Upiory Romantyzmu

Wzrastanie 3/2013

Nad polską myślą polityczną wciąż unoszą się upiory Romantyzmu. Demony dawnych, XIX-wiecznych idei, które wylęgły się w mózgach niezrównoważonych poetów, ogłaszających Polskę „Chrystusem narodów”. Wciąż żywe jest przekonanie, że jeśli Polska cierpi, jeżeli dostaje od kogoś baty – to dzieje się wspaniale, bo dzięki temu reszta świata ma się znacznie lepiej.

 

Zawsze miałem szacunek dla bohaterstwa naszych powstańców. Czemu jednak krytyka ewidentnych błędów dowódców traktowana jest u nas jako „atak na patriotyzm”?

Kiedy w szkole nauczyciel historii roztrząsa nasze klęski narodowe, to prawie zawsze, zamiast wyciągnąć odpowiednie wnioski i wskazać palcem winnych, zaczyna snuć krzepiącą opowieść – że nie wszystko poszło na marne, bo „odnieśliśmy zwycięstwo moralne”, a co więcej, ktoś na naszym dramacie skorzystał.

Że wprawdzie takie Powstanie Listopadowe (1830) doprowadziło do sromotnej przegranej, do srogich represji w Królestwie Polskim, do trwającej ćwierć wieku „nocy paskiewiczowskiej” – jednak przecież ocaliło niepodległość Belgii (ciekawi mnie tylko, ilu Belgów przejmuje się tym faktem?).

Nie tak dawno pewien publicysta, podczas dyskusji nad sensem Powstania Warszawskiego (1944), zupełnie serio przekonywał, że zakończyło się ono wielkim sukcesem „dla Europy”. Mianowicie przez Powstanie Stalin zatrzymał na jakiś czas swą ofensywę na linii Wisły, więc Niemcy mieli czas na zorganizowanie obrony na wschodzie; dzięki temu Sowieci zagarnęli mniejszy kawałek III Rzeszy niż by chcieli (tak, tak, co tam spalona Warszawa, co tam 150 tysięcy zabitych jej mieszkańców, najważniejsze, że naród niemiecki bardziej nie ucierpiał).

Masochiści

Mam wrażenie, że stare hasło „za wolność naszą i waszą” nabrało jakichś nowych, karykaturalnych form. Kiedyś jego autorom chodziło o walkę ze wspólnym nieprzyjacielem. Dziś mamy masochistyczną manię wspierania choćby i wrogów Polski, w imię ideologicznego zacietrzewienia.

Ot, słyszę od lat o wysiłkach mojego kraju podejmowanych  na rzecz wspierania demokracji w Rosji, na Białorusi czy gdzieś tam jeszcze. Nie wiem, czy ustrój demokratyczny jest lekarstwem na wszystkie bolączki tej planety. Nie mam pewności, czy Rosjanie i Białorusini są aż tak wielkimi jego miłośnikami. Nachodzą mnie wątpliwości, czy posiadamy prawo do pouczania innych narodów jak mają rządzić się u siebie, szczególnie kiedy praktyka demokracji wygląda u nas tak, jak wygląda. Ale najgorsze jest to, że misjonarze demokratycznej religii zupełnie nie zawracają sobie głowy takimi „drobiazgami”, jak interes Polski.

Wcale nie mam powodów zachwycać się rządami Władimira Putina, jednak kiedy obserwuję demonstracje antyputinowskiej opozycji, to widzę sztandary z sierpem i młotem – komunistyczne i nacjonalbolszewickie. Słyszę powoływanie się na Lenina i wezwania do nowej rewolucji. Widzę pederastów wymachujących tęczowymi flagami i feministki zakłócające nabożeństwo w cerkwi.

Czy to jest ta „opozycja demokratyczna”, której kibicuje mój kraj? Czy jeżeli ci ludzie dorwą się do władzy na Kremlu – czy to naprawdę będzie lepsze dla Polski?

Demokraci od Rzezi Wołyńskiej

Kilka lat temu na Ukrainie doszło do ostrego kryzysu politycznego, znanego jako „pomarańczowa rewolucja”. W Polsce zapanowała na tym tle prawdziwa histeria. W naszym kraju poparcie dla „pomarańczowych” (zwolenników byłego premiera Wiktora Juszczenki) było chyba większe niż na Ukrainie.

Organizowano manifestacje, happeningi i koncerty solidarnościowe. Polskie media grzmiały jednym chórem o potrzebie obrony ukraińskiej demokracji. Politycy z prawicy i lewicy wspierali „pomarańczowych” wzniosłymi deklaracjami. I tylko gdzieś w tle słychać było nieśmiałe głosy znawców tamtejszych realiów, że może by tak nie przesadzać z tymi wyrazami poparcia, bo przecież w otoczeniu Wiktora Juszczenki nie brakuje pogrobowców Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, którzy na Polskę i Polaków patrzą krzywo (delikatnie mówiąc), którzy wielbią rezunów z UPA i głoszą ich wielką chwałę. 

Jednak dla naszych elit politycznych najważniejsze było „wspieranie demokracji na Ukrainie”. Rzeczywiście, „pomarańczowa” demokracja wygrała, skutkiem czego ziemie naszego wschodniego sąsiada zaroiły się od pomników stawianych... mordercom polskich kobiet i dzieci z Wołynia i Małopolski Wschodniej. Wtedy można było już tylko smętnie pokiwać głową, obserwując ten „kolejny sukces polskiej polityki wschodniej”.

Za wolność waszą, nie naszą

Sam nie jestem bez winy. W 1990 roku, kiedy Litwa wyzwalała się spod okupacji sowieckiej, jak Polska długa i szeroka odbywały się demonstracje poparcia dla „braci Litwinów”. Chodziły na te wiece tysiące Polaków, w ich liczbie również niżej podpisany. A potem, kiedy „bracia Litwini” wybili się na niepodległość, od razu zaczęli uciskać mniejszość polską na Wileńszczyźnie, spychając ją do roli obywateli drugiej kategorii. Wtedy zrozumiałem, że ja i podobni do mnie młodzi naiwniacy byliśmy niczym stado głupich baranów.

Pozostańmy jeszcze w klimatach bałtyckich. Niedawno pracowałem nad artykułem o wspólnej operacji wojskowej Polaków i Łotyszy przeciw bolszewikom w styczniu 1920 roku. W wielkim skrócie wyglądało to tak: najpierw wojska bolszewickie wtargnęły na tereny, które dla Łotyszy były Łatgalią, a dla nas – Inflantami Polskimi. Tedy wspólnie z Łotyszami uderzyliśmy na czerwoną zarazę, przeganiając ją z tych ziem. Do tej akcji Polska wystawiła trzykrotnie więcej żołnierzy niż nasz łotewski sojusznik, i poniosła siedmiokrotnie większe straty. Po zakończeniu walk hojnie oddaliśmy Łotyszom wyzwolone Inflanty, i jeszcze doposażyliśmy im armię; wiadomo, Polak zawsze miał gest...

 

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

TAGI| POLSKA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Adam
    19.03.2013 04:24
    Jak najbardziej zgadzam sie z autorem.Naszych liderow zawsze cechowal i nadal cechuje brak realizmu i potworna prywata, ktore to wielokrotnie prowadzily kraj do ruiny.
  • M.R.
    21.03.2013 12:15
    Tekst bardzo dobry, trudno się z nim nie zgodzić (jak z rzadko którym tekstem, zwykle nadzwyczaj poprawnym politycznie, pośród ostatnio zamieszczanych w Gościu, po kazusie p. Tysiąc zapewne). Wątpliwości budzi pierwotna sugestia autora, o tym, że wszystkiemu winien romantyzm. Romantyzm, to wszak także poeci niemieccy (a wszak Niemców trudno oskarżyć o to, że przedkładają "szczytne idee internacjonalistyczne i kosmopolityzm" nad niemiecki nacjonalizm. Cała ich polityka dowodzi, że jest wręcz przeciwnie. Przykład lorda Byrona, jakby na niego nie patrzeć dowodzi z kolei, że romantyzm mógł się przyczyniać do odzyskania niepodległości (np. przez Grecję), podobnie jak mesjanizm dwóch innych miłośników romantyzmu - Piłsudskiego i Wojtyły. Ja bym podejrzewał autora o taki zakamuflowany atak na politykę Jana Pawła II, która kierując się bardziej romantycznymi fantasmagoriami, niż realiami, wepchnęła nas w objęcia neokolonialnej UE. Ale, wobec braku takiej deklaracji, pozostaje ta teza w kategorii nieudowodnionych domniemywań.
    Widziałbym jednak przyczyny takiego stanu rzeczy, z którego oceną się zgadzam, zupełnie gdzie indziej. Winą za ten stan rzeczy (brak postaw patriotycznych i obrony interesu narodowego u Polaków) upatrywałbym w polskiej nieuleczalnej głupocie (nie jest to zjawisko obce i innym nacjom), która każe Polakom głosować na prezydenta z Peru, bo obiecał, że im da. Nie wiadomo co i jak, ale obiecał więc da, i polskiej prywacie, która choć zawsze była , to od ponad 300 lat świeci w Polsce niezasłużone tryumfy, a ostatnio każe głosować na obrońcę interesu choćby żydowskiego i nomenklaturowego, za to swojego chłopa, który a to cierpi na charakterystyczny dla Polaków niedowład lewej goleni, a to na pomroczność jasną. Tak na marginesie - z wypowiedzi Autora wynika następujący paradoks; Putin (były komunistyczny KGB-owiec internacjonalistycznego teoretycznie bolszewizmu, jest skrajnym nacjonalistą rosyjskim, broniącym rosyjskiego interesu i tylko dlatego zapewne jeszcze dzierżącego swój stołek. Niczym zresztą innym, jak nie szowinizmem i nacjonalizmem rosyjskim bolszewicy mobilizowali Rosjan do walki z Polską w 1920 r., a w 1941 r. do obrony batiuszki Rosji (a nie ZSRR). I jak widać w tym narodzie, w przeciwieństwie do polskiego, te hasła przez cały czas są bardzo nośne i mobilne, choć normalnie ciemny lud rosyjski nieskory jest do ruszenia swoich czterech liter.
    Więc konstatacja Autora, jeśli ją zuniwersalizujemy, jest jak najbardziej słuszna. WNP broni w istocie rosyjskiego nacjonalizmu i imperializmu, co spostrzegł nawet taki satrapa jak Łukaszenka. Podobnie Unia Europejska to w gruncie rzeczy w obecnej formie zakonspirowany pas transmisyjny niemieckiego nacjonalistycznego ekspansjonizmu, okrytego internacjonalistycznym kirem. Głosić można różne rzeczy, ale bronić trzeba przede wszystkim interesów niemieckich koncernów, niemieckiego podatnika i niemieckich banków. I to jest bardzo zdrowe podejście do POLITYKI.
    Natomiast obecna polska głupota polityczna opiera się na fikcji opartej o wysnutą przez Giedroycia, w oparciu o pomysł Piłsudskiego, a nigdy nie zrealizowaną ideę międzymorza. Jest oczywiste, że polskie doświadczenie polityczne dowodzi, że nie należy karmić, w ten czy inny sposób nacjonalizmów naszych sąsiadów (jak choćby Łotyszów, czy Ukraińców), to się nigdy dobrze nie kończyło i żadne koncepcje, wyssane z palca i nigdy nie zrealizowane, wiec nie weryfikowalne w praktyce, tego nie udowadniają. Z prostego powodu - przyjmują założenie wspólnoty pewnych interesów, czy skoordynowanych działań wobec wspólnego wroga, z założeniem, (naszym), że my im nie jesteśmy. A mieliśmy historycznie sytuacje dokładnie przeciwne - akcja Łotyszów, ale i Litwinów, tak jakby nawała bolszewicka im nie groziła, tylko sprzyjała, czy choćby działania strony czeskiej, a później odpowiedź na nie ze strony min. Becka. Nie miejsce tu i czas, by wyliczać wszystkie historyczne błędy, w polskim przypadku, zwykle kardynalne. Polak głupi przed szkodą i po szkodzie.
  • M.R.
    21.03.2013 12:16
    Część druga.
    Ale ta prywata, która od prawie 25 lat kładzie się cieniem na polskiej polityce, a właściwie jej braku jest zbrodnicza. Oczywiście MA RACJĘ Autor mówiąc, że popieraliśmy nie te siły co trzeba i niezgodnie z polskim interesem narodowym, z polską racją stanu, jeśli chodzi choćby o Ukrainę. Wydaje się, że polscy politycy od lewa do prawa zdają się sugerować: Popierajmy ukraiński (i jakikolwiek inny) nacjonalizm, ponieważ wierzymy, że w przypadku jakiegokolwiek zagrożenia rosyjskiego, Ukraińcy z wdzięczności jak jeden mąż położą się na ziemi i nie przepuszczą rosyjskich czołgów ruszających na Polskę, nawet jeśli spowoduje to puszczenie z dymem Ukrainy, lub wymorzenie jej głodem. To bardzo osobliwe założenie polityka, muszę przyznać, wydaje się niczym nieuzasadnione, ale i niezwykle romantyczne. Jest to też projekcja naturalnych nam zachowań na inne nacje. O czym to świadczy? Ano, że w ten sposób niechcący ujawniamy, że Polakami dalej rządzą uczucia altruistyczne w stosunkach międzynarodowych (Za wolność waszą i naszą, niekoniecznie musi oznaczać NASZĄ, z pewnością - WASZĄ, a że skończy się to (oby tylko) kolejnym Smoleńskiem, cóż...) Jeśli tak na to popatrzymy, to jestem skłonny zgodzić się z Autorem, że to zjawisko skrajnej głupoty politycznej i braku instynktu samozachowawczego możemy eufemistycznie nazwać polskim romantyzmem (włos się na głowie jeży od takiego romantyzmu, który co raz, a to Polskę przepuszcza, a to stolicę z dymem puszcza).
    Tak więc patrząc racjonalnie, zanim puścimy z dymem po raz kolejny smętne zgliszcza, tego co po Polsce pozostało, warto pomyśleć CO ZAMIAST TEJ SAMOBÓJCZEJ POLITYKI, choćby w stosunku do Ukrainy, czy innych sąsiadów. Bo my u siebie i w stosunkach międzynarodowych bronimy interesów litewskich, niemieckich, ukraińskich, rosyjskich i ich mniejszości narodowych w Polsce, bez jakiejkolwiek wzajemności i bez żadnych dowodów wdzięczności. Wręcz przeciwnie, przyjmuje się, że to naturalne, że tak powinno być, że "polski" rząd broni internacjonalnie i kosmopolitycznie wszystkich innych interesów, tylko nie polskiego, narodowego, wyrzekając się instynktu samozachowawczego, bo "Polska to nienormalność" i co ważniejsze - to oto właśnie dowodzi polskiej ksenofobii i polskiego nacjonalizmu. To się innym należy co im dajemy, a nam - co od nich dostajemy w zamian. Sztandarowe hasło polskich nacjonalistów, którzy co rusz wyruszają, a to do Gruzji, a to na Ukrainę, a to na Węgry, brzmi "Za waszą wolność"! Naszą - niekoniecznie. Więc powstaje pytanie: Co w zamian, jak przeformułować tę samobójczą politykę?
    I jeszcze uwaga na marginesie. Nasi europejscy sąsiedzi i bliżsi i dalsi, nie tylko nie są gotowi oddać piędzi własnej ziemi, ale są gotowi wydrzeć, przy każdej sposobności ile tylko się da cudzej, w tym naszej i jak choćby dowodzi przykład bałkański, gotowi są skoczyć sobie do gardeł w obronie, no właśnie czego? Komunistycznego internacjonalizmu, czy raczej czegoś wręcz przeciwnego? Natomiast nie tak Polacy, nie tak, oni wychowani od kołyski w duchu nacjonalistycznym, i z mlekiem matki wysysający wrodzony antysemityzm, dzięki któremu przez wieki ściągali do Rzeczypospolitej wypędzanych z innych krajów Żydów, by ich później ulokować w polskich obozach śmierci i puścić z dymem w komorach gazowych pobudowanych na polskiej ziemi przez firmy amerykańskich Żydów, otóż ci ksenofobiczni nacjonaliści Polscy wykazują niezwykłą gotowość do okazywania wrodzonego patriotyzmu i nacjonalizmu, na który głosują nogami - uciekając kto żyw, z Polski, jakby była zadżumiona polskim nacjonalizmem. (Zaiste i ja pomny nacjonalistycznej historii mojej rodziny, miotanej od poznańskiego po Ukrainę (ale jeszcze przez pierwszą wojną), wyzutej z całego majątku, stwierdziłem - a niech se biorą wszystko, łącznie z grobami w postaci ukrytych dołów przysypanych wapnem, nie bardzo wiadomo gdzie; i jako typowy polski nacjonalista, zostawiłem kraj niezmordowanie gotowym do poświęceń w transformowaniu Polski internacjonalistom) Tak zrobiło już 20 mln. Polaków na przestrzeni wieków, zapewne romantycznie oddając europejskim internacjonalistom w ich dobre ręce sprawę obrony integralności Polski i jej terytorium, co wydaje się być interesem każdego internacjonalistycznego europejskiego państwa i europejskich instytucji, z wyjątkiem ksenofobicznie nacjonalistycznego - polskiego.
    P.S.
    Jeśli mój głos zabrzmiał jak bełkot, to ja bardzo przepraszam, ale starałem się w swojej argumentacji jak najwierniej używać oficjalnej nomenklatury "polskiego" "rządu". Cóż ja na to poradzę, że "kuń jaki jezd kużden widzi"?
  • M.R.
    23.03.2013 14:50
    Część trzecia
    Odchodząc od postnowoczesnej nowomowy współczesnych władców kraju, że tak określę ten bełkot, będącej upiorną karykaturą normalnego języka polskiego, warto pokazać kilka przykładowych miejsc, jak się wydaje decydujących dla sytuacji w jakiej obecnie znaleźli się Polacy.
    Prezydent z Peru nie wydaje się jakimś przypadkowym królikiem z kapelusza, incydentem bez znaczenia (podobnie jak i pierwsza większa tzw. afera Biofermu, czyli klasyczny łańcuszek św. Antoniego, wykorzystywany wielokrotnie, ostatnio w aferze Amber Gold). Ponieważ okazało się, że prezydent znikąd, przepraszam z peruwiańskiego kapelusza, obiecujący nie wiadomo co, czyli wszystko, odniósł oszałamiający nawet pomysłodawców sukces, porównywalny tylko z sukcesem Partii Przyjaciół Piwa, czy towarzystwem ateistów, agentów, transwestytów, gejów i lesbijek spod znaku Palikota, więc czyż można się dziwić, że ten sprawdzony schemat zastosowano także wobec następnych i kolejnego słońca z Peru? Przecież to proste jak drut: sprawdzona recepta na sukces - obiecać Niderlandy i wystrychnąć na dudka, na bezczelnego. Tyle, że nie mamy dzisiaj ani pana Zagłoby, ani Sobiepana z Zamościa, któremu król szwedzki nie miał czym zaimponować, bo Sobiepan, gdyby chciał, to pewnie mógłby sobie ówczesną Szwecję kupić, a przynajmniej większą jej część. Nie mam słów, którymi mógłbym opisać realizowany z takim powodzeniem na moich rodakach schemat, ponieważ słowo głupota nie jest adekwatne, a pozostałe określenia są niecenzuralne.
    Wiele wydarzyło się w pamiętnym roku 1989, zwanym wiosną ludów, spraw, które napotkawszy adekwatną odpowiedź, mogły zmienić bieg historii. Nie najpośledniejszą było wykonanie okrągłostołowego wyroku na narodzie polskim rękami posłów OKP, a konkretnie Andrzeja Wielowieyskiego, który zapytany przeze mnie publicznie w czasie kampanii wyborczej o sprawę prezydentury dla Jaruzelskiego, publicznie oświadczył, że ani on, ani żaden z posłów OKP nie przyłoży ręki do zaistnienia prezydentury Wałęsy. Poza słowem zdrada, trudno znaleźć inne, które by określało dalszy bieg wydarzeń z decydującym udziałem pana senatora i jego kolegów. Na marginesie, za organizowanie wtedy kampanii wyborczej przyszłemu panu senatorowi RP, komuniści wyrzucili mnie z pracy. Nie mnie jednego.
    A kto powiedział, że Jaruzelski MUSIAŁ zostać prezydentem? Rosja by Polskę zaatakowała? Wolne żarty. Przecież pozwolili wywalić Honeckera (ja bym w imieniu rządu okrągłostołowego nie miał oporów, by poprosić o azyl dla Jaruzelskiego w jakimś ciepłym kraju po drugiej stronie oceanu, lub odesłał go stamtąd skąd przyszedł) i zabić Causesco. Zachód by się sprzeciwił? Zachód był zbyt przerażony tym co się działo i zbyt bezwładny by się czemukolwiek sprzeciwić, zresztą najbardziej liczyło się wtedy zdanie premier Wielkiej Brytanii i prezydenta Stanów Zjednoczonych, a ci odstawali od obecnej normy.
    Kolejny taki moment, to zawirowania z Kaliningradem (Królewcem) i pucz Janajewa. O ile mi wiadomo, Gorbaczow, a później być może i Jelcyn proponowali Polakom przejęcie regionu kaliningradzkiego. Myśmy jednak woleli "nie zadrażniać stosunków z państwami bałtyckimi". Jest rzeczą normalną, że w okresach przełomowych w dziejach narodów dokonują się wielkie migracje terytorialne i ludnościowe. (Na marginesie, do dzisiaj nie potrafię zrozumieć DLACZEGO POLSKA NIE UPOMNIAŁA SIĘ PO POLSKĄ DIASPORĘ NA WSCHODZIE I DLACZEGO NIE SPROWADZIŁA TYCH POLAKÓW Z POWROTEM DO POLSKI? To się nie wydarzyło ani po pierwszej, ani po drugiej wojnie światowej, a trzeciej, o ile mi wiadomo, jeszcze nie było? Trudno wyjaśnić tą zagadkę.)Rozpadał się i dzielił na państwa Związek Sowiecki, wybuchały tu i ówdzie akcje zbrojne na jego terenie (państwa bałtyckie, Gruzja, Czeczenia chociażby), a Polska w imię nie bardzo wiadomo czego nie przejmuje w darze tego uzbrojonego po zęby lotniskowca rosyjskiego zagrażającego dzisiaj tak Polsce, jak i wszystkim państwom bałtyckim. Brak wyobraźni? Głupota? Zdrada? Wtedy nie rozumiałem, dzisiaj też nie potrafię pojąć. Nawet, gdyby Rosjanie nie chcieli, należało w rozmowach z nimi ten temat wtedy podjąć, a nie dyskutować w kilka lat później o eksterytorialnej autostradzie do Królewca!
    Kolejna sprawa, to zhołdowanie Polski przez Wałęsę Janajewowi. To właściwie wyjaśniało sytuację. Mieliśmy do czynienia nie tylko z tchórzami, ale i oczywistymi zdrajcami, lewa noga, to tylko naturalna kolej rzeczy. Oczywiste jest, że należało stanąć zdecydowanie najpierw po stronie Gorbaczowa. Taki był interes Polski. Nie Janajew, a Gorbaczow, ani nie bierne czekanie na rozwój wydarzeń. A później należało zdecydowanie poprzeć Jelcyna. Co więcej, ja bym podjął rozmowy o przystąpieniu Polski do Wspólnoty Niepodległych Państw, gdyby to ode mnie zależało. Zapewne do przystąpienia Polski do tego układu by nie doszło, ale być może należało się z tą Wspólnota w jakiś sposób stowarzyszyć, starając się jednocześnie wpłynąć na jej, ustalany wtedy kształt. Taki był interes Polski w tym momencie. Mam tu od dawna pytanie do braci Kaczyńskich, o ich udział w obozie Wałęsy w tamtym czasie. Bo to co robili potem nie budzi zastrzeżeń, ale wtedy? Z mojego punktu widzenia jest to bardzo niejasna historia. Na temat tego co się dzieje teraz wolę się nie wypowiadać - moje zdanie jest jednoznaczne - dlatego zagłosowałem nogami.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama