Myślenie plemienne

Wieczernik 188/2012

Jeśli w świetle wyznawanych wartości, w świetle rozumu i sumienia uznajesz coś za dobre – to czyń to

 

Piotrek, mój dziesięcioletni syn wrócił ze szkoły jakiś zirytowany.

– No bo tato, Mati mówi, że „Opowieści z Narnii” to świetne książki!

– To źle? – zdziwiłem się. – Przecież ty też tak uważasz?

– No właśnie! – potwierdził z zafrasowaną miną. – Narnia jest super. I co ja mam teraz zrobić?…

Aha…

Już wyjaśniam. Mati to kolega z klasy, którego mój syn z wielu powodów bardzo nie lubi (z wzajemnością zresztą). Antypatia zaczęła się już pod koniec pierwszej klasy i wynikała z wielu powodów: niektóre z nich były rzeczywiście poważne, inne – jak się można domyślać – mniej. Różnice poglądów, różnice charakterów, różnice w podejściu do życia… Zwykle było tak, że jak mój syn uznawał coś za „fajne”, to Mati uznawał to za „obciachowe” – i vice versa („Tato, ale jak można nie lubić pizzy?!”).

A tu proszę, niespodzianka: w klasie zaczęła się jakaś dyskusja na temat „Opowieści z Narnii” C.S. Lewisa – i Mati powiedział, że czytał jedną z nich, oglądał dwie inne i bardzo mu się podobały. No, jak on mógł?! Mój syn mówił mi potem, że w pierwszym odruchu chciał skrytykować Matiego, powiedzieć że się nie zna, a „Opowieści…” są głupie, nudne i dla dzieci (największa obelga w ustach dziesięciolatka!) – ale oczywiście tego nie powiedział, „bo to przecież nieprawda”. Nie wiem, jak dalej potoczyła się rozmowa, ale Piotrek wyraźnie miał problem. No bo jak to: miał takie samo zdanie jak Mati? Czy to oznacza, że Mati miał rację?! I on miał się z nim publicznie zgodzić? Uff, trudna sprawa.

Porozmawialiśmy, coś mu tam wytłumaczyłem, starałem się potraktować jego problem poważnie – ale gdzieś w głębi serca trochę się z tej sytuacji śmiałem… Do chwili, kiedy uświadomiłem sobie że ten pozornie zabawny dylemat dziesięciolatka przekłada się na bardzo poważne dylematy zupełnie dorosłych ludzi.

Kilka miesięcy temu śledziłem długą i pełną emocji dyskusję na pewnym chrześcijańskim forum internetowym. Chodziło – mówiąc w największym skrócie – o pewną lokalną akcję dobroczynną organizowaną w pewnym niewielkim mieście. Dyskusja dotyczyła w ogólnym zarysie tego, czy uczestnicy forum – chrześcijanie, katolicy – powinni brać w tej akcji udział, czy raczej trzymać się od niej z daleka. Z jednej strony – cele i założenia akcji były naprawdę szlachetne i trudno było się do nich przyczepić. Z drugiej strony – organizatorem tek akcji było środowisko, które z ludźmi wierzącymi nie miało nic wspólnego i nie kryło swojego krytycznego stosunku do Kościoła i chrześcijaństwa w ogóle. W dodatku – można by pewnie powiedzieć „co gorsza”… – akcję popierała i mocno reklamowała lokalna gazeta, także znana z niekoniecznie chrześcijańskiego podejścia do rzeczywistości…

„Co robić?” – zastanawiali się forumowicze. Z jednej strony – nie wziąć udziału w takiej akcji (chodziło o pomoc ludziom naprawdę potrzebującym) to jakby sprzeniewierzyć się zasadzie miłości bliźniego. Z drugiej strony – czy wzięcie w niej udziału i przyczynienie się do jej sukcesu nie będzie „popieraniem” ludzi i środowisk przeciwnych Kościołowi?… Zdania były mocno podzielone.

Powiem szczerze: z perspektywy czasu uderza mnie podobieństwo tych dwóch sytuacji. I zmusza do zadania sobie pytania: czym powinienem się kierować – ja: człowiek, chrześcijanin, katolik – podejmując takie decyzje i określając swój stosunek do takich czy innych zjawisk? Co powinno być dla mnie wyznacznikiem, wskazówką?

Na pierwszy rzut oka odpowiedź na to pytanie wydaje się prosta: skoro jestem człowiekiem wierzącym, podstawowym wyznacznikiem powinna być dla mnie wola Boga. Mam przecież Słowo Boże, przez które On sam ukazuje nam swoją wolę. Mam naukę Kościoła, który stara się to Słowo interpretować i odnosić do praktyki życia. Mam sumienie, które – jeśli tylko jest choć trochę uformowane – podpowiada mi, co jest dobre a co złe. Mam wreszcie rozum, który pomaga nam wszystkie te drogowskazy zintegrować i podjąć właściwą decyzję.

Okazuje się jednak, że w praktyce nie jest to wszystko takie proste. Bóg, jak mówi Pismo, „nie ma względu na osoby” – my jednak jesteśmy tylko ludźmi i wzgląd na osoby mamy. I dlatego bardzo często zamiast Jego słowem i własnym sumieniem i rozumem kierujemy się w naszych decyzjach i postawach tym, co na dany temat sądzą inni. Zwłaszcza, jeśli do tych „innych” mamy silny stosunek emocjonalny – czy to pozytywny, czy negatywny.

Jesteśmy istotami społecznymi – tworzymy grupy i wspólnoty, nawiązujemy z innymi ludźmi więzi emocjonalne. Do pewnego stopnia to zupełnie naturalne, że poglądy i opinie mojej grupy, wspólnoty, środowiska wpływają na moją ocenę rzeczywistości – nie możemy jednak dopuścić do sytuacji, w której poglądy innych zastępują w naszym życiu samodzielne myślenie i odnoszenie się do wartości, które uważamy za słuszne.

Jeśli mam wątpliwości, jak się w danej sytuacji zachować, jakie działania podjąć, którą opinię uznać za słuszną, powinienem zastanowić się nad tym w świetle wartości które wyznaję. Powinienem zapytać o to Boga (pamiętając, że On przemawia do mnie w czasie modlitwy – ale także poprzez głos mojego sumienia i analizę rozumową opartą na wiedzy i zdobytych informacjach). Oczywiście, opinia drugiego człowieka może być bardzo pomocna – zwłaszcza jeśli człowiek ten jest dla mnie autorytetem i jestem przekonany o jego wiedzy i mądrości – ale nie powinna być jednym wyznacznikiem moich decyzji. A na pewno takim wyznacznikiem nie powinno być „myślenie plemienne”…

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

TAGI| DOBRO, SUMIENIE, ZŁO

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama