Przełom, który ocalił ciągłość

Tygodnik Powszechny 48/2012

Sobór nie potępił żadnej doktryny teologicznej, nie dał powodów do fundamentalnych podziałów. Nie zmienia to faktu, że był wydarzeniem epokowym.

 

W historii Kościoła bywało, że jedno słowo, filioque, mówiące o pochodzeniu Osób w Trójcy, doprowadziło do rozłamu tysiącletniej wspólnoty na chrześcijaństwo wschodnie i zachodnie. Jedna litera dodawana do wyrazu homousios przez stulecia powodowała podziały wśród chrześcijan, a sam ów termin – uprzednio przez biskupów obkładany klątwą – wprowadzono do soborowych uchwał pod tak silną presją cesarza Konstantyna, że po jego śmierci niektórzy biskupi wymazywali swoje podpisy pod nicejskim Credo. Przypomnijmy też Sobór Watykański I (1870), który w przeddzień głosowania dogmatu o nieomylności papieża opuściło demonstracyjnie 55 biskupów (ok. 10 proc. ojców soborowych).

W porównaniu z kryzysami po wielu wcześniejszych soborach, dzisiejszy „kryzys posoborowy” jest tylko naturalną perturbacją. Każdy sobór zwoływany był w obliczu problemów i podziałów w Kościele – można powiedzieć, że kryzys jest „genetycznym” zjawiskiem towarzyszącym soborom.

SOBÓR ZMIANY

Opinia o Vaticanum II jako o soborze zmiany – i to zmiany radykalnej – wynika z trzech powodów. Po pierwsze, z krótkiej perspektywy czasowej. Każda generacja ma tendencję do przeceniania wyjątkowości swego czasu. To właśnie dlatego rozkwitłe w okresie Soboru „teologie śmierci Boga”, „sekularyzacji” i „wyzwolenia”, fala wystąpień z kapłaństwa i silny spadek powołań, schizma jednego z soborowych ojców, medialne spory „progresistów” z „integrystami”, wreszcie: zmiany w liturgii – dla opinii publicznej jawiły się jako zjawiska nie mające precedensu w historii. Któż jednak przejmuje się dzisiaj „teologią śmierci Boga”? Kto studiuje pisma Gutiérreza czy Boffa?

Drugim źródłem powyższej opinii jest reforma liturgii. Spory o „współistotność” Chrystusa z Ojcem, o dwie czy też jedną wolę Chrystusa, o nieomylność papieża, choć były niezmiernie silne, miały jednak charakter elitarny; nie dotyczyły ogółu wierzących. Natomiast reformę liturgii Mszy św. – m.in. obrócenie kapłana twarzą do wiernych i wprowadzenie języków narodowych – dostrzegli wszyscy. Dlatego zmiana ta stała się przedmiotem medialnych sensacji, polem do częstych nadużyć popełnianych przez „liturgicznych eksperymentatorów” oraz obiektem krytyki ze strony obrońców status quo ante. I w tym przypadku trzeba jednak pamiętać, że większość reform w liturgii związana była z występowaniem w nich nadużyć i prawie zawsze towarzyszył im sprzeciw. Dość wspomnieć reformę papieża Damazego (IV w.), który zamienił obecną w liturgii od początku grekę na powszechnie zrozumiałą łacinę; ówcześni obrońcy języka greckiego już szesnaście wieków temu używali tych samych argumentów, jakich dziś używają obrońcy łaciny.

Trzeci powód jest najistotniejszy. To, zarysowana w soborowych dokumentach relacja Kościoła do świata. Była to zmiana znacząca. Lecz i ona stanowiła powrót do pierwszych kilkunastu wieków chrześcijańskiej tradycji. „Myślę, że nowość Vaticanum II – mówił francuski teolog o. Yves M. Congar w „Rozmowach jesiennych” – polegała w dużej mierze na uznaniu historyczności Kościoła, Pisma itd. Historyczność nie oznacza czegoś całkiem nowego: podejmujemy stare, ale w nowych warunkach”.

MITYCZNY ZŁOTY WIEK

Przez pierwszych trzynaście wieków chrześcijaństwa jednym z podstawowych zadań Kościoła było wypracowanie ewangelicznego stosunku do świata. Słowo „świat” posiada w Piśmie Świętym potrójne znaczenie: od „świata” pojmowanego jako dzieło Stwórcy i miejsce Zbawienia, przez jego znaczenie neutralne (jako zewnętrze w stosunku do Kościoła), po „świat” będący synonimem korupcji i grzechu. Ważnym zadaniem Kościoła było więc rozeznawanie „duchów tego świata”, odkrywanie tego, co jest w nim dobre i piękne, a co bezbożne i skorumpowane.

W takim kontekście uczniowie Chrystusa spoglądali na instytucję państwa, w którym przyszło im żyć – na rodzinę, służbę wojskową czy niewolnictwo – zastanawiali się nad statusem kobiety, godziwością profesji bankiera czy kupca. Rozważali również relację prawa stanowionego do prawa moralnego, władzy świeckiej do władzy kościelnej, inspirowani Ewangelią powoływali rozliczne instytucje charytatywne. Ale dopiero w okresie rozkwitu papiestwa w XII i XIII wieku udało się zrealizować pragnienie Karola Wielkiego zbudowania wspólnej, choć spajającej chrześcijan tylko obrządku rzymskiego, cywilizacji nazwanej Christianitas. Powstała w ten sposób kultura, w której całość życia każdej jednostki i społeczności była inspirowana przez chrześcijaństwo: cechy rzemieślnicze, style w architekturze, instytucje polityczne, życie intelektualne, muzyka i poezja, obyczaje kmieci, zwyczaje mieszczańskie, etos rycerski i żebraczy.

W świecie tym nie ma wyraźnego podziału na sacrum i profanum. Życie prywatne nie jest w opozycji do publicznego, nie ma rozdzielenia Kościoła i państwa. Na dobre i na złe fundamentalną cechą Christianitas stanowił monizm wcielanej w życie społeczne wizji, a jego pochodną był uniwersalizm wszystkich jej obywateli – od kresów Rzeczypospolitej po Atlantyk, od Sycylii po Szkocję. To właśnie w okresie wybujałego średniowiecza zanikła w Europie dystynkcja pomiędzy „Kościołem” a „światem”. Czas ów na wiele stuleci pozostał mitycznym „złotym wiekiem”, symbolem symbiozy chrześcijaństwa z cywilizacją i społeczeństwa z Kościołem.

Wzrost znaczenia państw narodowych, niewola awiniońska i czas antypapieży, koncyliaryzm, a zwłaszcza pęknięcie fundamentów chrześcijańskiej jedności w czasie Reformacji umocniły tylko „złotą legendę” chrześcijańskiego średniowiecza. Wystarczy wspomnieć encyklikę „Rerum novarum”, w której Leon XIII pisał z nostalgią, że był ongiś taki okres „od którego ani lepszego nie było, ani w przyszłości nie będzie”, czy „Quadragesimo anno”, w której Pius XI wyrażał nadzieję na uwspółcześnienie i udoskonalenie średniowiecznych rozwiązań.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • nirs
    13.12.2012 22:40
    Świetny tekst, naprawdę rewelacyjny.
    Jego jedynym minusem jest to, że nie opisuje rzeczywistości, a jedynie wyobrażenie.
    Realnie przyjrzenie się temu, co miało miejsce po soborze, nakazuje dostrzec, że nastąpiło zerwanie z tym co wcześniejsze - "oto nadeszło nowe".

    Ładnie obrazuje tę rzeczywistość zdjęcie jednego z proboszczów, który siekierą rozwalał stary ołtarz w latach 70.

    (jakoś nie mam zaufania do pokolenia kapłanów, którzy siekierami niszczyli ołtarze, ja bym się bał)
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama