Martin Sheen idzie po muszlę

W drodze 7/2013

"Droga życia" to film o miłości, potrzebie posiadania oddanych przyjaciół i umiejętności dostrzegania w każdym człowieku zalet ukrytych pod niespecjalną powierzchownością. Banał? Może, ale głęboko za takim światem tęsknimy.

 

Droga życia - reż. Emilio Estevez, występują: Martin Sheen, Deborah Kara Unger, Tcheky Karyo, James Nesbitt

Pamiętam lekcję pielgrzymowania, której niegdyś w małym włoskim miasteczku udzieliła mi właścicielka pewnego hotelu. Było późno, a ja nie miałem gdzie spać. Zaznaczona na mapach plebania okazała się opuszczonym kościołem, w którym zaledwie raz na dwa tygodnie zjawiał się ksiądz, by odprawić mszę. Nieco zdesperowany udałem się do jedynego hotelu, prosząc o zgrzebną pielgrzymią podłogę i miejsce do mycia. Dostałem nieskazitelnie czysty pokój z białymi hotelowymi ręcznikami, marmurową łazienką z olbrzymią wanną i zapewnienie, że dla pielgrzymów noclegi są w tym domu za darmo. Tu krew wzburzyła się we mnie i broniąc etosu prawdziwego pielgrzyma, który, jak wiadomo, w czasie drogi nie skala się czystym ręcznikiem i wygodnym łóżkiem, zacząłem głośno oponować i przekonywać, że brudny i oblepiony kilkudniowym potem mało pasuję do tak eleganckich wnętrz. I wtedy zostałem skarcony. Właścicielka ze spokojem i znawstwem zacytowała fragment Listu do Filipian świętego Pawła: „Umiem cierpieć biedę i umiem obfitować”, po czym wbiła we mnie wzrok i zapytała, jaki ze mnie pielgrzym, skoro nie potrafię przyjąć tego, co inni dają z serca. Trafna uwaga zapiekła i lekko ścięła z nóg. Od tej pory wiem, że w pielgrzymowaniu wszystko jest możliwe, jednego dnia karimata na betonie, w towarzystwie „bad bugs”, a drugiego ciepła woda i przestronna łazienka.

Santiago, czyli tam i z powrotem

Wiele takich paradoksów znajdziemy w filmie, który w formie wakacyjnego prezentu dla Czytelników dołączamy do tego numeru miesięcznika. Droga życia w reżyserii Emilia Esteveza opiera się na klasycznym motywie wędrówki do miejsca świętego. W filmie jest nim hiszpańskie Santiago de Compostela, a oryginalny tytuł filmu The way lepiej oddaje istotę tego opowiadania. Oto cztery przypadkowe osoby z różnych krańców świata spotykają się na „drodze” czyli słynnym camino do grobu świętego Jakuba apostoła, na północy Hiszpanii. To właśnie tam, każdego roku wędrują z całego świata setki tysięcy pielgrzymów, którzy mierząc się ze swoją słabością, dają się porwać słynnej maksymie – najważniejsze nie jest to, żeby pokonać drogę, ale żeby droga pokonała ciebie. To znaczy, że nie tyle ważne jest miejsce, do którego idziemy, ale raczej powolne i niespieszne zbliżanie się do niego – trud samej drogi i rezygnacja z wygód. To w zderzeniu z przygodami, przykrymi niespodziankami, które niesie codzienność, i zmęczeniem – coraz większym z każdym następnym kilometrem – odsłania się pielgrzymowi kolejny fragment jego życia: kim jest, czego doświadczył, jak myśli o sobie, jak postrzega świat i Boga.

Co ciekawe, mimo że mowa o pielgrzymce do grobu świętego, statystyki publikowane co roku przez biuro pielgrzymów w Composteli pokazują, że tylko część z docierających na miejsce deklaruje jako motyw wyruszenia w drogę „powody religijne”. Bywa, że kierują się względami turystycznymi, krajoznawczymi czy zwyczajnie – towarzyskimi. Dość powiedzieć, że dla wielu fanów muzyki Edith Piaf jej grób na Père-Lachaise w Paryżu jest równie ważnym miejscem pielgrzymkowym, jak Ziemia Święta dla chrześcijan. Dlatego nie powinno nas dziwić, że podobnie jest z bohaterami filmu. Blondwłosa kanadyjka Sarah idzie po to, żeby rzucić palenie. Korpulentny Holender Joost chce stracić zbędne kilogramy, neurotyczny Irlandczyk Jack liczy na to, że odzyska wenę pisarską. A Tom robi to dla uczczenia pamięci syna, którego utracił w dramatycznych okolicznościach. W finale okaże się jednak, że każdy z bohaterów odkrył prawdziwy motyw, zaskakująco inny od początkowych wyobrażeń. A wszystko to na tle hiszpańskich krajobrazów Galicji i Kastylii, gdzie późne lato przechodzi w jesień.

Człowiek z szafą

By nie być gołosłownym i spróbować określić, co jest najważniejsze w doświadczeniu każdej pielgrzymki, bez wahania powiedziałbym jedno: Chodzi o prawo pielgrzyma sformułowane przez jednego z najsłynniejszych pątników do Composteli – świętego Franciszka z Asyżu. W swoim przesłaniu do braci podkreślał, by w misji ewangelizacyjnej kierowali się dewizą braku i ubóstwa. To one miały im wystarczyć za narzędzia do głoszenia Dobrej Nowiny i stać się ich stylem życia. I choć przypomina to opis życia zakonnego, świetnie sprawdza się w drodze, o czym sam się przekonałem.

Kiedy pierwszy raz wybrałem się do Santiago, miałem plecak pełen „duchowych przyborów”. W końcu tak podpowiadała logika i romantyczne wyobrażenia o wędrówce po świętego Graala. Oprócz brewiarza zabrałem też Pismo Święte, notatnik w tekturowej okładce, by dodawał smaku moim obowiązkowym, codziennym zapiskom. A na dokładkę pobożną lekturę słusznych rozmiarów, która miała być wytchnieniem w chwilach odpoczynku od marszu. Po dwóch dniach dźwigania mojego dobytku, przeklinania siebie i własnej głupoty, skorzystałem z okazji i odesłałem wszystko na adres poczty w Composteli z adnotacją „do odbioru za dwa tygodnie”. Do książki nawet nie zaglądnąłem, z Pisma korzystałem zwykle w kaplicach przy pielgrzymich schroniskach, a notatki… cóż, te zrobiłem po powrocie do Polski. Boleśnie doświadczony otarciami szelek ciężkiego plecaka i zdartymi stopami zrozumiałem, o co chodziło Franciszkowi w sformułowaniu „prawa”. Na pielgrzymkę nie można brać ze sobą szafy. Choćby były w niej same najpotrzebniejsze rzeczy, bez których na co dzień nie da się funkcjonować. Podczas pielgrzymowania trzeba przyjąć inne zasady funkcjonowania i, o zgrozo, odkryć, że tak niewiele nam trzeba. I tak niewiele przynosi poczucie spełnienia i satysfakcję.

Od tego czasu nieco inaczej patrzę na zestaw rzeczy niezbędnych, o którym można przeczytać we wszystkich przewodnikach o camino, zamknięty w matematycznej proporcji – jeden do dziesięciu. To znaczy, że ekwipunek pielgrzyma ma ważyć nie więcej niż dziesięć procent wagi ciała. Sam mam listę rzeczy niezbędnych. I traktuję ją jak prywatny dekalog.

Ale prawo pielgrzyma to też anonimowość. Bo wchodząc na drogę, decydujemy się na odosobnienie – nie tyle od ludzi, co od świata, który znamy. Jest to świat nam bliski, ale najczęściej nie ma w nim zbyt wielu okazji i czasu na duchowe poszukiwania. Taki charakter ma droga do Santiago, którą odbywamy w małej grupie lub w samotności. Każdy krok oddala nas od tego, czym wypełniona była nasza codzienność. Na drugi plan schodzi dom, rodzina, praca i obowiązki. Z upływem czasu stajemy się „jednym z”, a nasze kierownicze, dyrektorskie, księżowskie czy inne tytuły przestają mieć znaczenie. W drodze wszyscy jesteśmy sobie równi i wszyscy zdani na siebie w przeżywaniu trudności.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...