Nic się jeszcze nie skończyło

Niedziela 13/2014

O zbyt długim milczeniu świata i koleinach polskiej polityki zagranicznej z Anną Fotygą rozmawia Wiesława Lewandowska

 

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Od lutego 2014 r. Polska znajduje się w centrum działań dyplomatycznych na rzecz rozwiązania konfliktu rosyjsko-ukraińskiego. Czy w związku z tym w jakiś sposób skorygowała Pani swą krytyczną ocenę polityki zagranicznej obecnego rządu?

ANNA FOTYGA: – Przyznam, że zaskoczyła mnie ta nagła zmiana postawy wielu graczy politycznych na polskiej scenie. Ten zwrot był radykalny. Uważam jednak, że nie czas się teraz temu dziwić, są ważniejsze sprawy. Dziś, gdy stajemy w obliczu tak niezwykle trudnej sytuacji w naszym regionie Europy, należy myśleć przede wszystkim o jego bezpieczeństwie, bo wyzwania są ogromne. Wielkie wyzwania nakazujące mobilizację wszystkich sił zdarzały się już wiele razy w polskiej historii i dobrze wykorzystane – stanowiły ogromną szansę. Tak było w 1918 r.

– W czym teraz można upatrywać tej nowej szansy?

– Rok 1989 przyniósł suwerenność Polsce, a następne lata – wielu innym państwom naszego regionu. Członkostwo w NATO i UE poprawiło ich sytuację geopolityczną, zagrożeniem stała się jednak neoimperialna polityka Rosji. Funkcjonowanie w UE Polski i kilku innych sąsiadów utrudniały tendencje hegemonistyczne Niemiec, ich bliska współpraca z Rosją, realizacja projektów takich, jak Nord Stream, zagrażających naszemu bezpieczeństwu. Sytuację bardzo pogorszył amerykański reset w stosunkach z Rosją. Byliśmy osamotnieni wśród grających ponad naszymi głowami. Polski rząd nie przeciwstawiał się tym tendencjom. Na szczęście, sytuacja zaczyna się zmieniać. Tę zmianę spowodowała między innymi postawa Ukrainy. Z mojego punktu widzenia, sytuacja jej powolnego staczania się w strefę wpływów Rosji, przy milczącej zgodzie Zachodu, była dla nas niezwykle niebezpieczna.

– Za swoją wizję spraw zagranicznych była Pani niezwykle obcesowo krytykowana...

– Za to teraz nie potrzebuję weryfikować swojego oglądu rzeczywistości. Natomiast inni – zarówno polscy, jak i europejscy politycy – będą musieli zgodzić się z diagnozą mojego środowiska politycznego, że w Europie Środkowej nic się jeszcze nie skończyło, że jest ona ciągle polem potencjalnych konfliktów, wciąż wrzącym tyglem. Pamiętam, jak w maju 2007 r. goszczący w Warszawie minister spraw zagranicznych Portugalii usilnie mnie przekonywał, że zakończył się już proces rozpadu Związku Sowieckiego, że nie ma zagrożeń w regionie. Prezydent Lech Kaczyński i rząd PiS zdawali sobie jednak sprawę z zagrożeń, które niosła neoimperialna polityka Rosji. W tym czasie nasz pogląd podzielali przywódcy innych państw w regionie. Przykładem ich współdziałania była nieco później Gruzja. Świat nie był jednak gotów na przyjęcie trudnej prawdy.

– Dopiero obecna rosyjska terapia szokowa zmienia to nastawienie?

– Rzeczywiście, dopiero teraz zmienia się – choć, moim zdaniem, zbyt ostrożnie – to spojrzenie na Rosję. I może nawet zawieje w końcu trochę inny wiatr, także w sprawie smoleńskiej...

– Bo ta Rosja, z którą wszyscy chcieli mieć dobre, a nawet przyjazne stosunki, nagle okazała się inna i teraz sprawia kłopot?

– Nic nie stało się nagle. A to dzisiejsze zaskoczenie wzięło się stąd, że wcześniej nikt nie chciał wiedzieć, co się naprawdę dzieje, jaka jest ta Rosja Putina. Dla „dobra” jakichś wyższych spraw wybierano poprawne milczenie i spolegliwość. Zadowalając się relacjami biznesowymi, liczono że nie będzie już następnych Chodorkowskich, Magnitskich, że nie zdarzy sie kolejna taka historia, jak ta z Shellem na Sachalinie... Spotkałam ostatnio w USA polskiego księdza, który 20 lat spędził w Rosji i na Ukrainie; opowiadał o skrytobójczych śmierciach księży katolickich na terenie Rosji. A u nas, w Polsce, wcale się nie mówiło o takich „drobnych incydentach”, bo Polska i cały świat miał ważniejsze sprawy... To było milczenie dla świętego spokoju – dla dobra stosunków z Rosją...

– Wszyscy dobrze pamiętamy, jak wiele mówiono o nadziei na dobre stosunki polsko-rosyjskie po katastrofie smoleńskiej.

– Przyznam, że nie byłam gotowa, i nadal nie jestem, by przyjąć, iż z tamtej tragedii może wyniknąć jakiekolwiek dobro... Dziś jednak na pewno dobrem jest to, że wreszcie przyszło opamiętanie rządzących Polską i gotowość przyjęcia trudnych prawd, trudnych dróg. Myślę, że taka poważna refleksja przyda się wszystkim, także całemu polskiemu społeczeństwu, wszystkim Europejczykom.

– Jako minister spraw zagranicznych w rządzie PiS wybrała Pani tę trudniejszą drogę – pod prąd wytyczonych przez ekipę Bronisława Geremka polskich „aksamitnych” szlaków dyplomatycznych, co oznaczało twarde przeciwstawianie się zarówno Zachodowi, jak i Rosji. Mówiono, że to nierozsądne.

– Uważam, że za naszych czasów – czyli w latach 2005-07 – dość skutecznie przeciwstawialiśmy się szkodliwym dla Polski i całej Europy Środkowej i Wschodniej tendencjom występującym w międzynarodowej polityce. Pamiętam, jak po przejęciu władzy przez ekipę Tuska pocieszano mnie, że nasz rząd, choć miał niewiele czasu, zdołał wyryć takie koleiny w polityce zagranicznej Polski, z których na długo nie da się zboczyć.

– Jednak zboczono...

– Zboczono przede wszystkim z powodu konformizmu, który wygodnie diagnozował, że w Polsce nie można rządzić, przeciwstawiając się głównemu nurtowi tzw. nowoczesnego świata. Taka była „dyplomatyczna kalkulacja”, nawet jeśli by temu zaprzeczały polskie interesy. Na początku wmawiano Polakom, że chodzi wyłącznie o zmianę stylu na bardziej światowy. Nam – czyli „niepoprawnej prawicy” – zarzucano, że przynosimy Polsce wstyd, mimo że sam prezydent Kaczyński był intelektualistą pod każdym względem przerastającym wielu współczesnych mu polityków.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

TAGI| UKRAINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama