Między prawdą a kłamstwami

Przewodnik Katolicki 14/2014

Cztery lata po katastrofie smoleńskiej nad tą narodową tragedią nadal wiszą liczne znaki zapytania. Opinia publiczna obok faktów otrzymuje propagandowe wrzutki, półprawdy i kłamstwa. Ostatnio polscy biegli wykazali, że – wbrew raportowi MAK – we krwi gen. Andrzeja Błasika nie było alkoholu. To każe z rezerwą podchodzić do innych „ustaleń” i narracji w sprawie przyczyn rozbicia samolotu Tu-154M i śmierci prezydenta RP oraz 95 innych osób.

 

Na początek przypomnijmy podstawowe fakty. 10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku w Rosji doszło do największej pod względem liczby ofiar katastrofy w dziejach Sił Powietrznych RP, a w wymiarze personalnym, politycznym i historycznym – do największego dramatu państwa polskiego po 1945 r. W pobliżu wojskowego lotniska Smoleńsk-Siewiernyj rozbił się rządowy samolot Tu-154M, którym na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej leciała delegacja najważniejszych przedstawicieli państwa polskiego. W tej katastrofie, bezprecedensowej w skali świata, zginęło 96 reprezentantów polskiej elity, a wśród nich: prezydent RP Lech Kaczyński i jego żona Maria, ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski, wicemarszałkowie Sejmu Krzysztof Putra i Jerzy Szmajdziński, wicemarszałek Senatu Krystyna Bochenek, grupa parlamentarzystów PiS, PO, SLD i PSL, dowódcy wszystkich rodzajów Sił Zbrojnych RP oraz szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego gen. Franciszek Gągor, szefowie instytucji państwowych, między innymi prezes NBP Sławomir Skrzypek, prezes IPN Janusz Kurtyka, rzecznik praw obywatelskich Janusz Kochanowski, urzędnicy Kancelarii Prezydenta RP, w tym jej szef Władysław Stasiak, wiceministrowie spraw zagranicznych, obrony narodowej oraz kultury, duchowni, przedstawiciele organizacji kombatanckich i społecznych, a także załoga samolotu.

Śledztwo oddane Rosji

Smutne jest to, że cztery lata po tragedii lista ofiar to właściwie jedyny niepodważalny fakt. Wszystkie inne kwestie, w tym tak podstawowe, delikatne i bolesne,
jak identyfikacja zmarłych, stan trzeźwości delegacji czy ostatnie słowa wypowiadane przez pilotów, nadal są poddawane manipulacjom, a niekiedy ewidentnym fałszom. Dlaczego tak się dzieje? Nie brak opinii, że praprzyczyną tej sytuacji są błędne decyzje i zaniechania polskich władz w sprawie śledztwa, które powinno wyjaśnić okoliczności smoleńskiej katastrofy. Kluczowe dochodzenie zostało oddane w ręce Rosjan, w następstwie czego do dzisiaj strona polska nie otrzymała nawet podstawowych dowodów rzeczowych, czyli wraku rozbitego Tu-154M i czarnych skrzynek (rejestratorów parametrów lotu), bez których nie może być mowy o rzetelnym dojściu do prawdy. Wrak tupolewa już cztery zimy przeleżał w Rosji, gdzie najpierw gnił pod gołym niebem i był świadomie niszczony (rosyjscy funkcjonariusze wybili łomem jedno z okien i pocięli piłami elektrycznymi fragmenty kadłuba, co uwieczniła kamera TVP), a potem został umyty i przemieszczony pod brezentową wiatę. Rosjanie mogą postępować z dużą dowolnością, gdyż polski rząd dał im wolną rękę, godząc się na badanie przez nich katastrofy na podstawie konwencji chicagowskiej z 1944 r. o lotnictwie cywilnym. Tymczasem – twierdzą oponenci – ustalenia powinny być prowadzone wspólnie na podstawie art. 11 Porozumienia między Ministerstwem Obrony Narodowej RP a Ministerstwem Obrony Federacji Rosyjskiej (z 7 lipca 1993 r.) o zasadach ruchu lotniczego wojskowych statków powietrznych w przestrzeni obu państw. Rządowy Tu-154M, o numerze bocznym 101, nie był bowiem samolotem cywilnym, lecz wojskowym, należącym do 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego (SPLT), a trzon jego załogi stanowili żołnierze.

Jak MAK-iem zasiał

Co więcej, według polskich przepisów feralny lot tupolewa do Smoleńska miał międzynarodowy status HEAD, będący sygnałem dla służb kontroli ruchu lotniczego, że na pokładzie wojskowej maszyny znajdują się najważniejsze osoby w państwie. Dla Rosjan był to tymczasem niższej rangi lot nieregularny kategorii „A”. Polacy na tę kwalifikację nie mieli wpływu, a tym bardziej na poczynania powołanej ad hoc przez ówczesnego prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa specjalnej komisji rządowej ds. zbadania przyczyn katastrofy na czele z ówczesnym premierem Władimirem Putinem, podobnie jak na kierunki śledztwa, które podjął Komitet Śledczy przy Prokuraturze Generalnej Rosji pod przewodnictwem gen. Aleksandra Bastrykina, ani nawet na postępowanie Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK), czyli organu Wspólnoty Niepodległych Państw, przy którym jako przedstawiciel Polski został akredytowany płk. Edmund Klich. MAK od początku ściśle współdziałał z rosyjskim Ministerstwem Obrony, a jego pracami kierowała przewodnicząca gen. Tatiana Anodina, uchodząca za zaufanego człowieka Władimira Putina. Zapewnienia strony rosyjskiej o gotowości współpracy i pomocy prawnej okazały się złudne. Już w lipcu 2010 r. płk. Klich poprosił o wyjaśnienia, dlaczego Rosjanie nie przekazują do Polski stosownych dokumentów, a nawet skierował w tej sprawie list do przewodniczącej MAK i wystosował oficjalny protest, na który jednak nie otrzymał odpowiedzi.

Festiwal dezinformacji

Co pozostało stronie polskiej? W kraju toczą się dwa rodzaje postępowań: wojskowe i cywilne. Już 10 kwietnia 2010 r. śledztwo wszczęła Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie, czym zresztą potwierdziła fakt, że katastrofie uległ samolot wojskowy. Prokuratorzy z armii, ustalając rolę żołnierzy w kwietniowej tragedii, przedstawili dwóm oficerom 36. SPLT zarzuty „niedopełnienia obowiązków służbowych związanych z organizacją lotu do Smoleńska”. Z głównego śledztwa wyłączono wątek osób cywilnych, lecz Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga, która się nim zajęła, umorzyła to śledztwo w lipcu 2012 r. Niezależnie od działań prokuratorskich ustalaniem przyczyn katastrofy smoleńskiej zajęła się również Komisja Badania Wypadków Lotniczych powołana przez MON. Prześwietla ona wypadki samolotów wojskowych, ale nie orzeka o winie i odpowiedzialności. Generalnie z wszystkich tych postępowań niewiele dotychczas wynikło, gdyż polscy śledczy i eksperci nie dysponują ani kluczowymi dowodami (wrak i czarne skrzynki), ani nawet pełną dokumentacją, w tym dokładnymi raportami z sekcji zwłok ofiar. 

Prokurator generalny Andrzej Seremet parokrotnie wyrażał rozczarowanie tempem przekazywania przez stronę rosyjską materiałów. I otwarcie dawał do zrozumienia, że bez nich nie nastąpi postęp w polskim śledztwie. Ktoś najwidoczniej uznał jednak, że nie mają większego znaczenia zweryfikowane wyniki badań – prowadzonych czy to przez stronę rosyjską, czy przez polską – skoro już w pierwszych minutach po katastrofie rozpoczął się (i trwa nadal) festiwal dezinformacji w postaci tyleż sensacyjnych, co niekorzystnych dla Polski i ofiar katastrofy, doniesień medialnych. Przykre, że wiele propagandowych tez powieliła w swym raporcie komisja ministra Jerzego Millera. Bo choć poddała krytyce kontrolerów lotu w Smoleńsku, to główną winą obciążyła stronę polską, zwłaszcza pilotów. Tak jak uczyniła to Rosja.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...