Zmarnowałam swoje życie

W drodze 3/2013

Staranie o to, żeby rany grzechów, które Pan Jezus już mi odpuścił, się goiły, w języku religijnym nazywa się pokutą. Przypomina się o tym podczas każdej spowiedzi, kiedy kapłan przed udzieleniem rozgrzeszenia nakłada – zazwyczaj tylko symboliczną – pokutę. Realną pokutę, czyli duchową pracę nad tym, żeby rany moich grzechów nie ropiały, ale się goiły, wykonujemy na dwa sposoby – po pierwsze, cierpliwie i po Bożemu znosząc dolegliwości, które swoimi grzechami sami na siebie sprowadziliśmy; po wtóre, troszcząc się rzetelnie o to, żeby być blisko Pana Jezusa.

 

Sypnęło mi się małżeństwo. (…) Związek po ślubie kościelnym trwał kilka lat, wcześniej było mieszkanie ze sobą, oczywiście współżycie i antykoncepcja. Pierwszą zdradę męża odkryłam niecały rok po ślubie, potem już była lawina zdrad. W końcu powiedziałam koniec i odeszłam, złożyłam pozew o rozwód i uzyskałam go. Nigdy nie byłam szczególnie wierząca, ale w stronę Boga – paradoksalnie – zwróciło mnie to, że zaczęłam czytać katolickie książki na temat budowania relacji i doszłam do wniosku, że tam jest idealny opis tego, co przyczyniło się do rozpadu mojego związku (wszystkie grzechy, błędy – teraz już wiem, z czego brało się znudzenie męża moją osobą).

Byłam u generalnej spowiedzi z całego życia, trafiłam na wyrozumiałego księdza. Nie mam wątpliwości, że Bóg moje winy przebaczył, ale zżerają mnie nieustanne wyrzuty, że do wszystkiego doprowadził grzech. Co więcej, te udręki są nieusuwalne, gdyż rozpad sakramentalnego małżeństwa zawsze będzie mi przypominał o moich grzechach, które do tego doprowadziły. Jak się z tego wyzwolić?

Dodam, że nie ma możliwości powrotu do męża, bo po pierwsze, sama tego nie chcę, nie kocham go i jest we mnie wstręt do niego, że ranił mnie swoimi grzechami i pozwalał na moje grzechy, które nas raniły (…). Jestem załamana perspektywą przegranego życia.

Przypowieść o powrocie syna marnotrawnego milczy o tym, co się z nim działo po owej radosnej uczcie, którą wyprawił mu ojciec. Wolno nam się domyślać, że kiedy skończyło się świętowanie i nastały zwyczajne, szare dni, nie było mu łatwo. Pojednanie z ojcem i otrzymane przebaczenie nie usunęły automatycznie duchowych ran, z którymi wrócił do ojcowskiego domu. A ponadto: Wprawdzie zbyt głębokie było poniżenie, którego zaznał w wyniku swego zbłąkania, żeby groził mu powrót do dawnego grzechu, ale zapewne nieraz dopadały go zgryzoty sumienia i fałszywe poczucie własnej bezwartości. Fałszywe – bo przecież ojciec naprawdę mu przebaczył i przywrócił mu godność dziecka.

Wydaje mi się, że tak właśnie przedstawia się również sytuacja autorki listu. Pierwsze świętowanie z powodu pojednania z Bogiem i odpuszczenia grzechów ma już za sobą i wciąż jest przepełniona radością z tego powodu oraz wdzięcznością wobec Boga. Ale teraz zaczęły się dla niej dni powszednie nawróconej grzesznicy. I na własnej skórze przekonuje się, że nie jest wtedy człowiekowi łatwo.

Nawróć się!

Ufam, że kilka prostych rad, które teraz przedstawię, pomogą jej i tym, którzy znaleźli się w takiej sytuacji. Nie są to moje rady. Takie rady Kościół od wieków stara się dawać nawróconym grzesznikom, aby nie zszarzała w nich radość nawrócenia i żeby w nim trwali oraz utwierdzali się w nadziei.

Rada pierwsza: Dopóki żyjemy, słowa „zmarnowałem swoje życie” tylko w jednym znaczeniu mogą być prawdziwe – jako ostre, naglące wezwanie do nawrócenia. Poczucie zmarnowanego życia nawiedzało zapewne syna marnotrawnego, który sięgnął takiego dna, że zazdrościł nawet świniom. Podobnie pewnie czuła się autorka listu, zanim wyznała swoje grzechy Panu Jezusowi i mogła przystąpić do stołu Pańskiego.

Jeżeli jednak nawróciliśmy się i staramy się żyć w przyjaźni z Bogiem, unikajmy takiej mowy, że zmarnowałem swoje życie. Mogłem z własnej winy zmarnować swoje zdrowie lub jakieś wspaniałe życiowe możliwości, mogłem zmarnować swoje powołanie – małżeńskie lub kapłańskie. Jednak swojego życia nie zmarnował nawet ukrzyżowany razem z Panem Jezusem bandyta, który nawrócił się dopiero w dniu swojej śmierci. On, owszem, zmarnował całe lata, ale cel ostateczny życia – zbawienie wieczne, przecież osiągnął.

Sygnały z wnętrza

Rada druga: Warto uświadomić sobie różnicę między wyrzutami i zgryzotami sumienia – po to, żeby tymi drugimi stanowczo się nie przejmować. Wyrzuty sumienia są darem Bożym, zgryzoty – deformacją tego daru. Wydaje się, że to, co przeżywa autorka listu, to typowe zgryzoty, czyli takie wyrzuty sumienia, które straciły swoją celowość i zamiast odbudowywać, niszczą człowieka.

Spróbujmy to krótko opisać. Wyrzuty sumienia działają na rzecz mojego ocalenia. Dopuściłeś się zła – mówi mi moje sumienie – ale nie popadaj w rozpacz, tylko się szybko nawracaj, żeby ci się coś gorszego nie przydarzyło. Skoro wczoraj dopuściłeś się tego grzechu, to błagaj Chrystusa o przebaczenie i staraj się następnego grzechu nie popełnić. Świadomość, że wczoraj zgrzeszyłeś, niech temperuje twój egocentryzm, a przede wszystkim niech cię pobudza do dobrego.

Wyrzuty sumienia mogą stracić powyższą celowość i stać się niszczącymi i bezcelowymi zgryzotami. Człowiek wówczas gryzie się swoim wczorajszym grzechem i cała jego uwaga skupiona jest na przeszłości. Zachowuję się tak, jakby głównym celem mojego życia było teraz rozdrapywanie ran dawnych grzechów. Zgryzoty sumienia, nawet jeśli mają jakąś celowość, to przeklętą: poniekąd ich celem jest to, żeby nie dopuścić do ocalenia grzesznika. One tylko bezpłodnie męczą człowieka i osłabiają jego duchową energię.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

  • WojtekRych
    14.03.2013 20:53
    Ogromnie cenię wypowiedzi Księdza Profesora w formie artykułów na przykładach. Tak jak ten powyższy, ale w związku z tym że rozłamy małżeństw sakramentalnych nie są rzadkością; pozwalam sobie na dopowiedzenie ku przestrodze.

    Miłość naszego Boga jest tak doskonała, że każdemu z nas stawia na drodze życia osobę, którą z naszej wolnej woli w pełni możemy zaakceptować jako towarzyszącą na całe życie.
    Pytanie: jak rozpoznać tą Jedyną?
    Miłość to sacrum dusz. Gdy udziela jej Stwórca nasz, zachodzi prześwietlenie wzajemne dusz. Czasem wystarczy jedno spojrzenie. I dusze prześwietlone blaskiem, noszą obraz "tej Jedynej" jak fotografie na zawsze.
    To wtedy z najgłębszego JA możemy powiedzieć: Ojcze tak to Ta jest kością z mojej kości i krwią z mojej krwi. Pojawia się Miłość Boga(Duch Św.) miedzy nimi. Ta miłość rozwija się cierpliwie i cicho.
    Tylko takie powiązanie jest nierozerwalnym na całe życie doczesne a pewnie i wieczne.
    Potwierdzenie sakramentem małżeństwa jest prawdziwym szczęściem życia.

    Ale nie zawsze dochodzi do tego właściwego rozpoznania. Często sięgamy sami po ciało osoby bo jest łatwiej.
    To sytuacja "grzechu pierworodnego" gdy bez miłości dusz (sacrum), brniemy w czerpanie przyjemności.
    W takim przypadku dochodzi do rozstania. Tak jakby do odrzucenia "przeszczepu", nieraz mimo starań którejś ze stron. Nawet po latach i pomimo legalizacji, rozłam jest nieunikniony. Gdyby przyjrzeć się legalizacji to była zawarta pod wpływem jakiejś presji.
    W tym związku nie ma Miłości Boga.

    Mam takie przeczucie, że to sam Bóg pozwala wtedy na rozstanie aby Jezus, który oddał życie za uwolnienie nas od grzechu pierworodnego, mógł obdarzyć nas swoim MIŁOSIERDZIEM indywidualnie.

  • agia
    17.03.2013 18:36
    Wcale nie jest oczywiste, że małżeństwo rozpadło się dlatego, że para współżyła przed slubem i stosowała antykoncepcję. Niepotrzebnie autorka listu obwinia się o jakieś przyczynienie się swoimi grzechami (współżyciem przed ślubem?) do zdrad dokonanych nie przez nią, ale przez męża. Do zdrad i rozwodów dochodzi też w sytuacjach, gdy przed ślubem nie było współżycia i antykoncepcji.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama