„Słuszny” kierunek MEN

Przewodnik Katolicki 10/2013

Jedno dziecko udało mi się wybronić przed „dobrodziejstwami” reformy oświaty. Teraz Ministerstwo Edukacji Narodowej wyciąga łapy po moją młodszą córkę. W założeniach resortu stanie się ona za rok sześciolatkiem podlegającym obowiązkowi wcześniejszej edukacji szkolnej.

 

„Obniżenie wieku obowiązku szkolnego to ważna, cywilizacyjna zmiana, która nieodwołalnie nastąpi w 2014 roku” – zapowiada bojowo minister edukacji narodowej Krystyna Szumilas. W odpowiedzi przytłaczająca większość rodziców głosuje nogami, nie posyłając swoich dzieci wcześniej do szkół. Ta sprawa pokazuje dramatyczny rozziew między pobożno-życzeniowymi planami Ministerstwa Edukacji Narodowej, a skrzeczącą rzeczywistością, która nijak nie chce się dostosować do światłej i jedynie słusznej wizji prezentowanej przez resort oświaty.

Świat wirtualny

Kilka dni temu szefowa MEN przedstawiła w Sejmie informację o „stanie przygotowania organów prowadzących do objęcia obowiązkiem szkolnym dzieci sześcioletnich”. Taki obowiązek wprowadzono ustawowo w 2009 r.

Początkowo wszystkie sześciolatki miały pójść do pierwszej klasy już od 1 września 2012 r.

Jednakże na skutek masowych protestów rodziców oraz sygnałów ze strony samorządów o nieprzygotowane do przyjęcia sześciolatków szkolne mury rząd przesunął ten termin o dwa lata. I wszystko wskazuje na to, że tym razem zamierza go dotrzymać. Według zapewnień MEN w 2014 r. do szkół obowiązkowo pójdą już wszystkie dzieci urodzone w 2008 r. Szefowa MEN przekonywała posłów, że polskie szkoły są dziś znakomicie przygotowane do nauki sześciolatków. Powoływała się przy tym na TUNSS (Test Umiejętności Na Starcie Szkolnym), przeprowadzony przez Instytut Badań Edukacyjnych, z którego wynika, że zdecydowana większość rodziców dzieci sześcioletnich, uczących się w pierwszej klasie, jest zadowolona z opieki świetlicowej w szkołach, a 91 proc. deklaruje, że szkoła zapewnia uczniom minimum jeden, a czasem nawet dwa lub więcej posiłków dziennie.

„O tym, że kierunek zmian jest słuszny, niech świadczą wyniki osiągane przez sześciolatki w pierwszych klasach. We wszystkich testach umiejętności osiągali oni lepsze wyniki (…) niż ich koledzy w «zerówkach» i przedszkolach” – zachwalała minister Szumilas. Szefowa MEN „zapomniała” jednak dodać, że badania te obejmują okres ledwie kilku tygodni, ponieważ rozpoczęły się dopiero... pod koniec ubiegłego roku, a więc cztery lata po ogłoszeniu reformy!

Co więcej, Ministerstwo Edukacji Narodowej wykluczyło z udziału w badaniach te sześciolatki, które z różnych przyczyn nie nadążają za rówieśnikami (np. dzieci z orzeczeniem o wczesnym wspomaganiu rozwoju). Doprawdy, bardzo „miarodajne” dane…

Świat realny

Wystarczy jednak wyjść poza obręb ministerialnych murów, by przekonać się, jak bardzo rzeczywistość odbiega od optymistycznego obrazu kreślonego zza biurka przez urzędników MEN. Piękne, kolorowe szkoły, w których sześciolatki mogą się uczyć w przyjaznej i bezpiecznej atmosferze, można policzyć na palcach obu rąk. Resort edukacji przekonuje co prawda, że w ostatnich latach przeznaczył prawie 2 mld zł na dostosowanie infrastruktury szkolnej do reformy oświaty, ale samorządowcy mówią, że to stanowczo zbyt mało w stosunku do skali potrzeb. W rezultacie muszą oni realizować odgórnie narzuconą reformę, opierając się głównie na środkach własnych. I o ile nawet dyrektorom niektórych szkół udaje się jako tako dostosować sale lekcyjne do potrzeb sześciolatków, to brakuje im środków na modernizację zaplecza. Sprowadza się to więc do tego, że w czasie godzin lekcyjnych udaje się częściowo oddzielić pierwszoklasistów od starszych uczniów, ale już w świetlicy, w stołówce czy na szkolnym boisku muszą oni przebywać z resztą szkoły. A w niektórych zespołach szkół sześciolatki mają bezpośrednią styczność nawet z gimnazjalistami.

Uzasadnione obawy wzbudza także stan ubikacji szkolnych, z których większość jest nadal zupełnie niedostosowana do potrzeb tak małych dzieci. Rodzice nie chcą zaś wierzyć w zapewnienia MEN o dobrym stanie infrastruktury szkolnej. „Stan łazienek jest gorszy od tego, który pamiętam ze stanu wojennego” – skarżyła się kilkanaście dni temu na łamach „Rzeczpospolitej” jedna z matek, której dziecko chodzi do szkoły usytuowanej w jednej z najlepszych wrocławskich dzielnic. A cóż dopiero mówić o biednych gminach. W niektórych z nich w szkołach brakuje nawet ciepłej wody.

Świat rodziców i dzieci

Minister Szumilas chwaląc dobrodziejstwa reformy oświatowej, zapomniała również wspomnieć o jeszcze jednym „drobiazgu”: otóż, te tak bardzo chwalone przez nią sześciolatki nie wytrzymują tempa nauczania w konfrontacji z dziećmi o rok starszymi. W ich przypadku jeden rok to kolosalna przepaść – zarówno jeżeli chodzi o rozwój umysłowy i fizyczny, jak i przede wszystkim rozwój emocjonalny. Cóż bowiem z tego, że dziecko potrafi jako tako czytać i liczyć, skoro mentalnie tkwi nadal w naturalnej w tym wieku fazie zabawy i beztroski?

Bajki opowiadane przez panią minister najłatwiej zweryfikować, odwiedzając stronę internetową akcji społecznej „Ratuj Maluchy”, która niezmordowanie od kilku lat walczy z pomysłem obniżenia wieku szkolnego. Znajdziemy tam mnóstwo opowieści rodziców, których dzieci doświadczyły realiów reformy oświatowej. „Mój syn (rocznik 2004) poszedł wcześniej do szkoły. Niestety skutki tej decyzji odczuwamy bardzo dotkliwie teraz. Jako jedyny 8-latek jest obecnie w trzeciej klasie, nie czyta jeszcze płynnie, czuje się obciążony, przeżywa nieustanne huśtawki emocji związane ze szkołą, nie odnosi sukcesu, ponieważ inni ciągle go prześcigają, piszą ładniej, szybciej i lepiej. (…) Wybucha płaczem, porównuje się z innymi i czuje się gorszy, kumuluje emocje, czasami jest agresywny” – pisze „mama Marcinka”, której syn został podczas diagnozy przedszkolnej określony jako dziecko „w pełni gotowe do  podjęcia nauki w szkole”.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...