Kochać „jak siebie samego” (Łk 10,27) - czy to wystarczy?

Zeszyty karmelitańskie 1/2014

Dawne przykazanie w Jezusowej interpretacji

 

„Po co w ogóle zaczynałem tę rozmowę?” – pomyślał pewnie skryba, spoglądając niepewnie spod grubych szkieł swych okularów. Problem nie tkwi w tym, kto jest moim bliźnim, ale dla kogo ja mogę okazać się znakiem miłosierdzia.

Jezus stawia skrybę w dość kłopotliwej sytuacji. Sugeruje mu, że bliźni nie jest przedmiotem działania, nie jest obiektem wymagającym troski – jest osobą. Jezus przesuwa punkt ciężkości – to nie ja stoję w centrum, lecz bliźni. To nie ja jestem miernikiem rzeczy, lecz potrzeby drugiego. To nie wokół mnie toczy się świat, lecz ja mam obracać się wokół spraw innych.

Poprzez przypowieść, która ma naprowadzić skrybę na właściwą odpowiedź, Jezus uczy, że człowiek, zamiast pytać, kto jest jego bliźnim, winien raczej sam okazać się bliźnim dla innych. Bliźni bowiem nie jest przedmiotem definicji, ale dynamicznej relacji, którą należy podjąć.

Bliźni przybywa niespodziewanie. I nie zawsze jest to miła niespodzianka. Bliźni jest często mało taktowny. Nie dość, że nie zapowiada swego przybycia, że nie umawia się wcześniej, to jeszcze chce, bym poświęcił mu więcej czasu, niż mogę dać. I to czasu, który najchętniej zachowałbym dla siebie.

Najpopularniejszą formą komunikacji jest dialog. Właśnie dialog stanowi łożysko, w które wpleciona została – jak drogocenna złota nić w atłasowy materiał – Jezusowa przypowieść o miłosiernym Samarytaninie (Łk 10,25-37). Jezus rozmawia z uczonym w Piśmie, który jest zatroskany o osiągnięcie życia wiecznego. Najpewniejsza droga – tłumaczy Jezus – to zachowanie przykazania miłości Boga i bliźniego: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem, a bliźniego swego jak siebie samego” (Łk 10,27). Najbardziej kłopotliwy okazuje się ostatni nakaz tego przykazania, gdyż pojawia się problem z definicją „bliźniego”. „Kto jest moim bliźnim?” (Łk 10,29) – pyta skryba Jezusa. Cała scena skonstruowana została w mistrzowski sposób, typowo po żydowsku – „pytanie za pytanie”. Mamy ich aż cztery: pytanie skryby („Co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?”) i w odpowiedzi pytanie Jezusa („Co jest napisane w Prawie?”), znów pytanie uczonego w Piśmie („Kto jest moim bliźnim?) i znów pytanie Jezusa („Który z tych trzech, według twego zdania, okazał się bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?”). Ta prosta metoda służy Jezusowi zmianie kierunku myślenia Jego rozmówcy. Bo pytania człowieka są często wąskie, a Boże odpowiedzi szerokie jak otwarta przestrzeń nad oceanem.

Nieudana prowokacja

Uczony w Piśmie, przypuszczalnie o proweniencji faryzejskiej, wypytuje Jezusa o życie wieczne i o to, kogo uważać za bliźniego. Jezus nie odpowiada wprost. Posługuje się obrazem – przypowieścią o miłosiernym Samarytaninie. Alojzy Henel mawiał, że prawdę można mówić tylko mądrym ludziom, dla innych trzeba mieć dobre słowo. Jeśli skryba należał do ludzi mądrych, doskonale odczytał znaczenie owego obrazu. Z całą pewnością uczeni w Prawie nie lubili Samarytan, a więc dobór bohatera przypowieści jest jawną prowokacją ze strony Jezusa. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że wcześniej kapłan i lewita – osoby publicznie szanowane – którzy minęli poszkodowanego leżącego przy drodze, nie okazując mu żadnej pomocy, ukazani zostali jako bohaterowie negatywni. Zresztą tak prowokacyjna odpowiedź jest tylko dostosowaniem się do konwencji narzuconej przez pytającego. Ewangelista notuje, że chciał on wystawić Jezusa na próbę.

Jezus stawia jasne pytanie: „Kto okazał się bliźnim?”. Odpowiedź narzuca się sama: Samarytanin! Jednak takie słowo w ustach uczonego w Piśmie brzmiałoby niczym bluźnierstwo. Jezus prowokuje do wypowiedzenia go, jednak rezolutny skryba skrzętnie unika wypowiedzenia tak strasznego słowa. „Ten, który mu okazał miłosierdzie” (Łk 10,37) – mówi. Definicja opisowa wydaje się właściwsza niż słowo brudzące usta. Prowokacja się nie udała. Nie padło to plugawe słowo, które nie mogło przejść przez gardło rozmówcy Jezusa. Ale pewnie w tym momencie na ustach Jezusa pojawił się uśmiech. To najbardziej naturalna i spontaniczna reakcja na widok wijącego się w umizgach skryby, który nie potrafi wyzbyć się uprzedzeń. A później, jakby gwóźdź do trumny, pada nakaz naśladowania tego zaprzańca: „Idź i czyń podobnie!” (Łk 10,37).

Nie wystarczy wzruszyć się historią niesprawiedliwie pobitego człowieka. Nie wystarczy też uronić łzę nad jego losem. Nie wystarczy wsłuchać się w szelest kartek, na których zapisano „będziesz miłował bliźniego”. Nie wystarczy spojrzenie trafnie oceniające sytuację rannego – właściwym jej rozwiązaniem jest dopiero dźwięk kroków w jego kierunku. Rozmówca Jezusa chciał wiedzieć, kto jest jego bliźnim. Jezus powiedział mu, dokąd ma iść, by wiedzę tę zyskać. I nie wskazał wcale na pobliską bibliotekę.

Kto jest moim bliźnim?

Kleryków nowojorskiego seminarium poproszono pewnego razu o przygotowanie rozważań na temat przypowieści o miłosiernym Samarytaninie. Z iście amerykańskim zapałem zabrali się do pracy. Kiedy rozważania były gotowe, prowadzący poprosił ich o wejście do budynku, w którym mieści się studio telewizyjne. Ich wystąpienia miały zostać zarejestrowane. Na drodze łączącej oba budynki leżał ucharakteryzowany aktor – żebrak, który błagał o pomoc. Cztery piąte seminarzystów widząc go, nie okazało żadnej reakcji. Kto więc jest bliźnim?

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama