ABC Ekonomii

Zeszyty Karmelitańskie 3/2014

Najczęściej wymienianą i omawianą w mediach kategorią ekonomiczną jest produkt krajowy brutto (PKB), a jego zwiększenie (zmniejszenie) w wymiarze realnym ( a więc po uwzględnieniu inflacji) w danym okresie roku w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego, jest uważane za miarę wzrostu gospodarczego (recesji) danego kraju, a także miarę wzrostu poziomu życia jego mieszkańców (choć to drugie określenie nie jest do końca prawdziwe).

 

1. Pieniądz

Rozważania dotyczące ABC Ekonomii, na poziomie zrozumiałym dla każdego, należy rozpocząć od wyjaśnienia, czym jest pieniądz. To prawnie określony środek płatniczy, który może wyrażać, przechowywać i przekazywać wartość ściśle związaną z realnym produktem społecznym danego kraju.    Chronologicznie pieniędzmi były: rzadko występujące towary konsumpcyjne (np. sól, skóry), różne metale ( w szczególności złoto), a następnie tzw. noty bankowe za pozostawiony u bankierów zasób złota. Stąd nazwa banknoty, czyli pieniądze papierowe wymienialne na cenny kruszec.

Od lat 70-tych poprzedniego stulecia nie ma już w obiegu światowym banknotów wymienialnych na złoto, a obecnie emitowany przez bank centralny państwa pieniądz papierowy nie ma już z nim żadnego związku. Jest to papier, który ma cechy pieniądza, poprzez uczynienie z niego przez państwo na postawie przepisu prawnego, obowiązującego w danym kraju, środka płatniczego. Oprócz banknotów mamy w obiegu także monety, które co prawda mają inną formę fizyczną, ale ich charakter jest taki sam, jak pieniądza papierowego. Współcześnie jednak to nie banknoty i monety przeważają w obiegu. Pieniądzem dominującym jest pieniądz bezgotówkowy kreowany (czyli pomnażany) przez banki komercyjne w postaci kredytów na podstawie depozytów ich klientów. Pomnażanie jest przywilejem, jaki nadaje państwo bankom komercyjnym, przy czym ustala ono zasady na jakich te procesy (dochodowe, jak można się domyślać) mogą się odbywać, a ich przestrzegania pilnuje narodowy bank centralny. Kreacja pieniądza przez kredyt jest podstawą współczesnego rozwoju gospodarczego, ale także, jak pokazuje obecny kryzys na świecie, w Europie, a w szczególności w strefie waluty euro, może być jedną z głównych przyczyn poważnych kłopotów gospodarczych, a w konsekwencji i społecznych.

Ta nieograniczona kreacja pieniądza  oparta na różnorodnych instrumentach finansowych ( w tym głównie na tzw. instrumentach pochodnych, nazywanych derywatami) doprowadziła do tego, że ich wartość w skali świata w 2012 roku przekroczyła  700 bilionów (tysięcy miliardów) dolarów  i jest to 10-krotność światowego PKB (czyli wartości wytworzonych  dóbr i usług).        

Tak ogromne oderwanie wartości instrumentów finansowych od tego, co wytwarza światowa gospodarka, jak uważa duża część ekonomistów, jest praprzyczyną kryzysu finansowego, który przeniósł się do gospodarek poszczególnych państw. W ekonomii  ogromne znaczenie ma wartość pieniądza w czasie. Działalność gospodarcza wymaga bowiem dysponowania przez przedsiębiorców  określonym zasobem pieniądza (kapitałem). Zmusza to do korzystania z zewnętrznych źródeł finansowania  działalności  czyli pożyczania (w różnych formach). Ale kredyty (pożyczki), zaciągają także gospodarstwa domowe. Ci, którzy  mają pieniądze i pożyczają je potrzebującym, życzą sobie za to zapłaty. Ceną za to pożyczanie jest procent (odsetki).

W praktyce, w transakcjach kredytowych, cenę kapitału obcego ustala się jako stosunek kwoty odsetek do kwoty pożyczonego kapitału. Relacja ta to stopa procentowa.     

Bardzo często w języku potocznym używamy zamiennie pojęć kredyt i pożyczka, choć są pomiędzy nimi zasadnicze różnice. Podstawowa polega na tym, że prawo do udzielania kredytu mają tylko banki (bo to one kreują nowy pieniądz na podstawie zgromadzonych  wkładów od oszczędzających), pożyczki natomiast mogą być udzielane poza sektorem bankowym przez różne podmioty gospodarcze (także osoby fizyczne) ze zgromadzonych wcześniej środków finansowych.

Z pieniądzem związane jest także inne pojęcie ważne dla tych wszystkich, którzy się nim posługują. Tym terminem jest inflacja, czyli proces wzrostu poziomu cen powodujący niekontrolowane i nieakceptowane społecznie zmiany proporcji podziału dochodu narodowego. Inflacja powoduje utratę wartości pieniądza, dlatego bank centralny jest odpowiedzialny za utrzymanie wartości narodowej waluty poprzez pilnowanie poziomu inflacji przy pomocy odpowiedniego kształtowania swoich stóp procentowych ( w Polsce odpowiada za to Rada Polityki Pieniężnej na czele której stoi prezes NBP). W oparciu o stopy NBP banki komercyjne ustalają swoje stopy dla depozytów (oszczędności) i kredytów.                   

Mamy różne rodzaje inflacji. Ze względu na jej poziom wyróżniamy inflację pełzającą (do kilku procent rocznie), inflację galopującą (powyżej 20% rocznie), wreszcie hiperinflację (kilkadziesiąt procent rocznie, a czasami nawet miesięcznie). O ile inflacja pełzająca poddaje się kontroli i nie utrudnia procesów gospodarczych, to galopująca powoduje narastające zakłócenia w ich przebiegu i osłabia systemy motywacyjne, a hiperinflacja wręcz uniemożliwia racjonalne gospodarowanie i rujnuje motywację do działania, a w konsekwencji ogranicza rolę pieniądza w gospodarce (wraca wymiana towar za towar).

Ze względu na przyczyny wyróżnić można inflację popytową (ciągnioną przez popyt) i  inflację kosztową (pchaną przez koszty). Pierwsza to wynik nadmiernej ilości pieniądza w obiegu (na skutek zbyt wysokich wydatków państwa, nadmiernej akcji kredytowej, wysokiego wzrostu płac), druga jest spowodowana wzrostem kosztów produkcji (np. ze względu na wzrost cen ropy,  gazu czy innych surowców na rynkach światowych).

Trzeba także pamiętać, że ogłaszany w Polsce przez GUS wskaźnik inflacji, odzwierciedlający poziom wzrostu cen i usług konsumpcyjnych, jest oparty na odpowiednio  skonstruowanym koszyku dóbr i usług, nabywanych przez przeciętne gospodarstwo domowe.

Na przykład w roku 2012  w tym uśrednionym koszyku wydatki na żywność stanowiły 24%,  na energię 13%, a na użytkowanie mieszkania 9% (razem 46%), a więc jeżeli w jakimś gospodarstwie domowym te 3 rodzaje wydatków zdecydowanie przekraczają 50%, to dla takiego gospodarstwa rzeczywisty wskaźnik inflacji  będzie znacznie wyższy niż ten ogłaszany przez GUS. Problem dotyczy w szczególności niezamożnych gospodarstw domowych, w których te 3 rodzaje wydatków (żywność, energia, mieszkanie), sięga 100% ich dochodów i dla nich rzeczywista inflacja jest w ten sposób blisko dwukrotnie wyższa niż ta ogłaszana przez GUS.

2. Produkt   krajowy  brutto  (pkb)                                                                                                        

Najczęściej wymienianą i omawianą w mediach kategorią ekonomiczną jest produkt krajowy brutto (PKB), a jego zwiększenie (zmniejszenie) w wymiarze realnym ( a więc po uwzględnieniu inflacji)  w danym okresie  roku w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego, jest uważane za miarę wzrostu gospodarczego (recesji) danego kraju, a także miarę wzrostu poziomu życia jego mieszkańców (choć to drugie określenie nie jest do końca prawdziwe).       

PKB to ogólna wartość  wytworzonych w danym roku w gospodarce dóbr i usług  finalnych, oblicza się go, odejmując od wartości produkcji całkowitej wartość dóbr i usług zużytych do tej produkcji.                                                                                                               

Ponieważ ustalenie wielkości PKB na podstawie tej definicji byłoby trudne (statystyka państwowa nie podaje ani wartości produkcji całkowitej, ani wartości zużycia pośredniego), przyjmuje się, że PKB jest w przybliżeniu równy  finalnym wydatkom wszystkich nabywców (tzw. popytowe ujęcie PKB). PKB w takim razie to: konsumpcja + inwestycje + wydatki rządowe + eksport - import + zmiana stanu zapasów w gospodarce.

W Polsce, ze względu na 40 mln obywateli, zasadniczy wpływ na tworzenie PKB ma konsumpcja (odpowiada średnio za 2/3 PKB), a po 1/3 przypada na inwestycje (razem ze zmianą wartości zapasów) i  tzw. eksport netto. W ostatnim okresie, ze względu na spadek płac realnych, duże bezrobocie, a także rosnącą niepewność gospodarczą w naszym kraju, mamy coraz wolniejszy wzrost PKB, co powoduje brak wzrostu konsumpcji i spadek inwestycji (tylko wzrost wskaźnika eksportu netto powoduje niewielki wzrost PKB).

Jednak, jak zaznaczono wyżej, nasz dobrobyt zależy nie od tego, ile wytworzyliśmy, ale od tego, ile „otrzymujemy na rękę”, czyli  co dla nas zostało z tego, cośmy wytworzyli. Ta kategoria nazywa się produktem narodowym brutto (PNB).     Rocznik statystyczny określa produkt narodowy brutto jako produkt krajowy powiększony o dochody zagraniczne, ale niestety w przypadku naszego kraju to, co otrzymujemy z  zagranicy jest wyraźnie niższe od tego, co wypływa  z naszego kraju za granicę. Mimo tego, że ponad 2 mln Polaków znajduje się poza krajem i sporo z nich przysyła część swoich zarobków do Polski, a także mimo napływających corocznie do naszego kraju środków z budżetu UE, okazuje się, że różnica pomiędzy tym, co wytwarzamy a tym, co dzielimy jest coraz większa i w roku 2012 wyniosła aż 71 mld zł. Sumarycznie w latach 2000-2012 pomiędzy tym, co Polska wytworzyła a tym, co podzielono w naszym kraju (jak policzył to prof. Jerzy Żyżyński), różnica wynosi  nominalnie aż 450 mld zł, a kwota ta zwaloryzowana podstawową stopą procentową NBP wynosiła przynajmniej 477 mld zł.

Z danych wynika więc, że na przestrzeni ostatnich 12 lat w naszym kraju podzieliliśmy o blisko 500 mld zł mniej niż wytworzyliśmy, i to mimo  napływu środków finansowych od emigrantów i corocznych znacznych wpływów z unijnego budżetu.

Równie poważnym problemem jest sposób dzielenia tego, co zostało w kraju, pomiędzy różne grupy społeczne. Ostatnie 20-lecie to coraz głębsze rozwarstwienie dochodowe społeczne, co oznacza, że zdecydowana część produktów trafia do stosunkowo niewielkiej grupy naszych obywateli, podczas gdy zdecydowana większość uczestniczy w tym podziale na poziomie minimalnym.        Wielkość tego zróżnicowania dochodowego najlepiej obrazuje  współczynnik Giniego (nazywany wskaźnikiem nierówności społecznej), który dla Polski wynosi blisko 0,4 i jest on, niestety, jednym z najwyższych w krajach Unii Europejskiej.

Taki sposób podziału PNB charakteryzuje kraje południowoamerykańskie czy latynoamerykańskie, a nie europejskie i jest to jedną z poważnych przeszkód na drodze  do szybszego rozwoju naszego kraju.                                                                

3. Deficyt  i  dług  publiczny           

Deficyt budżetowy to ujemna różnica pomiędzy dochodami budżetu państwa (jeżeli ta różnica jest dodatnia, mamy do czynienia z nadwyżką budżetową, chociaż w ostatnich 20 latach taka sytuacja w Polsce nie miała miejsca). Z kolei deficyt sektora finansów publicznych to suma deficytów: budżetowego, wszystkich jednostek samorządu terytorialnego i sektora ubezpieczeń społecznych.    Najczęściej deficyty te podaje się  nie w wielkościach bezwzględnych (w mld zł), ale w relacji procentowej do PKB danego kraju, co pozwala na porównania międzynarodowe, pod warunkiem jednak, że deficyty te są  liczone według tej samej metodologii. W UE obowiązuje taka jednolita metoda ESA 95 i w związku z tym statystyki prezentowane przez Eurostat (unijny urząd statystyczny) taką porównywalność zapewniają. Dług publiczny obejmuje nominalne zadłużenie podmiotów sektora finansów publicznych, w pewnym uproszczeniu to suma deficytów sektora finansów publicznych z lat poprzednich. Dług także podaje się najczęściej nie wielkościach bezwzględnych (mld zł), ale w relacji procentowej do PKB danego kraju, co pozwala na porównania międzynarodowe.          

Niestety, dane statystyczne dotyczące Polski w zakresie deficytu i długu publicznego potwierdzają  tezę o  dewastacji finansów publicznych w ciągu ostatnich 5 lat. W roku 2008 dochody budżetowe wzrosły o 7,3%, a deficyt  całego sektora finansów publicznych wzrósł z 1,9% PKB w roku 2007 do 3,7% PKB. W roku 2009 dochody budżetowe wzrosły o 8,1%, a deficyt sektora wzrósł do 7,3% PKB czyli do prawie 100 mld zł. W kolejnych latach było jeszcze gorzej, aż zdecydowano się na przejęcie w roku 2011 5 punktów procentowych składki z OFE i dopiero wtedy deficyt sektora finansów publicznych zaczął się zmniejszać, choć w roku 2012 wynosił ciągle powyżej 3% PKB (około 3,9% PKB, czyli ponad 60 mld zł), a Polska jest ciągle w procedurze nadmiernego deficytu UE.           

Dług publiczny wg metodologii unijnej wyniósł pod koniec 2012 roku około 890 mld zł (bez długów, które dzięki kreatywnej księgowości ministra finansów są zamiecione pod dywan, a te wynoszą szacunkowo przynajmniej 3-4% PKB czyli dodatkowo 48-64 mld zł). Jeżeli chodzi o jakiekolwiek porównania z innymi krajami w odniesieniu do wielkości długu publicznego, to możemy się pod tym względem porównywać tylko z krajami o podobnym poziomie rozwoju społeczno- gospodarczego czyli krajami Europy Środkowo-Wschodniej. W takim porównaniu relacja długu publicznego do PKB w Polsce  należy do najwyższych i wynosi ponad 56% PKB (wyższą mają tylko Węgry, pozostałe 7 krajów czyli Rumunia. Bułgaria, Słowacja, Czechy, Estonia. Łotwa i Litwa, mają tę relację wyraźnie niższą).

4. Zatrudnienie  i  bezrobocie                                                                                                                   

W Polsce zatrudnienie ludności w wieku produkcyjnym (a więc powyżej 18 lat) wynosi tylko 59% i jest to jeden z najniższych poziomów w UE (średni poziom zatrudnienia w UE wynosi 64%. Struktura zatrudnienia także odbiega od  średnich wskaźników w UE. Mamy aż 13% zatrudnionych w rolnictwie (w UE tylko 5%), w przemyśle 30% (w UE  26%) wreszcie w usługach 57% (średnia w UE – 68%). Tak niski poziom zatrudnienia powoduje, że poważnym problemem gospodarczym i społecznym jest zjawisko bezrobocia, a więc  brak możliwości zatrudnienia, mimo gotowości jego podjęcia.                                                     

Mimo, iż za granicę po roku 2004 wyjechało ponad 2 mln Polaków, bezrobocie w Polsce jest  bardzo wysokie i charakteryzuje się: bardzo wysokim udziałem młodych  wśród bezrobotnych (ponad 50%), wysokim udziałem trwale bezrobotnych(powyżej 1 roku) w bezrobociu ogółem (także ponad 50%) i silnym zróżnicowaniem regionalnym (są powiaty, gdzie bezrobocie jest niższe niż 5%, np. w Warszawie, i takie, gdzie przekracza 40%  np. powiat szydłowiecki, zresztą w  tym  samym co Warszawa województwie mazowieckim). Wszystko wskazuje na to, że na koniec roku 2013 dowiemy się, że stopa bezrobocia  zbliżyła się do 15%, (w miesiącach wiosennych i letnich bezrobocie trochę spadnie), a więc liczba bezrobotnych wzrośnie do blisko 2,5 mln zł. Dramatyczna sytuacja na rynku pracy powoduje nie tylko ciągle trwającą emigrację zarobkową najbardziej aktywnych w dużej mierze młodych ludzi ale także spustoszenia w psychice ludzi, którzy zostają w kraju i muszą zaczynać swoje dorosłe życie od bycia bezrobotnymi.

Mimo tak dramatycznej sytuacji minister finansów regularnie przejmuje część środków Funduszu Pracy i przeznacza je na zmniejszenie poziomu deficytu sektora finansów publicznych.                                                                                                            

W roku 2011 były to ponad 3 mld zł, w roku 2012 kolejna  kwota powyżej 2  mld zł, w roku 2013 znowu 2 mld zł. Razem ponad 7 mld zł środków finansowych w swoisty sposób „znaczonych” jest wykorzystywane niezgodnie ze swoim przeznaczeniem.         

Protestują w tej sprawie  pracodawcy (złożona skarga do Trybunału Konstytucyjnego), którzy odprowadzają na Fundusz Pracy 2,45% podstawy wymiaru od wynagrodzenia każdego zatrudnionego  przez siebie pracownika, wskazując, że pieniądze są wykorzystywane niezgodnie z celem, na który zostały wpłaconeRządzący uważają, że lepiej przeznaczać te środki na zmniejszenie potrzeb pożyczkowych naszego kraju, a nie na wsparcie bezrobotnych.

Szacuje się, że każdy dodatkowy 1 mld zł z Funduszu Pracy, daje możliwość pomocy  przynajmniej 200 tysiącom bezrobotnych, przy czym połowa z nich ma szansę uzyskania w ten sposób stałego miejsca zatrudnienia (zatrudnienia przez pracodawcę albo stworzenia przez siebie stałego miejsca pracy).                                                                                                                                                                                                                                                              

5. Ubezpieczenia  społeczne- emerytury, OFE                                                               

Nowy system ubezpieczeń społecznych w Polsce został wprowadzony reformą emerytalną uchwaloną przez Parlament  jesienią 1998 roku, a wszedł on w życie z dniem 1 stycznia 1999 roku. W konsekwencji wprowadzono III filarowy system ubezpieczeń emerytalnych  (ZUS oraz OFE i ubezpieczenia dobrowolne w tzw. 3 filarze), a także dokonano 2 fundamentalnych zmian w systemie zabezpieczenia społecznego w Polsce.    Pierwsza zmiana polegała na wprowadzeniu  świadczenia wg. zdefiniowanej składki (ile odłożymy składek, taką będziemy mieli emeryturę), druga to obniżenie tzw. stopy zastąpienia (relacji pomiędzy wysokością emerytury a ostatnim wynagrodzeniem) ze średnio 60% w starym systemie do ok. 30% (netto, czyli po opodatkowaniu podatkiem dochodowym) w nowym systemie.

Z kolei nowelizacja ustawy emerytalnej obowiązująca od 1 stycznia 2013 roku, spowodowała nie tylko, jak się powszechnie sądzi, wydłużenie wieku emerytalnego o  2 lata dla mężczyzn i o 7 lat dla kobiet (dla kobiet pracujących w rolnictwie aż o 12 lat) oraz wprowadzenie   bardzo  niskich tzw. emerytur częściowych, ale także  znaczące pogorszenie dostępu pracowników do systemu emerytalnego .                                                                         

Po owej nowelizacji wielu osobom, które weszły na rynek pracy po roku 1989, grozi utrata prawa do gwarantowanych minimalnych emerytur, rent rodzinnych i wdowich.      

Do tej pory kobieta miała prawo do emerytury minimalnej, posiadając 14 lat składkowych i 6 nieskładkowych, po zmianach, aby otrzymać emeryturę minimalną, musi mieć 30 lat stażu składkowego (jest to więc wydłużenie okresu składkowego aż o 16 lat). Z kolei mężczyzna do tej pory miał prawo do emerytury minimalnej mając 17 lat składkowych i 8 lat nieskładkowych, po zmianach, aby ją uzyskać, musi dysponować aż 35 stażem składkowym (wydłużenie stażu składkowego o 18 lat). W sytuacji, w której na rynku pracy już blisko 50% osób jest zatrudnionych na tzw. umowy śmieciowe (od których w dużej części  nie odprowadza się składek ubezpieczeniowych), przy równie powszechnym zatrudnianiu na czarno, nietrudno sobie wyobrazić jak niemal niemożliwym będzie się w przyszłości wykazać się 30 czy 35 letnim stażem.

Równie powszechna jest niewiedza Polaków dotycząca wysokości przyszłych emerytur. Po wprowadzeniu nowelizacji o wydłużeniu wieku emerytalnego, na stronie internetowej ministerstwa finansów umieszczono tzw. kalkulator emerytalny. Informuje on na przykład, że kobieta, która przepracuje 26 lat i będzie zarabiała w całym tym okresie 2900 zł brutto w wieku 63 lat uzyska świadczenie w kwocie około 1800 zł  (a więc aż 85% ostatniego wynagrodzenia netto), ale po wydłużeniu aktywności zawodowej do 67 lat,  jej emerytura wyniesie już blisko 2450 zł i będzie stanowiła aż 106% obecnych zarobków netto. Niestety, te wyliczenia nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Nowy system emerytalny uchwalony w 1998 roku (zdefiniowanej składki) doprowadził do tego, że średnia stopa zastąpienia (czyli relacja przyszłego świadczenia do ostatniego wynagrodzenia) uległa obniżeniu z obecnych około 60% do 36% i to brutto, a więc przed opodatkowaniem emerytury podatkiem dochodowym od osób fizycznych (około 30% netto). Nie ulega wątpliwości, że  emerytura wypłacana „na rękę” w wysokości około 30% ostatniego wynagrodzenia, będzie świadczeniem wręcz głodowym. A może być jeszcze gorzej, jeżeli nie zmienimy w sposób zasadniczy systemu emerytalnego w Polsce (między innymi nie wprowadzimy dobrowolności ubezpieczenia w OFE).

W wyniku gigantycznego długu publicznego, który już pod koniec 2013 roku  znacznie przekroczy astronomiczną kwotę 900 mld zł, od roku 2016 wszyscy odchodzący na emerytury będą otrzymywali świadczenia nie wyższe niż 30% ich ostatniego wynagrodzenia, a rządzący około 2020 roku będą zmuszeni do obniżenia do takiego poziomu wszystkich wypłacanych świadczeń emerytalnych.                                           

Mało tego, przy poziomie dzietności  w Polsce (1,3 dziecka  na kobietę- wg ONZ Polska zajmuje pod tym względem 207 miejsce na świecie na 211 klasyfikowanych państw) i coraz mniej chętnie odprowadzanych składkach ubezpieczeniowych, około 2030 roku może okazać się, że naszego systemu emerytalnego  nie stać na wypłacanie jakichkolwiek świadczeń emerytalnych.                                                                                                                                       

6. Transformacja                                                    

Transformacją określa się w Polsce czas po roku 1989 , kiedy to nasza gospodarka (a w konsekwencji i życie społeczne), przechodziła od socjalizmu do kapitalizmu.                             

Niedawno ukazał się raport przygotowany przez Polskie Lobby  Przemysłowe (PLP), pokazujący bardzo dobitnie skutki ponad 20 lat „reform”, które coraz mocniej odciskają piętno na naszej rzeczywistości.

Najciekawszą częścią raportu jest zestawienie wybranych danych statystycznych pokazujących nasz kraj i jego sytuację społeczną i gospodarczą na początku okresu przemian czyli na koniec roku 1990 i sytuację obecną (głównie dane na koniec 2011 i 2012 roku).

1. Przy trochę wyższej obecnie liczbie ludności (38,5 mln na koniec 2011 roku) niż w roku 1990 (38,2 mln), mamy teraz o blisko 2,1 mln mniej pracujących niż ponad 20 lat temu (16,4 mln poprzednio, 14,3 mln obecnie).                                                                                           

2. W przemyśle pracuje obecnie o ponad 2,2 mln ludzi mniej niż poprzednio (4,6 mln w roku 1990 i tylko 2,4 mln w roku 2012), w budownictwie o 0,8 mln mniej (odpowiednio 1,2 mln i 0,4 mln), nawet w badaniach i rozwoju pracuje o 10 tys. mniej ludzi teraz niż ponad 20 lat temu (0,09 mln w roku 1990 i 0,08 mln w roku 2012).                                    

3. Współczynnik pracujących obecnie (w wieku 15 lat i więcej) jest aż o ponad 13 punktów procentowych niższy niż w roku 1990 ( w roku 1990 współczynnik ten wynosił 57,5% obecnie tylko 43,9%).                                                                                                                     

W tej sytuacji nie jest zaskakująca wielka skala bezrobocia. W roku 1990  już było ono wysokie i wynosiło ponad 1,1 mln bezrobotnych (stopa bezrobocia 6,3%), ale pod koniec 2012 osiągnęło aż 2,3 mln (stopa bezrobocia13,9%), przy czym trzeba pamiętać, że w tym czasie za granicę wyjechało od 2 do 3 mln Polaków.                                                                           

Przytłaczają także dane statystyczne dotyczące porównań w sferze gospodarki. Udział przemysłu w tworzeniu dochodu narodowego spadł w tym okresie o ponad 20 punktów procentowych (w 1990 roku udział ten wynosił 42,6% w roku 2011 tylko 21,9%). Udział budownictwa w tworzeniu dochodu narodowego także spadł o 5 punktów procentowych (z 12,1% do tylko 7,1%). Bilans handlu zagranicznego w 1990 roku to nadwyżka wynosząca 50 mld zł , a w 2011 roku to deficyt wynoszący 40 mld zł. Oczywiście w tym okresie mamy do czynienia z ogromnym wzrostem eksportu ale, jak widać, jeszcze wyższym wzrostem importu. Zadłużenie zagraniczne w roku 1990 wynosiło 48,5 mld USD, w 2010 roku już 280 mld USD (chodzi zarówno o zadłużenie zagraniczne państwa jak i podmiotów gospodarczych). Dług publiczny w roku 1990 wyniósł 280 mld zł, a na koniec 2012 roku 890 mld zł.                       

Oczywiście część ekspertów twierdzi, że porównania zaprezentowane w raporcie PLP, oparte są na wybiórczych danych, nie ulega jednak wątpliwości, że powinny one skłaniać do przemyśleń. Jak może funkcjonować system ubezpieczeń społecznych w sytuacji, w której liczba pracujących zmniejszyła się w ciągu 20 lat aż o ponad 2 mln osób, a jednocześnie cały czas rośnie liczba pobierających świadczenia emerytalne?                     

Taki ogromny spadek udziału przemysłu i budownictwa w tworzeniu dochodu narodowego (o ponad 25 punktów procentowych) był jedną z głównych przyczyn wypychania setek tysięcy ludzi za granicę, bo w Polsce nie było i nie ma dla nich miejsc pracy.   Wreszcie tak gwałtowny przyrost zadłużenia zagranicznego, zarówno państwa jak i podmiotów gospodarczych, i jeszcze gwałtowniejszy wzrost długu publicznego( którego 1/3 znajduje się w walutach zagranicznych), stwarzają niebezpieczeństwo destabilizacji finansów w sytuacji każdej głębszej dewaluacji złotego.                                                                                             Tak ogromne uzależnienie Polski od zagranicy nastąpiło głównie w ostatnim 5-leciu i to właśnie ono powoduje, że minister finansów jest zainteresowany tylko i wyłącznie umacnianiem złotego (dlatego wymienia całość środków pochodzących z budżetu UE na rynku a nie w NBP), mimo, że proces ten ma negatywny wpływ na opłacalność polskiego eksportu.

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama