W emerytalnej pułapce

Niedziela 25/2013

Mało kiedy polscy ekonomiści byli tak podzieleni w sądach, jak w przypadku Otwartych Funduszy Emerytalnych jako obowiązkowego filara zabezpieczenia na starość. Nie ma dnia bez polemik, a nawet oskarżeń o płatne lobbowanie na rzecz instytucji finansowych, wbrew interesom przyszłych emerytów. Toczy się spór ostry jak brzytwa. Przeciętny obywatel niewiele z tego rozumie

 

Spora część ludzi dawno już przestała wierzyć, że ma na cokolwiek wpływ. Odnosi wrażenie, że bywa potrzebna politykom wyłącznie podczas ich zalotów o głosy przed wyborami. 270 tys. ludzi rocznie nie wybiera samodzielnie obowiązkowego OFE, zdając się na losowanie. Jest im wszystko jedno. Ale teraz z jednej strony słyszą, że ich emerytury mogą być głodowe, a z drugiej – otrzymują przekaz, że likwidując OFE, rząd chce ich okraść. Dotąd jednak nie wiadomo, czy rząd rzeczywiście chce zlikwidować powszechność OFE, czy tylko kolejny raz okroić wpłacaną do funduszy składkę.

Minister finansów mówi w telewizji, że „OFE to rak na reformie, który urósł do igantycznych rozmiarów i niszczy cały system emerytalny, a teraz przerzucił się na finanse publiczne”. Osoby z jego otoczenia twierdzą natomiast, że o całkowitej likwidacji OFE mowy być nie może. Mamy kompletną dezinformację. Chociaż interes jeszcze się kręci, widać jak na dłoni, że system zabezpieczenia na starość trzeba w Polsce zmienić, bo polski sen o dostatnim życiu na emeryturze nie sprawdził się. Politolodzy twierdzą jednak, że ten, kto powie Polakom, że czekają ich głodowe emerytury, przegra wybory. Według szacunków, emerytury Polaków z nowego systemu będą wynosić 20-30 proc. ostatnich zarobków. Dziś jest to jeszcze 60 proc.

„Moje” czy „nasze”?

Żyjemy w czasach naporu finansowego kuglarstwa, sprzyjającego dezorientacji i bezradności zwykłych ludzi wobec interesów rynków finansowych oraz ryzyka, na które są wystawione ciężko zarobione przez pracowników pieniądze odkładane na jesień życia. A w kwestii OFE nie ma prawdziwej debaty, są raczej „pyskówki”. Nie widać starań o zawarcie nowej umowy społecznej w sprawie nowego modelu systemu emerytalnego. Zamiast debaty, w środowisku ekonomistów i polityków obserwujemy żenującą walkę buldogów pod dywanem.

Część wtajemniczonych twierdzi, że likwidacja OFE jest już przesądzona, minister finansów Jan Vincent-Rostowski natomiast zaprzecza, chociaż przyznaje, że poraziła go propozycja Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych, by emerytury z OFE wypłacane były w formie wypłaty programowanej w miesięcznych ratach przez… 10 lat. Co wtedy, gdy emeryt pożyje dłużej? Rostowski uspokaja zszokowanych, że emerytury będą dożywotnie, bo i tak ostatecznym ich gwarantem jest państwo.

Na początku działalności OFE obiecywały emerytom złote góry. Reklamy wabiły wczasami pod palmami, a emerytury z obu filarów (ZUS i OFE) szacowano średnio na 4 tys. zł. Palm ani kokosów nie będzie. Pierwsze kobiety, które w 1999 r. osiągnęły wiek emerytalny (o 5 lat wcześniej niż mężczyźni), otrzymały z OFE 20-40 zł. Mówiono, że tak niskie świadczenie spowodowane jest faktem, że kobiety uczestniczyły zbyt krótko w kapitałowym systemie. Ale i dziś, po 14 latach, emerytura z OFE to średnio – 85 zł. Aby uniknąć dramatu, znowelizowano szybko ustawę i pozwolono kobietom wybrać korzystniejszą emeryturę z ZUS, jeśli ten wybór dawał im wyższe świadczenie. Taka możliwość istnieje tylko do końca tego roku. Od stycznia 2014 r. na pierwsze dwufilarowe emerytury zaczną przechodzić pierwsi mężczyźni.

Jest połowa roku, a nie wiadomo dotąd, kto będzie wypłacał emerytury z OFE, bo brakuje regulacji określających sposób wypłat. Zgodnie z obowiązującą ustawą, OFE tego robić nie mogą, a ZUS ma do tego upoważnienie tylko do 2013 r. Według koncepcji z 1999 r., emerytury z II filaru wypłacać miały zakłady emerytalne, które za wypłaty pobierałyby 7 proc. prowizji! Przy tak niskich świadczeniach „skubanie” emerytów dodatkowo jeszcze 7-procentowym haraczem byłoby skandalem. Sprawą otwartą pozostaje też kwestia dziedziczenia kapitału po zmarłym członku OFE w przyszłości. Dotąd prawo takie dotyczy jednak nie emerytur, lecz uzbieranych przez zmarłego składek w OFE, które od dnia, w którym pracownik przechodzi na emeryturę, natychmiast dziedziczone być przestają. Teraz ekonomiści wzięli się za czuby i nie są w stanie Kowalskiemu wytłumaczyć, czy składki z OFE są jego, czy „nasze”, skoro budżet państwa musi dopłacać do najniższych świadczeń tym, którzy nie wypracowali najniższej emerytury krajowej.

Wszyscy byli „umoczeni”

Zadziwia beztroska rządu Jerzego Buzka, który wdrażał reformę w 1999 r. Odtrąbiono sukces, chociaż reforma nie była jeszcze projektem skończonym. Kapitał gromadzony latami w OFE, inwestowany w obligacje Skarbu Państwa, akcje przedsiębiorstw notowanych na giełdzie i w papiery wartościowe – miał zarabiać na przyszłe emerytury Polaków i zapobiec katastrofie finansów publicznych w sytuacji braku zastępowalności pokoleń i grożącej Polsce zapaści demograficznej. System ZUS-owski oparty na zasadzie, że rzesza pracujących finansuje bieżące wypłaty emerytów, stawał się coraz bardziej niewydolny i wkrótce niemożliwy do sfinansowania ze środków publicznych. Element kapitałowy miał częściowo z państwa zdejmować ciężar emerytalnych zobowiązań.

Tak jakby czekała nas tylko świetlana przyszłość, a w kapitalizmie nie występowały kryzysy i bezrobocie. Niestety, wszystkie te plagi boleśnie dotknęły Polskę. Tylko w 2008 r. polscy emeryci wpadli w pułapkę kryzysu: OFE w wyniku bessy na giełdzie straciły 24 mld zł. W 2011 r. – 5 mld.

– W tej ruletce zarobił tylko krupier – komentuje Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK-ów. Szewczak uważa OFE za największy przekręt III RP i domaga się dla odpowiedzialnych za tę reformę Trybunału Stanu. Prof. Józefina Hrynkiewicz nazywa OFE piramidą finansową. Krytykują ją ekonomiści od prawa do lewa.

Przez obowiązkowe OFE, na które z emerytalnej składki (19, 52 proc. pensji) ZUS musiał przekazywać do funduszy 7, 3 proc. (dopiero od maja 2011 r. zmniejszono składkę do 2, 3 proc.), rosła budżetowa dziura, bo ZUS-owskiej kasie uszczuplonej przez transfery do OFE – mimo pożyczek w bankach komercyjnych i zasilania z budżetu państwa – wciąż brakuje pieniędzy na wypłatę bieżących emerytur. W roku 2012 deficyt ZUS wyniósł 55 mld zł. Pożera już prawie 20 proc. dochodów państwa. Za 4 lata może urosnąć do 80 mld i rozsadzić finanse publiczne. Po dodaniu deficytu w KRUS-ie suma brakujących środków w systemie ubezpieczeń społecznych przekroczy poziom 100 mld zł!

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

TAGI| EMERYTURA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama