Problemy z terapią Kościoła

Znak 6/2013

W marcu 1996 roku w miesięczniku Więź opublikowano szereg wypowiedzi pod wspólnym tytułem „Rachunek sumienia Kościoła w Polsce”. Minęło 16 lat, ale poruszane tam sprawy nadal brzmią dziwnie aktualnie. Wydaje się, że o ile już wtedy pojawiło się tam wiele głosów rozsądnej, rzeczowej diagnozy sytuacji, o tyle znacznie gorzej było potem z terapią. Wierni Kościoła nadal boleśnie odczuwają sygnalizowane już wtedy braki

 

Przed kilkunastoma latami zorganizowano w krakowskim dominikańskim duszpasterstwie debatę o „granicach krytyki Kościoła”. Pewien uczony dominikanin szwajcarski, który w tym czasie przebywał z wizytą w Krakowie, podsumował problem krótko i zwięźle: „Kościół można krytykować w tym stopniu, w jakim się go kocha”. Skoro Kościół ukazuje się w pełni jako „lud zjednoczony jednością Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (KK, 4), skoro podstawowym kryterium określającym przynależność do Kościoła są słowa samego Jezusa: „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13, 35), to ocena, w której brakuje miłości, będzie zawsze spojrzeniem na Kościół od zewnątrz. Niewiele wówczas zobaczymy, jeszcze mniej zrozumiemy.

W debacie na omawiane tu tematy jeden z moich świeckich przyjaciół stwierdził: „Na razie wierni (z różnych względów) jeszcze nie odchodzą, ale niezdecydowani, poszukujący i wątpiący zrywają słabe więzi z Kościołem.” Co zrobić, aby ludzie do Kościoła raczej powracali, niż od niego odchodzili?

Potrzeba rzetelnej odnowy

W 1903 roku biskup Józef Sarto został wybrany na papieża i przyjął imię Piusa X, a jako program swego posługiwania przyjął hasło: „Odnowić wszystko w Chrystusie”. Został następcą wielkiego Leona XIII, który wprowadził kilka zasadniczych zmian w życiu Kościoła, ale bynajmniej nie miał wrażenia, że najpilniejsze sprawy już zostały do końca załatwione. Przeciwnie, był w pełni świadomy zasady, wyrażonej w prostym zdaniu: Sancta Ecclesia peccatorum semper reformanda, Kościół jest święty, ale zarazem złożony z grzeszników i dlatego nieustannie winien podejmować odnowę.

O jaką odnowę tu chodzi? Kościół to wspólnota chrześcijan, a chrześcijanin to ten, kto czuje się osobiście głęboko związany z Chrystusem. Tylko tacy chrześcijanie mają dziś szanse ostać się i ewangelizować. W praktyce związek ten będzie wyrażał się w podjęciu i wypełnianiu swego powołania: „jesteśmy stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili” (Ef 2, 10). Każdy odnajduje najgłębszy sens życia, czyniąc dobro – ale skoro dobre czyny są przygotowane dla każdego, nikt nie jest z góry skazany na bezsens. Poza obszarem sensu pozostaje tylko zło.

My wszyscy, jako ochrzczeni, jesteśmy razem odpowiedzialni za Kościół – choć każdy na swój sposób: inaczej papież, inaczej świeccy. Ale każdego obowiązuje staranność, właściwa dla sprawy tak wielkiej wagi. Zarazem wszyscy – także jako Kościół – jesteśmy odpowiedzialni za całość społeczności, w jakiej żyjemy i jaką współtworzymy: społeczności lokalnej, państwa, Europy.

Gdy dziś patrzymy na historię Kościoła, możemy odnieść wrażenie, iż pomimo imponującego dzieła obu soborów watykańskich oraz dalekosiężnych wizji papieży z ostatnich 150 lat, dotychczas nie odrobiliśmy zaległości będących, jak się zdaje, następstwem potrydenckiego zagubienia ducha odnowy. To, co się dzisiaj dzieje, może niekiedy przypominać remont domu: podjęcie malowania ścian ujawnia, iż pod farbą znajdujemy spróchniałe deski; próba ich wymiany prowadzi do odkrycia pod spodem przegniłych belek. Trudno się dziwić tzw. „tradycjonalistom” (czy może raczej fundamentalistom?), którzy wręcz pytają, po co ta odnowa, skoro jest gorzej, niż było dawniej?

Kiedy po śmierci Jana Pawła II próbowaliśmy pytać, co dalej? – można było czasem usłyszeć stwierdzenie, że Kościół w Polsce w jakimś sensie „zbaraniał”. Nie w sensie zagubienia ortodoksji, ale raczej w codziennej orthopraxis. Za czasów PRL-u obrona wolności i niezależności Kościoła to były głównie starania o zachowanie status quo. Dziś, wobec realnego niebezpieczeństwa masowego odchodzenia ludzi od Kościoła, i to już w następnym pokoleniu, wydaje się, iż samo zachowanie status quo to zdecydowanie za mało. Należy mądrze podjąć „ekspansję w przyszłość”.

Do takiej ekspansji potrzeba wewnętrznego nastawienia ewangelicznego „zaczynu”, duchowej awangardy – będącej konsekwencją świadomości, iż „w glinianych naczyniach niesiemy skarb” (por. 2 Kor 4,7). Nie nadają się do niej ludzie, którzy postrzegają Kościół jako oblężoną twierdzę. Ale przejście od mentalności defensywnej do ofensywnej wymaga umiejętności jasnego rozróżniania, co w życiu Kościoła stanowi element prawdziwej wiary, a co jest tylko przejawem nie dość refleksyjnej, mało konsekwentnej tradycji obyczajów.

Jan Paweł II mówił nam w Warszawie w 1999 roku: „W świetle Ducha Świętego Kościół w Polsce odczytuje na nowo znaki czasu i podejmuje swoje zadania, wolny od zewnętrznych ograniczeń i nacisków, jakich doznawał jeszcze nie tak dawno”. W tej szczęśliwej sytuacji tym ważniejsze jest rozpoznanie i staranna analiza wewnętrznych ograniczeń Kościoła w Polsce.

Chcę tu wyraźnie zaznaczyć, że moim celem nie jest oskarżanie konkretnych osób, ale zwrócenie uwagi na nowe pytania i problemy, o nowej skali trudności. Jeśli nie uświadomimy sobie własnych słabych punktów, nie będziemy potrafili ich wzmocnić. Trzeba przy tym pamiętać, że możemy popełniać dwojakiego rodzaju błędy. Jedne wynikają ze zwykłej ludzkiej słabości – i te mogą czasem nawet wzajemnie się równoważyć. Ale znacznie groźniejsze są te, które mają charakter niejako systemowy, wynikają z błędnych założeń i ocen, albo są owocem długotrwałych przyzwyczajeń. Tu bardzo łatwo o kumulację błędów, prowadzącą do poważnych zagrożeń.

Przed kilkoma latami wielu wiernych bardzo zaniepokoiła sprawa nominacji i dymisji księdza arcybiskupa Wielgusa. W opinii Stefana Wilkanowicza nie był to wówczas zwykły „wypadek przy pracy”; zarówno owa nominacja jak i dymisja odsłoniły, jego zdaniem, coś znacznie głębszego, co można wręcz określić mianem niewydolności Kościoła w Polsce. Złożyły się na nią: powierzchowność przyjęcia nauczania Jana Pawła II, a nawet jego wypaczanie i instrumentalizacja, niewydolność komunikacji oraz niewydolność wyobraźni.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • _jasiek
    06.12.2013 14:37
    Ojciec Marek Pieńkowski rzeczywiście ściśle kojarzy się ze świętym Papieżem Piusem X. Jego Encyklika Pascendi Dominici Gregis to wierny opis zarówno Ojca Marka jak i środowisk związanych z Więzią i Znakiem. A przecież ogłoszona w 1907 roku.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama