Równość pochyła

Znak 6/2013

Obietnice tolerancji dla religijnego sprzeciwu wobec homoseksualizmu, które zostały udzielone w brytyjskiej debacie parlamentarnej na temat związków partnerskich, okazały się w wielu przypadkach pustosłowiem. Najbardziej jaskrawym przykładem była historia katolickich ośrodków adopcyjnych, które w kwietniu 2007 r. dostały 21-miesięczne ultimatum na zmianę swoich wewnętrznych przepisów tak, aby o adopcje mogły się u nich ubiegać pary pozamałżeńskie, w tym jednopłciowe

 

Poszerzanie praw osób homoseksualnych w Wielkiej Brytanii w ostatniej dekadzie zbiegło się w czasie z postępującą marginalizacją chrześcijaństwa w tym kraju. Wielu chrześcijan uważa, że pierwszy proces prowadzi do drugiego albo przynajmniej to drugie zjawisko przyspiesza. Były zwierzchnik Kościoła anglikańskiego George Carey mówi wprost, że za przyjętym przez Izbę Gmin w lutym projektem małżeństw jednopłciowych kryje się agresywna świecka agenda. Równość praw dla odmiennych orientacji seksualnych brytyjskim chrześcijanom jawi się bardziej jako równia pochyła, po której sami zaczynają się staczać.

Ten dramatyczny ton może zaskakiwać w kraju, w którym anglikanizm jest nadal religią państwową. Pokazuje jednak także skalę problemów, z którymi przychodzi się borykać brytyjskim chrześcijanom. Według najnowszego sondażu przeprowadzonego przez firmę ComRes dwie trzecie z nich uważa się za prześladowaną mniejszość. Rodzi się pytanie, dlaczego właśnie emancypacja homoseksualistów wywołuje to poczucie zagrożenia. Czy poszerzanie praw tej społeczności musi koniecznie jakoś ograniczać swobody religijne?

W lutym 2012 r. grupa Chrześcijanie w Parlamencie (Christians in Parliament), skupiająca posłów i lordów z trzech głównych partii i należących do różnych Kościołów, przeprowadziła dochodzenie w sprawie stanu chrześcijańskich praw w Wielkiej Brytanii. W opublikowanym raporcie autorzy co prawda odrzucili tezę o prześladowaniach chrześcijan, niemniej jednak ostrzegli, że przestrzeń dla wyrażania przekonań religijnych dramatycznie się skurczyła, obarczając za to winą zmiany społeczne i prawne w ostatnich latach. Bliżej opisał ten proces jeden z przesłuchanych przez parlamentarzystów świadków, Dan Boucher, z organizacji charytatywnej CARE. Jego zdaniem przestrzeń swobód religijnych zawężają nie tylko restrykcyjne przepisy np. kodeksu pracy, ale także wpływa na to konflikt pomiędzy prawami orientacji seksualnych, z jednej, a wolnością religijną, z drugiej strony. Według Bouchera ten konflikt prowadzi nie tylko do spychania chrześcijańskiej wizji etyki seksualnej do sfery prywatnej, ale także – w sferze publicznej – prowadzi do stawiania chrześcijan pod przysłowiową ścianą, czyli do zmuszania ich do wyboru pomiędzy nową państwową ortodoksją, a np. utratą pracy czy licencji.

Nietolerancja dotyka zarówno osób indywidualnych, jak i zbiorowej aktywności świeckich. Dotyka także innych religii, w tym islamu. Islam jest przypadkiem szczególnym i drażliwym: media, niezwlekające z krytyką całego Kościoła katolickiego w przypadku grzechu księdza, nie przejawiają podobnego instynktu generalizacji w przypadku antypaństwowych zapędów ekstremistycznego, lokalnego imama. Powszechna brytyjska tolerancja wobec nakryć głowy muzułmańskich dziewcząt i kobiet, nawet w szkołach, instytucjach państwowych czy prywatnych firmach, nie zawsze znajduje odbicie w stosunku tychże placówek do symboli wiary chrześcijańskiej. Wreszcie islam, podobnie jak inne religie przeniesione na grunt brytyjski przez relatywnie niedawne, postkolonialne fale imigranckie, nie stanowi centralnego obiektu ataków „agresywnego sekularyzmu”. Kluczowym celem tej nagonki jest chrześcijaństwo, w każdej postaci, bez względu na to, czy broni swoich prawd wiary, czy też służy dobru ludzi spoza swoich „szeregów”, a zatem dobru publicznemu. Kiedy pielęgniarka oferuje pacjentce, że się za nią pomodli i zostaje za to dyscyplinarnie zawieszona, jak baptystka Caroline Petrie w zachodniej Anglii w 2009 r., to znaczy, że Rubikon został już przekroczony.

Wspomniana wyżej nietolerancja odnosi się do wszelkich przejawów realnego, domniemanego, a często wyimaginowanego konfliktu pomiędzy religią i prawem. Ma ona źródła – jak wskazują w swoim raporcie chrześcijańscy posłowie i lordowie – w powszechnym religijnym analfabetyzmie i jest podsycana przez podobnie ignoranckie przedstawianie problemów wokółreligijnych przez media. Najjaskrawszym jej przejawem jest całkowita dezaprobata czy wręcz tępienie chrześcijańskiego rozumienia instytucji i sakramentu małżeństwa jako wyjątkowego i wyłącznego związku jednej kobiety i jednego mężczyzny. Za narzędzie służy tu ustawa o związkach partnerskich i ustawa o równości z jej przepisami wykonawczymi. Jest to jednak tylko przygrywka przed aktem końcowym.

Pomimo protestów Kościołów różnych wyznań i ogólnonarodowej petycji, podpisanej przez 650 tys. obywateli, brytyjska Izba Gmin, stosunkiem głosów 400 do 175, przyjęła na początku lutego nowy projekt ustawy, znoszący wyłączność małżeństwa dla par płci przeciwnej. Projekt, zgłoszony przez konserwatywny rząd premiera Davida Camerona, trafił do Izby Lordów, która ma się nim zająć w najbliższych miesiącach. Oznacza to, że ustawa nie została jeszcze uchwalona i może być poprawiona, ale jej ostateczna aprobata jest wysoce prawdopodobna, o ile nie przesądzona.

Konfrontacja wartości

Proces przyznawania praw małżeńskich parom homoseksualnym w różnych krajach świata, od Argentyny po Nową Zelandię, postępuje bezustannie, choć skokowo, i można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z nieodwoływalną, zdeterminowaną ewolucją, która – prędzej czy później – doprowadzi do ujednolicenia prawa w całym demokratycznym świecie.

W Wielkiej Brytanii adwokaci legalizacji małżeństw jednopłciowych chętnie prezentują swoją kampanię w tych właśnie kategoriach: cywilizacyjnego postępu; kolejnego logicznego i moralnie niepodważalnego kroku, po zniesieniu niewolnictwa, politycznej emancypacji kobiet czy abolicji segregacji i dyskryminacji rasowej. W tym kontekście opozycja jawi się jako wyrazicielka uprzedzeń i zabobonu, wywołując proporcjonalnie ostre kontrreakcje: potępienie, pogardę, czy – w skrajnych przypadkach – wręcz agresję. Odbiorcami najgorszych przykładów nienawistnej korespondencji byli oponenci nowej ustawy: konserwatywny poseł David Burrowes i anglikański arcybiskup Yorku, John Sentamu.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • M.R.
    28.07.2013 01:41
    Jest to wszystko prawda i dobrze, że taki artykuł powstał. Poprawność polityczna sięga absurdu, kiedy w urzędzie mówię: to jest moja żona, a urzędnik udaje że nie słyszy i poprawia - twój partner. Rozglądam się wtedy dookoła i mówię, nie ja z żoną przyszedłem. Partner został w pracy. Trzeba pamiętać, że społeczeństwo Wielkiej Brytanii jest społeczeństwem bardzo tolerancyjnym i niesłychanie konserwatywnym, więc agresywny homoseksualizm nie jest obecny na ulicach, natomiast spotykam chrześcijan, którzy na ulicach głoszą Ewangelię. Agresywna, wszechobecna reklama, jaka występuje w Polsce w Wielkiej Brytanii nie jest możliwa. Jest to jednocześnie społeczeństwo bardzo sceptyczne religijnie, natomiast chrześcijanie są nimi z przekonania, nie z tradycji. To są istotne różnice w porównaniu z Polską.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama