie chciałam zostać na Golgocie, mimo że była to pokusa. Życie w ciągłej żałobie, noszenie na sobie kostiumu Wdowy Narodowej może wypełniać pustkę i pełnić rolę protezy. Pewnie dałoby się tak żyć bardzo długo, opowiadając o traumie, bólu i uczestnicząc w obrzędach. Żeby było jasne: nie neguję ich potrzeby, uważam tylko, że przychodzi moment, kiedy trzeba oddalić się do innych zajęć. Nie lubiłam i do dzisiaj nie lubię, gdy mówią o mnie „wdowa”. Cały czas czuję się przede wszystkim żoną.

Przede wszystkim zaczęłam unikać trybu zbyt głośnej skargi. Mój mąż był zawodowym żołnierzem, pełnił ważną, publiczną funkcję. Wcześniej ryzykował życiem na misjach, podczas setek skoków spadochronowych. Brał na siebie ogromne ryzyko i w końcu zdarzyło się tak, że śmierć nie minęła go bokiem. Owszem, ranga tego zdarzenia była duża, i w sensie symbolicznym, i politycznym, ale zadałam sobie w końcu pytanie, z jakich to przyczyn mój ból ma stać się czymś ważniejszym niż tragedia żony, której mąż ginie w zatłoczonym busie jadąc na zrywanie jabłek, albo matki, której syn zostaje potrącony przez samochód w drodze do szkoły. Jestem jedną z wielu poszkodowanych kobiet w tym kraju i wręcz nie mam prawa rozdzierać nieustannie szat.

Chociaż są momenty, kiedy to jest silniejsze ode mnie. Rok temu w dniu Wszystkich Świętych siedzieliśmy z synem i ojcem w domu, nagle telewizje zaczęły nadawać relacje o samolocie, któremu zepsuło się podwozie. Oglądałam to lądowanie i płakałam wbrew sobie, przy dziecku, mimo że bronię się przed takimi sytuacjami. Płakałam ze szczęścia, że im się udało, że nikt nie zginął, że dzielny kapitan tak fenomenalnie wykonał manewr. Ale płakałam też z bólu i żalu: powróciło nagle wszystko, bezradność wobec wyroków losu, niezrozumienie jego mechanizmów – tym się udało, tamtym nie. Przecież myśmy podpisali umowę na zakup ziemi w górach na dzień przed Włodka odejściem!

I nie byłam jedyna wśród rodzin ofiar – zadzwoniłam później do znajomej, okazało się, że ona również patrzyła w telewizor płacząc.

9.08.2010

A w domu dobrze, o ile można użyć tego słowa, bo nigdy bez Ciebie dobrze już nie będzie. Kupiliśmy dziś plecak do szkoły. Książki przyszły już wcześniej, pocztą. Kąpielówki, dokładnie takie, jakie Ty kupiłeś Dziecku, żadne inne nie były oczywiście brane pod uwagę. Jak zobaczyłam ich cenę, z godnością przełknęłam ślinę.

***

Minęło dwa i pół roku. Nie jestem pogrążona w depresji, choć nie mogę powiedzieć, żebym była tak szczęśliwa jak przed katastrofą. To chyba naturalne. Są natomiast coraz częstsze chwile autentycznej radości i metafizycznej wdzięczności. Za to, że jestem zdrowa, żyję, mam wspaniałego syna. Dzisiaj jest piękny dzień, popatrz, jakie wspaniałe światło, jaka piękna jesień. Póki pogoda dopisuje, jeżdżę po Krakowie rowerem, na szpilkach, Włodek też był zapalonym rowerzystą i przypomina mi się znowu wszystko. Mówił, że jestem wariatka, bo w szpilkach na rowerze się nie jeździ. Gdy pojechaliśmy do Paryża, ze zdumieniem kręcił głową, bo takich wariatek zobaczył nagle setki.

Wszystkich Świętych nie nastraja mnie szczególnie ciężko. Dorastałam w Toruniu, w wieżowcu zbudowanym między dwoma cmentarzami, więc najpiękniejsze chwile dzieciństwa kojarzą mi się z jesiennymi spacerami wśród nagrobków. Z tą wcześnie nabytą wiedzą, że człowiek nie cały mija, bo zostają po nim wspomnienia, nagrobek, zdjęcia, to, co zdołał zrobić. Nigdy nie bałam się cmentarzy, raczej czułam tam spokój, jakby otulała mnie troska przodków. Teraz, po latach, jestem bogatsza jeszcze i o tę świadomość, że pamięć nie przetrwa bez wysiłku tych, co zostali. Dlatego na wdzięczność składa się również i to, co czuję, widząc nagrobek Włodka tak szczelnie zastawiony zniczami, że na moje nie ma tam już miejsca. Są kwiaty od prezydentów kraju i Krakowa, od wojewody i wojska. Dla mnie te gesty mają bardzo duże znaczenie, choć wiem też, jak ulotna jest pamięć, i liczę się z tym, że za kilka lat, gdy emocje opadną i Smoleńsk nie będzie już tak bardzo rozpalał głów, zniczy zacznie ubywać. Taka jest kolej rzeczy. Ja sama pierwszego listopada na grób Włodka nie chodzę, zostawiając miejsce dla innych. Pojawiam się dzień wcześniej, potem jadę na grób mamy. Napisałam książkę, która zbiera wspomnienia jego przyjaciół, bliskich – papier pozostanie na długo, czasem taki gest jest trwalszy niż wielki pomnik z brązu.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama