Zaufaj mojej miłości

Rycerz Niepokalanej 9/2013

8 grudnia 2012 – w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, w Roku Wiary, w rocznicę wstąpienia do MI...

 

Na świat przyszedłem 12 maja. Gdyby nie prowokacja lekarzy, urodziłbym się w 65. rocznicę objawień fatimskich. Najróżniejsze choroby, częste hospitalizacje i długie godziny spędzone w poradniach i przejazdach, leki pod wieloma postaciami, zastrzyki i kroplówki – oto tło mojego dzieciństwa.

Pociąg do przyjemności

W późniejszym wieku choroby mnie nie opuszczały. W szkole średniej pojawiła się dna moczanowa i puchły mi kolana. Wycieńczała mnie epilepsja. Potrafiłem ocknąć się z nieprzyjemnym odczuciem wewnętrznym, bez świadomości tego, co się działo w tym czasie i jak długo trwał atak. Również częste choroby dróg oddechowych przyczyniły się do podjęcia decyzji o nauczaniu indywidualnym.

Swoboda działania i najbliższe otoczenie stawały się polem do nadużyć. Rozstałem się z ruchem oazowym, a związałem z kolegami ze złego towarzystwa. Rodzice szybko zauważyli zmiany w mej postawie i wyglądzie. Zaczęli reagować, podjęli próbę dialogu, który zdecydowanie odrzucałem, zaprzeczając wszelkim wysuwanym podejrzeniom i zarzutom. Ale moje oczy, reakcje, woń papierosów i alkoholu mówiły same za siebie. W końcu rodzicom udało się mnie przekonać, abym wspólnie z nimi brał udział w spotkaniach kręgu biblijnego. Mimo tego nie potrafiłem zerwać z używkami.

Niemy krzyk

Zacząłem leczenie w poradni zdrowia psychicznego oraz u psychoterapeutów. Uciekałem w świat muzyki i w praktyki ezoteryczne: manipulowanie energią, piramidy, wahadełka, hiperwentylację płuc. Zgłębiałem tajniki dalekowschodnich praktyk medytacyjnych i wiedzy okultystycznej, interesowałem się demonologią, spirytyzmem i zjawiskami UFO. Wchodziłem w świat demoniczny, płacąc wysoką cenę – poważnymi zaburzeniami wszystkich sfer egzystencji, do tego stopnia, że depresje i nerwice powodowały natłok myśli i pragnień samobójczych. Moim tłem stała się śmierć, wizje, które przeżywałem i przenosiłem do świata zewnętrznego – do wierszy i opowiadań. Wyraz mojej twarzy i spojrzenie były odbiciem duchowej pustki, która odbijała się niemym krzykiem. Miałem wrażenie, że nic nie może mi pomoc – ani hospitalizacje i terapie, ani grupy modlitewne i modlitwy. Krzyczałem – dosłownie i w głębi mej duszy. Lustrzane odbicie mej twarzy zaczęło mnie straszyć. Płacząc, błagałem Boga o pomoc, bo świadomość, że umrę, stała się dla mnie powszechna i przerażająca!

„Cenacolo”

Rodzice nie ustawali w modlitwie, zawierzając mnie nieustannie Najświętszej Dziewicy. Mama proponowała mi drogę Wspólnoty „Cenacolo”, której dom powstał w naszym mieście. Nie chciałem o tym słyszeć, jednak latem 2004 r. zmieniłem zdanie. A pomogła mi w tym Matka Najświętsza. Gdy byłem w Medjugorie, o. Marek podsunął mi propozycję, bym wstąpił do tej wspólnoty. Miesiąc później z pomocą ks. Artura wstąpiłem do niej. Zaczął się nowy etap w mym życiu. Znajdowałem się pośród mężczyzn z podobnymi trudnościami, z którymi wspólnie przezwyciężałem wady i nawyki poprzez wspólną modlitwę, rozmowy i pracę. Uczyłem się trzeźwego myślenia i działania, odpowiedzialności za swoje słowa i czyny. Ze względu na stan zdrowia, po przeszło pół roku opuściłem wspólnotę. Odtąd musiałem zderzać się z realiami świata zewnętrznego, z nabytą wiedzą, mając przede wszystkim tę siłę, jaką nabrałem w „Cenacolo”.

Trampolina

Niezwykle cennym doświadczeniem duchowym był mój kilkudniowy pobyt w Tyńcu. W ciszy mój duch nabrał wielkiej mocy. To było niczym trampolina – odbiłem się od problemów duchowych, oschłości i cierpienia, lecąc szybkim tempem pod sam firmament, zatapiając się w ramionach Zbawiciela... Siłą był Duch Święty, łaska – stąd modlitwa i życie sakramentalne stały się elementem najważniejszym każdego dnia. Miałem świadomość, że bez modlitwy i sakramentów nie przetrwam.

Mogłem wrócić do rodziców, ale pod warunkiem, że będę z nimi brał udział we Mszach świętych o uzdrowienie, które prowadził ks. Włodzimierz Cyran. Chętnie zgodziłem się, gdyż kilka lat wcześniej uczestniczyłem w tej Mszy i wiedziałem, że to może mi wyjść tylko na dobre. W trakcie pierwszego spotkania modlitewnego zacząłem trząść się, stojąc w miejscu odbijałem się jak piłka, a moje wnętrze było wypełnione błogim pokojem i wielkim żarem. Po kilku takich modlitwach otrzymaliśmy propozycję, by wziąć udział w rekolekcjach ewangelizacyjnych, które miał prowadzić ks. Cyran. To po nich zdecydowaliśmy się przystąpić do wspólnoty „Mamre”. Za radą moderatora nawiązałem kontakt z głównym diecezjalnym kapłanem egzorcystą – ks. Michałem Wolińskim. Nie zdawałem sobie sprawy z powagi sytuacji, z tego, że oprócz walki o trzeźwość rozpocznę walkę – a właściwie wojnę – o prawdziwą wolność. Przeciwnik jeszcze jakby spał...

Wojna duchowa

Mój pogański i bałwochwalczy styl życia – praktyki ezoteryczne, hulanki, używki i muzyka, sztuki walki – naraził mnie na grzech i zniewolenie. Brak Boga i prawdziwej relacji z Nim stanowił pole do popisu dla demonów, które czyniły ze mną to, co chciały, a na co im nieświadomie zezwalałem. Kiedy zacząłem życie duchowe, regularne uczestnictwo w Liturgii, Pan zrywał kajdany, które wiązały mnie ze środowiskiem, w którym żyłem. Zrywałem więzy, wyrzekając się wszelkiego zła, nazywając je po imieniu, intronizując Jezusa w mym życiu, czyniąc Go jedynym Królem, Panem i Zbawicielem. Niszczyłem wszelkie przedmioty i symbole, które związane były z bałwochwalstwem: piramidki, symbole okultystyczne i dalekowschodnie, płyty ze szkodliwą muzyką i grami, lektury, dyplomy ze szkoły sztuk walki i broń białą.

 

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

TAGI| CENACOLO, MARYJA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama