I jak tu się leczyć?

Niedziela 46/2013

Każdy, kto usiłował zmierzyć się ze szpitalną rzeczywistością w tym okresie, przekonał się, jaki stres wywołuje niepewność, czy szpital udziela jeszcze oczekiwanych świadczeń, czy już nie.Wciąż potrzebne są – tak jak w późnych latach Peerelu – znajomości i, niestety, istnieje korupcja, jak w każdej sytuacji, gdy dobra są limitowane.

 

Zbliża się koniec roku, a im bliżej grudnia, tym pacjenci są bardziej wystraszeni. Stało się bowiem normą, że wraz z nastaniem trzeciego kwartału roku czymś normalnym za rządów PO jest w polskich szpitalach wyczerpanie limitów na procedury medyczne. Premier Tusk uznał nawet to zjawisko za... całkiem naturalne.

Jeśli taka jest norma według Donalda Tuska, to znaczy, że polska służba zdrowia stoi na głowie. A stoi i wszyscy dobrze o tym wiedzą. Może oprócz elity parlamentarnej i rządowej, która nie leczy się w zwykłych szpitalach, tylko w wybranych klinikach pod okiem najwybitniejszych fachowców. Choć określenie „klinika rządowa” znikło wraz ze zmierzchem Peerelu, nie znikła specjalna opieka dla VIP-ów, z lepszą obsługą medyczną i lepszym wyposażeniem. Nie byłoby nawet w tym nic złego, gdyby nie fakt, że im dłużej są „wybrańcami”, tym bardziej odrywają się od realiów życia Polaków.

Gwarantowany zapisem w Konstytucji „równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych” w warunkach niedoboru nakładów na zdrowie i niewydolności systemu nie zapewnia każdemu równej ochrony zdrowia. – Prawda jest taka – mówi były wiceminister zdrowia Jakub Szulc – że dzisiaj w Polsce ponad 30 proc. środków na zdrowie to środki prywatne.

Platforma kwestionuje Platformę

Narodowy Fundusz Zdrowia boryka się z malejącymi wpływami ze składki zdrowotnej, bo bezrobocie plasuje się wciąż na poziomie ponad 13 proc., a niskie pensje, umowy śmieciowe i wymuszane na pracownikach samozatrudnienie, skutkujące odprowadzaniem podatków i składek zdrowotnych od najniższego dochodu, nie dosypuje spodziewanego grosza ani do państwowego budżetu, ani na publiczne leczenie. Kłopoty więc z płatnością za tzw. nadwykonania, czyli świadczenia wykonane ponad limit przewidziany w umowie szpitala z NFZ – rosną.

Szpitale, podejmując się „nadwykonań”, śpieszą z pomocą chorym, ale to pokerowa zagrywka. NFZ może im za leczenie nie zapłacić i szpital niepodratowany finansowo przez i tak zadłużone samorządy – padnie. Radni Warszawy – z ogromną przewagą PO – jednogłośnie zdecydowali o wystąpieniu do Trybunału Konstytucyjnego, by zbadał zgodność z Konstytucją ustawy o działalności zdrowotnej, która taką sytuację dopuszcza. Ustawili się więc poniekąd w kontrze do własnej partii, bo to przecież Platforma Obywatelska taką ustawę przepchnęła przez parlament. Według władz stolicy, ustawa zmusza samorząd do pokrywania kosztów udzielania świadczeń zdrowotnych, a miasto nie chce dopłacać do procedur medycznych, gdyż jedynym płatnikiem w tym przypadku jest w Polsce NFZ.

Lekarz – nawet skrępowany limitami – nie może pod odpowiedzialnością karną odmówić choremu pomocy w sytuacji zagrożenia zdrowia i życia. Czasem, gdy przyjęcie kolejnego „nierentownego” – a zwłaszcza nieubezpieczonego – pacjenta może zagrozić placówce upadłością, bo nikt nie chce za niego zapłacić, przerzuca się go niczym gorący kartofel z placówki do placówki. Bywa, że w takich sytuacjach dochodzi do tragedii – chory umiera. Winę wówczas zrzuca się na znieczulicę lekarza, a nie na system, który takie sytuacje generuje. Słyszeliśmy ostatnio o paru takich przypadkach. Lekarzem zajął się prokurator, a NFZ i Ministerstwo Zdrowia umywają ręce. – Liczby pozalimitowych przypadków nie da się zaplanować. Są to najczęściej zdarzenia nagłe, a konia z rzędem temu, kto odróżni u pacjenta zagrożenie życia od zagrożenia zdrowia – tłumaczy Maciej Hamankiewicz – prezes Naczelnej Rady Lekarskiej. Podkreśla, że w sytuacji wyczerpania limitów NFZ płaci wyłącznie za leczenie w sytuacji zagrożenia życia.

Hipokrates nie przewidział limitów

A szpitale, nawet te przekształcone w spółki handlowe, zadłużają się na potęgę, gdyż limitów świadczeń zdrowotnych zakontraktowano, jak zwykle, zbyt mało. Same tylko szpitale na Mazowszu wygenerowały 400 mln zł „nadwykonań” za 2013 r.

W ubiegłym roku głośna była sprawa zwolnienia z funkcji dyrektora Instytutu Reumatologii w Warszawie dr. Andrzeja Włodarczyka – zresztą dwukrotnego wiceministra zdrowia i wiceszefa Naczelnej Rady Lekarskiej – za przekroczenie limitów i narażenie szpitala na niezaplanowane koszty. Dr Włodarczyk po prostu uznał, że leczenie pacjentów jest ważniejsze niż liczenie limitów. Jego proces w Sądzie Pracy o przywrócenie na stanowisko jeszcze się toczy i sprawa ma charakter precedensowy. Ciekawe, co okaże się zgodne z prawem: leczenie czy limity?

Na wojnę z nadzorującym Szpital Wolski w Warszawie ratuszem pod kierownictwem Hanny Gronkiewicz-Waltz poszedł też dyrektor tej placówki – lekarz i były minister zdrowia Marek Balicki. Zarządzając jedynym po zachodniej stronie Warszawy szpitalem miejskim (następny dopiero w Grodzisku Mazowieckim!), domagał się zgody ratusza na przekształcenie części łóżek z innych oddziałów szpitalnych na łóżka oddziału chorób wewnętrznych, gdyż takie było zapotrzebowanie, wynikające z przyjmowanych do szpitala przypadków. Telewizja nawet pokazała, że chora kobieta czekała na łóżko, siedząc na krześle w szpitalnym korytarzu ponad 13 godzin. Zrobiła się z tego medialna afera, ale stołeczny Magistrat nie zgodził się na zamianę przeznaczenia łóżek. Balicki podał sprawę do sądu, oskarżając urzędników  o łamanie prawa i Konstytucji. Ale po jakimś czasie, nie chcąc się z nimi szarpać, podał się do dymisji.

Nie ma kto zainteresować się problemem 3 mln 290 tys. Polaków, którzy z różnych przyczyn nie mają ubezpieczenia zdrowotnego. O ile przychodnie lekarskie umiejętnie pozbywają się takich ludzi, to kiedy trafią oni z nagłym zachorowaniem do szpitala, lekarz przestrzegający przysięgi Hipokratesa powinien im pomóc. Problem w tym, że Hipokrates nie przewidział limitów. Kwestia płatności za operację czy leczenie na oddziale szpitalnym osoby nieubezpieczonej pozostaje problemem szpitala. Czasem udaje się odzyskać środki z pomocy społecznej (w szpitalach Wolskim i Praskim są nawet zatrudnieni do tego celu specjalni pracownicy socjalni), ale bywają też przypadki, jak w Szpitalu Praskim w Warszawie, że chory raptem znika przez okno w drugiej dobie po operacji, „odbity” niczym zakładnik przez rodzinę lub kolegów, by uniknąć pokrywania kosztów zabiegu z własnej kieszeni.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

TAGI| LECZENIE, ZDROWIE

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama