Nie mówcie nam, że to nacjonalizm

Niedziela 34/2013

O losach polskiej „zielonej wyspy” i końcu europejskiego marzenia z prof. Zdzisławem Krasnodębskim rozmawia Wiesława Lewandowska

 

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Mimo ujawnionych niedawno poważnych kłopotów z budżetem państwa rząd przekonuje, że Polska to wciąż szczęśliwa wyspa, którą omijają wszelkie kryzysy i sztormy. Czy to nie dziwne, Panie Profesorze, że Polacy tak lubią tę ułudę?

PROF. ZDZISŁAW KRASNODĘBSKI: – Nie tylko dziwne, ale i dość groźne, bo żyjąc na tej wyspie, nawet nie zadajemy sobie trudu, by zauważyć, jak bardzo świat wokół się zmienia, jak zmienia się nasza w nim sytuacja. Zawsze gdy nieco dłużej przebywam w Polsce, czuję się odcięty od istotnych informacji, gdyż w polskich mediach obowiązuje jakaś dziwna hierarchia opisywania faktów i zdarzeń. Teraz np. Polacy wiedzą wszystko o royal baby, a już zupełnie nie zdają sobie sprawy, jakie potężne konsekwencje polityczne ma tzw. afera inwigilacyjna Snowdena. U nas kwituje się ją cynicznym, bezrefleksyjnym stwierdzeniem, że i tak „wszyscy wszystkich podsłuchują”. Tymczasem w poważnych demokracjach prowadzi ona do podważenia legitymizacji systemu, a więc zapowiada duże konsekwencje dla świata. A nas zdaje się to zupełnie nie interesować.

– Przez kilka lat byliśmy karmieni własną propagandą sukcesu, że suchą nogą udało się nam przejść przez europejski kryzys, który właśnie – jak zapewnia polski rząd – dobiega końca, a zatem nie tylko w Europie, ale i w Polsce będzie jeszcze lepiej.

– Fakty jednak są takie, że dziś naprawdę jeszcze nie widać, czy i jak Europa wyjdzie z kryzysu. Być może na chwilę udało się powstrzymać zapaść w sferze finansów, ale na pewno nie w gospodarce realnej. W Polsce prawie nie mówi się o tym, że to właśnie zaproponowany przez Niemcy program zaciskania pasa doprowadza realną gospodarkę wielu europejskich krajów do głębokiej recesji. Dziś nie ma bezrobocia tylko w centrum przemysłowo-gospodarczym Europy i to ono zachowuje monopol na produkcję, co sprawia, że reszta kontynentu ma ciągle wielkie kłopoty. Ostatnio UE uchwaliła wprawdzie specjalny program dla bezrobotnej młodzieży, ale to jest działanie ledwie dotykające tego najpoważniejszego źródła europejskich problemów wiążących się z tzw. straconą generacją.

– Olbrzymie rzesze bezrobotnej młodzieży to znak, że Europa wytraca swą energię i konkurencyjność?

– Niestety, tak to dziś wygląda. Przez ostatnią dekadę mówiło się wiele o tym, że „marzenie europejskie” ma zastąpić „marzenie amerykańskie”. I tylko jakoś nie zauważono, że była to obietnica, na której spełnieniu od pewnego czasu nikomu nie zależało. „Marzenie europejskie” już się skończyło.

– Za to „polskie marzenie” wciąż niezmiennie trwa.

– I właśnie w tej niezmienności kryje się niebezpieczeństwo. PO chcąc przeczekać, ciągle czeka na to samo – że Polska będzie się rozwijać, doganiać cywilizacyjnie i gospodarczo Europę, a wszystko dzięki dotacjom zewnętrznym. Nawet tzw. prawicowi ekonomiści wielką nadzieję pokładają w działaniu zewnętrznych impulsów, przede wszystkim ze strony niemieckiej gospodarki.

– Bo jesteśmy „ważną” częścią Europy, a mówi się nawet, że gospodarka polska jest częścią niemieckiej.

– Ta akceptacja uzależnienia wszystkiego od Niemiec w kręgach polskiego establishmentu jest już niemal oczywistością. Wyśmiewane są pomysły PiS o reindustrializacji i udomowieniu polskiej gospodarki, o jakimkolwiek uniezależnieniu się i samodzielności. Nie ma powodu niczego zmieniać w polityce gospodarczej, mówią niemal wszyscy poza PiS-em, ponieważ wszystko do tej pory jakoś się udawało, bo dzięki prywatyzacji, dzięki napływowi obcego kapitału Polska stała się krajem sukcesu.

– Czy nie wygląda na to, Panie Profesorze, że Polska jest dziś jednym z nielicznych, o ile nie jedynym krajem europejskim bardzo zadowolonym z siebie?

– To dlatego, że polski rząd lubi zaklinać rzeczywistość. W innych krajach widać już głębokie rozczarowanie wspólną Europą i poczucie bezsilności ludzi, ponieważ nie spełniła się obietnica rozwoju – pewien model wspólnoty po prostu się nie sprawdził. Właśnie na tym polega ten głęboki, strukturalny kryzys Europy, który szybko się nie skończy. Na szczęście nawet polski rząd, jeszcze tak niedawno usilnie starający się o wejście do strefy euro, teraz nieco wyhamował swe zapały.

– Skoro wyczerpuje się europejska obietnica rozwoju, jakie jest alternatywne wyjście dla Polski?

– Trzeba jak najszybciej wycofać się z rządowego wariantu myślenia o miejscu Polski w Europie i przyjąć śmiały, ryzykowny program – niezwykle trudny, ale za to będący jedyną nadzieją nie tylko dla Polski, lecz dla całego regionu – polegający na odzyskaniu pewnego typu niezależności ekonomicznej, oczywiście, z zachowaniem kooperacji z innymi. Chodzi tu o ten rodzaj niezależności, jaką mają najsilniejsze państwa europejskie.

– To kolejne marzenie, Panie Profesorze!

– Niekoniecznie. Trzeba tylko umieć dostrzec miejsce własnej gospodarki narodowej na wspólnym europejskim rynku. Niedawno kanclerz Merkel powiedziała, że niemiecka gospodarka wprawdzie stoi dobrze, ale konkurencja się zaostrza i trzeba się przygotowywać do nowych wyzwań. Tymczasem u nas nawet samo pojęcie polskiej gospodarki narodowej prawie już nie istnieje!

– Przyjęliśmy założenie, że bezpieczniej oprzeć się na najsilniejszych. Podobno jesteśmy po prostu skazani na proniemieckość.

– To jest ryzykowne i bardzo niebezpieczne założenie. W Europie narasta sprzeciw wobec niemieckiej polityki, a ponadto trzeba się liczyć z tym, że w Niemczech na jesieni mogą nastąpić zmiany polityczne. Co prawda CDU zyskuje dziś w sondażach ok. 40 proc., za to jej koalicjant (liberałowie) może się już nie zmieścić w parlamencie i wtedy musi powstać albo wielka koalicja z socjaldemokratami – czego dziś CDU nie chce – albo „czerwona” koalicja SPD, Zielonych i Die Linke (Lewicy). Wówczas nastąpi całkowita zmiana nie tylko niemieckiej, ale i europejskiej polityki gospodarczej. A w Polsce dziś chyba nikt się nie zastanawia nad konsekwencjami tego rodzaju zmian. Rzekomo jesteśmy w Europie, ale tak naprawdę nasze myślenie o niej ogranicza się tylko do liczenia unijnych dopłat. Nie jesteśmy w Europie ani duchowo, ani polityczne. I właśnie w tym sensie jesteśmy wyspą.

– Zagubioną w oceanie, a tubylcy tylko wyczekują cudzoziemskich statków...

– Tak. Dziś w Polsce o europejskich dotacjach mówi się tak, jak za komuny o statkach z cytrusami na Boże Narodzenie, które nigdy w porę nie zdążały przybić do portu w Gdańsku...

–...ale przynajmniej czuliśmy smak i zapach pomarańczy.

– Dziś jest całkiem podobnie. Znajdujemy się na wyspie porośniętej szczawiem, do której od czasu do czasu przypływa statek z pomarańczami i perkalikami. I nie obchodzi nas, dlaczego je dostajemy i czego w zamian się od nas oczekuje. Bo perkaliki są przecież takie ładne...

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama