Obowiązkowa lektura

Przewodnik Katolicki 28/2013

Czy małżeństwo ma dzisiaj jeszcze sens, skoro współczesny człowiek wydaje się niezdolny do podejmowania decyzji na całe życie?

 

Myśląc o sakramencie małżeństwa, najczęściej mamy przed oczami sam moment zawierania związku: ona i on, biała suknia, kwiaty, rodzice, krewni i przyjaciele, udekorowany kościół, słowa przysięgi... I życzenia, by ten dzień „był najpiękniejszym dniem w ich życiu”, a przecież chodzi o to, by „następne dni w małżeństwie były jeszcze piękniejsze i by trwało ono do końca życia”.

Słowo „miłość”, jak bodaj żadne inne w dzisiejszym świecie, jest najbardziej nadużywane i wieloznaczne. To właśnie ono sprawia, że dwoje ludzi postanawia udzielić sobie sakramentu małżeństwa, mówiąc „biorę sobie ciebie za żonę”, „biorę sobie ciebie za męża” i ślubuję ci „miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci…”. W Kościele małżeństwo cieszy się życzliwym traktowaniem przez prawo. Minimalne wymagania są takie, że człowiek ma mieć świadomość, że osoba, z którą zawiera małżeństwo, to ktoś inny niż on sam i wie, że zawarcie małżeństwa jest decyzją na całe życie i że jest to jego własna decyzja. Oczywiście inną sprawą są szczegółowe warunki stawiane przez prawo kanoniczne. Sakrament małżeństwa jest radykalnym złączeniem dwóch osób, mężczyzny i kobiety. To połączenie, mocą Jezusa Chrystusa, dzieje się przede wszystkim na płaszczyźnie duchowej. Oddanie się drugiemu człowiekowi włączone jest w oddanie się Jezusowi, ale sam sakrament nie jest niczym żelazny list, nie gwarantuje udanego małżeństwa. Nie ma zresztą jednej, wypróbowanej recepty, która sprawdziłaby się w każdym związku. Nierzadko bywa, że ludzie zbyt pochopnie nabierają przekonania, że nie są dla siebie, że do siebie nie pasują, zapominają o tym, co było na początku.

Przygotowanie do sakramentu małżeństwa nie jest rozłożone na lata, choć tak naprawdę najlepszą szkołą jest dla niego życie w rodzinie. Kobieta, podobnie jak mężczyzna, wnosi w swój związek doświadczenie małżeństwa swoich rodziców. Przykłady relacji w małżeństwie, które płyną z małego i dużego ekranu, pozostawiają wiele do życzenia, co nie oznacza, że nie ma na ten temat dzieł naprawdę wartościowych.

Pewien zakonnik, już podczas pierwszego spotkania z narzeczonymi, zachęcał ich do podjęcia małego zadania. Zanim nadejdzie dzień ślubu, każda para miała przeczytać obowiązkową lekturę – krótki dramat o trzech związkach...

Teresa i Andrzej

Młodzi – Teresa i Andrzej – stoją przed witryną sklepu jubilera pochłonięci oglądaniem obrączek. Jak się jednak okazuje, wystawione w witrynie, nie mają większego znaczenia, są jedynie wyrobem ze szlachetnego metalu. Mają wyłącznie wartość materialną, najbardziej zewnętrzną, podstawową. Z drugiej strony, można pokusić się o stwierdzenie, że są bezwartościowe, gdyż nie należą do nikogo, nie mają swych „właścicieli”. Dopiero na palcach małżonków nabierają swego nowego znaczenia, nabierają niejako wartości rozumianej nie w sposób materialny, a sakralny. Stają się symbolem nie tylko wierności i miłości małżeńskiej, ale i utożsamiają jedną osobę z drugą. Stanowią symbol nierozerwalności przysięgi małżeńskiej, scalając dwoje osób w jedno. Odtąd czas będą wyznaczać wspólnie dla mężczyzny i kobiety.

Teresa i Andrzej stają się dzięki sakramentowi małżeństwa nowymi ludźmi – odtąd jedno, chociaż nadal dwoje. Nowi ludzie „muszą” mieć nową tożsamość, inny system identyfikacyjny.

Anna i Stefan

Historię kryzysu małżeństwa Anny i Stefana poznajemy z jej wypowiedzi. W postawie Anny można niejako odczytać rozczarowanie i żal. U podstaw tych uczuć stoi zachwiane poczucie tożsamości, spowodowane kryzysem uczuć wobec Stefana. Małżonkowie zagubili w jakimś momencie poczucie swego wspólnego życia, przynależności do siebie. Anna nazywa ten proces „pęknięciem w miłości” odczuwalnym w jej wnętrzu. Misternie budowana tożsamość żony nagle doznała skazy, wewnętrznie namacalnego uszczerbku, pęknięcia. Stefan, który dotąd wypełniał wszystkie jej myśli i uczucia, przestał w niej istnieć, zniknął, a przecież to, co pozwala zachować małżeńską tożsamość to wzrost w komunii.

Wnętrze kobiety stało się puste. Ma ona poczucie alienacji, opuszczenia, braku. Anna z goryczą stwierdza, że jej bezgraniczne dotąd oddanie mężowi stało się dla niej przyczyną rozczarowania, smutku i bólu. Czuła, że nosi w sobie ranę. „Pęknięcie w ich miłości” zrodziło w  niej potrzebę analizy ich związku.

Z dwojga ludzi złączonych w jedno Anna i Stefan stali się dla siebie obcy i zaczęli się od siebie oddalać, zaczęli być dla siebie obojętni. Stefan stał się zupełnie obcy żonie, a ona przestała się z nim utożsamiać jak z mężem.

Anna nie potrafiła twarzy Stefana utożsamić z kimś, kogo kilkadziesiąt lat wcześniej pokochała. Rozczarowana brakiem zainteresowania ze strony męża, jego oschłością i obojętnością, która zaciemniła jego prawdziwy obraz i ich miłość. To różne rozumienie miłości jest także przyczyną, dla której Anna nie potrafi sobie poradzić z własnymi problemami.

Monika i Krzysztof

Węzłem, który łączy historie obu małżeństw, są ich dzieci: Monika – córka Anny i Stefana, i Krzysztof – syn Teresy i Andrzeja. W dzieciach następuje kontynuacja losów ich rodziców. Teresa, matka Krzysztofa, pielęgnowała w nim i w swoim wnętrzu pamięć o zmarłym na froncie mężu i ojcu. Poczucie więzi, mimo śmierci Andrzeja, było przez cały czas bardzo silne i trwałe w Teresie. Wraz z dorastającym Krzysztofem rosła w nim idea ojca, pielęgnowana przez wspomnienia matki.

Krzysztof i Monika odkrywają przed sobą swoją głębię, przeszłość, historie swych rodzin, a więc to wszystko, co kształtowało ich tożsamość. Dziewczyna ma niejasne poczucie swojej tożsamości, nie czuje więzi z rodziną, chce jak najszybciej opuścić swych rodziców. To ona, niczym zwierciadło, nosi w sobie ranę, którą odczuwa jej matka. Rodzice nie dali jej poczucia stabilizacji, to na jej świadomości najbardziej odcisnął się ich małżeński kryzys, brak porozumienia i bliskości. Ona też ma wiele wątpliwości odnośnie do swego przyszłego związku małżeńskiego. Z jednej strony kocha Krzysztofa, z drugiej musi niejako ciągle potwierdzać swoje „ja” w świecie, które jednocześnie zamyka ją na innych. Piętno pęknięcia miłości rodziców Moniki jest w niej tak silne, że na nim buduje swój związek. Doświadcza wewnętrznej walki, nie potrafi wyzwolić się ze ścisłego kręgu swego egoizmu. Obawia się, że nie będzie umiała stać się jednym z Krzysztofem. On jednak potrafi zbudować w Monice to, czego nie umieli stworzyć, uformować w niej jej rodzice.

To bardzo pobieżnie przytoczona treść dramatu Karola Wojtyły pt. Przed sklepem jubilera. To utwór o dojrzewaniu, inicjacji w dorosłe życie małżeńskie i rodzinne.

Powikłane i dramatyczne losy trzech par bohaterów odzwierciedlają ludzkie życie w skali mikrospołecznej. Obok wzajemnych relacji międzyludzkich zawsze jest także relacja do Boga – źródła miłości i dawcy powołania.

Dlaczego wspomniany na początku zakonnik „zadawał” ten utwór jako „obowiązkową lekturę”? Odpowiedź nasuwa się sama: imperatyw miłości, który człowiek nosi w sobie, znajduje swą pełną realizację w małżeństwie. I nie chodzi tu o eros, ale o afirmację całego człowieka, o miłość oblubieńczą, o której przyszły papież pisał w Miłości i odpowiedzialności.

Miłość musi być dynamiczna, ale i podobnie jak tożsamość, ciągle aktualizowana. Człowiek musi często dokonywać wyboru między zachowaniem odrębności a pragnieniem jedności z drugim, by mógł mu powiedzieć, że prawdziwa miłość to, jak napisał filozof Gabriel Marcel: „Ty nie umrzesz”.

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama