Chrześcijańska koncepcja państwa w czasach współczesnych. Część pierwsza

Zeszyty karmelitańskie 2/2013

Wszelkie rozważanie na temat państwa, jego kształtu i organizacji należy rozpocząć od pewnych uwag wstępnych, jako że bez nich nie będziemy w stanie później analizować zagadnień szczegółowych.

 

Czym jest państwo? Najprościej rzecz ujmując, jest formą, dzięki której duże zrzeszenia ludzkie działają w historii. Państwo jest więc projektem terytorialnym (bo ma ściśle określone terytorium), ale i społecznym, a co być może jeszcze ważniejsze – ponadpokoleniowym, historycznym.

            Nasze rozważania zaczniemy od demitologizacji genezy powstania państwa. Współczesne teorie polityczne używają powszechnie przyjętej w czasach oświecenia, a pochodzącej jeszcze od Tomasza Hobbesa, teorii umowy społecznej jako podstawy do tworzenia dalej idących analiz i do stawiania ściśle określonych postulatów społecznych. Rzekoma „umowa społeczna” jest oczywiście fikcją – nigdy, na żadnym etapie historycznym coś takiego jak umowa nie miało miejsca; nauka mówi, że mamy tutaj do czynienia z kategorią kontraktualną. Używa tego mądrego słowa, by ukryć oczywisty fakt, że tak zwane umowy społeczne nie są częścią naukowego namysłu nad państwem czy społeczeństwem, ale elementem pewnej ściśle określonej i dominującej dziś ideologii, która chciałaby wszystko poddać najpierw dyskusji, a potem konsensusowi. Postępujący rozpad europejskich społeczeństw, a co za tym idzie rozpad państw, rozumianych jako część wspólnego dobra, wiele tej ideologii zawdzięcza.

            Państwa powstawały w różny sposób, ale nigdy dzięki umowie; zazwyczaj w drodze uzyskania przez jedną z rodzin (rodów) danej społeczności pozycji dominującej; często w drodze podboju, ale również dzięki zestawowi przekonań o fundamentalnym znaczeniu, dzięki któremu państwo uzyskiwało swoistego rodzaju ponadczasowy i metafizyczny charakter. Czasami był to mit, niekiedy kult przodków, czasem utożsamienie osoby władcy z bóstwem. Co do zasady powstanie państwa było tożsame z ustaniem różnego rodzaju zagrożeń zewnętrznych i w tym sensie idea państwa przynależy do prawa naturalnego – zrzeszeni w państwie podlegali przemocy jego instytucji, ale te same instytucje chroniły ich przed siłami zewnętrznymi (najazdami, grabieżami itp.). Jak już wspomniano, trudno doszukiwać się w historii umowy, a więc dobrowolności przystąpienia ogółu, czym zatem uzasadniać prawomocność państwa i jego władzy? Otóż jego trwaniem. Jak słusznie zauważył jeden z największych myślicieli społecznych – Eric Voegelin – władzę legitymizuje brak skutecznego oporu. Brzmi to być może niezbyt elegancko, ale taka jest prawda.

            Wielka myśl grecka wniosła do rozważań o państwie element etyczny; w państwie miała się oto realizować zasada sprawiedliwości, a jego rolą było zapewnienie obywatelom realizacji życia „ku dobru”. Chrześcijaństwo wniosło do historii swoje własne rozumienie państwa. Co prawda trudno odnaleźć jakiekolwiek wskazówki dotyczące urządzenia państwa w Ewangeliach, poza „oddajcie cesarzowi, co należy do cesarza, a Bogu, co należy do Boga”, jednak już w pierwszych wiekach po Chrystusie myśl chrześcijańska musiała się z problemem państwa zmierzyć. Nabrało to szczególnego znaczenia, gdy w roku 313 mocą edyktu Konstantyna chrześcijaństwo opuściło podziemie, stając się religią państwową cesarstwa.

            Cesarstwo Zachodnie upadło w roku 476, ale idea państwa chrześcijańskiego je przeżyła, niosąc w sobie wiedzę o tym, jak państwa należy urządzać. Ta wiedza „podbiła” zachodnią Europę, przyczyniając się do stworzenia unikalnego tworu, jakim była Christianitas – wspólnota państw chrześcijańskich. Godząc się na funkcjonowanie w państwie w formie instytucji, Kościół stawiał organizacjom (głównie plemiennym) cztery zasadnicze postulaty: monogamicznego, dożywotniego związku kobiety i mężczyzny, zniesienia prawa pomsty rodowej, rozdziału (niezależności) Kościoła od państwa oraz (stopniowego) zniesienia niewolnictwa. Jesteśmy tak przyzwyczajeni do tych idei, że zdarza nam się zapominać, iż wcale nie są one powszechne, a już szczególnie czwarty postulat w świecie przedchrześcijańskim musiał wydawać się absolutnie sprzeczny ze zdrowym rozsądkiem, wiedzą o człowieku czy podstawami ekonomii.

            To zrównanie w godności osoby ludzkiej, pochodna równości wobec Boga, wytworzyło w społeczeństwach europejskich dążenie do coraz szerszej reprezentacji. Pozbawienie władzy boskiego elementu i autonomia władzy duchowej stawały się podglebiem, na którym wyrastały idee wzrastającego uczestnictwa we władzy i wiązania ich prawem określającym powinności wobec poddanych oraz poddanych wobec wspólnoty. W długotrwałym procesie emancypacji obejmowano ochroną, a później udziałem w rządach kolejne kręgi poddanych, którzy zyskiwali status obywateli. Modne współcześnie przeciwstawianie rzekomego autorytaryzmu wieków średnich, który miał być antytezą nowożytności, jest całkowitym nieporozumieniem, a właściwie elementem antychrześcijańskiej ideologii, która – przyznajmy – zwyciężyła w walce o współczesne państwo, pozbawiając religię chrześcijańską wpływu na jego urządzanie. Pierwsze efekty są już dość wyraźnie widoczne – instytucja małżeństwa monogamicznego dożywotniego nie ma już sankcji prawnej (skoro dopuszcza się rozwody) i podlega coraz to dalej idącym atakom na jej integralność. Świętość życia ludzkiego została podważona poprzez dopuszczenie do zgodnego z prawem odbierania go najsłabszym i najbardziej bezbronnym. Jaki będzie ostateczny efekt tej permanentnej rewolucji, trudno dzisiaj powiedzieć; niewiele wiemy o tym, jak wyglądała przedchrześcijańska Europa, bo była niepiśmienna. Wielce prawdopodobne, że postchrześcijańska też taka właśnie będzie.

            Jeśli mamy się w naszych rozważaniach przysłużyć rekonstrukcji chrześcijańskiego myślenia o państwie, musimy odnaleźć w chrześcijańskim namyśle nad państwem jego najważniejsze elementy. Oprócz postulatów społecznych, o których była mowa wyżej, będących warunkiem koniecznym „uznania” państwa przez Kościół, chrześcijańska doktryna państwa rozwijała się głównie przy pomocy kolejnego unikalnego narzędzia poznania różnych sfer życia. Jego powstanie zawdzięczamy chrześcijaństwu, to jest uniwersytetom – wyspecjalizowanym instytucjom badawczo-dydaktycznym. Tym właśnie instytucjom udało się „zaadoptować” filozofię grecką, a w jej ramach podstawy nauki. Podobne próby adopcji nie powiodły się w cywilizacji islamskiej i żydowskiej, chociaż obydwie czyniły wysiłki i obydwie przeżywały okres fascynacji nauką i jej rozwoju w wiekach średnich. Niestety, a szczęśliwie dla cywilizacji łacińskiej, nie były w stanie pogodzić wymagań nauki z normami dominującej religijnej doktryny. Historia podjęcia tej próby i zwycięskiego wyjścia z niej jednej z trzech cywilizacji jest fascynująca i pełna zaskakujących zwrotów akcji, nie miejsce jednak, by ją tutaj przybliżać; dość, jeśli zapamiętamy, że jedną z unikatowych cech naszej cywilizacji jest umiejętność pogodzenia doktryny religijnej z nauką, a wewnętrzne spory i napięcia jedynie potwierdzają istnienie tego związku. Wszak gdyby go nie było, nie byłoby też sporów.

            Polacy jako naród mieli swój wkład w rozwój doktryny państwa. Przypomnijmy, że w czasach, kiedy Niemcy jednoczyły się wokół idei Świętego Cesarstwa Narodu Niemieckiego, rezygnując z uniwersalizmu jednak na rzecz idei narodowej, w Polsce i równocześnie na Węgrzech powstawała idea instytucji Korony (Korona Królestwa Polskiego, Korona Królestwa Węgierskiego). Oznaczało to pojawienie się nowej symboliki, a więc państwa jako dobra oderwanego od fortuny tej lub innej dynastii, a nawet od identyfikacji plemiennej (później narodowej). Stąd był już tylko krok do stworzenia pojęcia Rzeczypospolitej, a więc wspólnego dobra narodu politycznego. Wytworzenie się narodu politycznego oznaczało początek pracy rozłożonej na wieki, w której w sprawy państwowe włączano coraz szersze grupy jego mieszkańców.

            Historia w oczywisty sposób wiodła od plemiennego rozumienia władzy nad państwem do jego rozszerzenia – najpierw o grupę możnych zebranych wokół króla w Radzie Królewskiej, która udostępniając wpływ na sprawy publiczne kolejnym grupom królewskich poddanych, przekształciła się w parlament, a więc w organ reprezentacyjny. Stopniowo poddani królewscy stawali się poddanymi Korony, a później obywatelami, w miarę jak postaw obywatelskich i odpowiedzialności za wspólne dobro uczyły się następne stany, artykułując swoją podmiotowość i chęć uczestniczenia w życiu publicznym jako tej nauki naturalną konsekwencję.

            Naszym przodkom nigdy nie przyszłoby jednak do głowy, by stawiać wolność i prawo głosu ponad dobro wspólne, jakim było państwo. Demokracja była zawsze świadoma swoich ograniczeń, a te wyznaczała prawda i dobro, jakkolwiek bieg rzeczy nie zawsze podążał za ideałem, czego nasza historia dostarcza przykładów. Czym innym jednak nieumiejętność zrealizowania ideału, a czym innym zastąpienie ideału zasadą większości, które się dokonało współcześnie. Państwo nie jest już dzisiaj postrzegane jako dobro samo w sobie, ale jako przestrzeń, w której jednostki i grupy walczą o wyrwanie dla siebie partykularnych dóbr. To osłabia państwo, które nie potrafiąc odwołać się do powszechnie rozumianych kategorii sprawiedliwości, prawdy i dobra, a chcąc przeżyć, będzie nieuchronnie zmierzało do jakiejś formy totalitaryzmu.

            W kolejnych częściach tych skromnych rozważań na temat państwa zajmiemy się właśnie opisem zbliżającego się nieuchronnie totalitaryzmu i środkom zaradczym oraz postulatom, jakie z perspektywy chrześcijańskiej powinniśmy stawiać współczesnemu państwu, by przeciwdziałać zagrożeniom.

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...