Renata

Zeszyty karmelitańskie 1/2014

Moje relacje z innymi od zawsze były trudne. Dorastałam w rodzinie, w której przemoc, agresja i lęk, wzajemne krzywdzenie, dramat i silne emocje były codziennie na bardzo wysokim poziomie. Paradoksalnie były tym, co ją stanowiło i wiązało. Jednak wiązało w sposób bolesny i raniący. W chwilach spadku napięcia, większego spokoju w domu panował dogłębny smutek, żal, beznadzieja. Kochałam moją rodzinę „z daleka” i w taki też sposób w pewnym sensie byłam kochana.

 

Nie potrafię odnaleźć się w żadnym gronie osób. Dorastałam w zasadzie w izolacji od innych, ale też od samej siebie. Mówię tak, ponieważ bardzo rzadko pojawia się we mnie stan dobrego wewnętrznego samopoczucia związanego z tym, że istnieję i jestem sobą. Łatwiej mi moje typowe samopoczucie określić negatywnie – jako poczucie obcości, dystansu oraz chłód i ogólny dyskomfort związany z tym, że ja to ja.

Wycofanie i opozycja wobec innych zawsze wykluczają równość, która z kolei jest czymś ważnym we wspólnocie. Ten brak równości w moim przypadku oznaczał, że jestem gorsza od innych. Siebie postrzegałam jako, gdzieś tam w środku, złą i niegodną, natomiast innych jako dobrych, bardziej zasługujących na miłość, uwagę, sympatię, przytulenie. I rzeczywiście, życie jakoś tak się układało, że to bycie gorszą było w nie w zawsze wpisane.

Moim kontaktom towarzyszy przekonanie, że nie da się mnie lubić ani kochać, oraz lęk, że skoro ktoś mnie lubi, to musiałam go bardzo oszukać i zmanipulować i dostaję jego uczucia „na kredyt”. Zakładam, że wcześniej czy później przyjdzie rozczarowanie, zobojętnienie i moja wstydliwa bezradność.

Nie jest mi łatwo w relacjach z drugim człowiekiem. Nie jest mi łatwo kochać Pana Boga w drugim człowieku. Nie jest mi łatwo kochać w ogóle, jeśli objąć tym słowem wszystko to, co jest związane z byciem „z” i z byciem „wśród”, czy z byciem „razem” z innymi. 

Nie potrafię odnaleźć się w żadnym gronie osób. Dorastałam w zasadzie w izolacji od innych, ale też od samej siebie. Mówię tak, ponieważ bardzo rzadko pojawia się we mnie stan dobrego wewnętrznego samopoczucia związanego z tym, że istnieję i jestem sobą. Łatwiej mi moje typowe samopoczucie określić negatywnie – jako poczucie obcości, dystansu oraz chłód i ogólny dyskomfort związany z tym, że ja to ja. To jest też trochę tak, jak gdybym nie miała korzenia ani bezpiecznego „zakotwiczenia” w samej sobie. Te odczucia odzywają się we mnie szczególnie w relacjach z innymi i tworzą we mnie nastawienie, swoisty modus, z którym kontaktuję się z innymi: jestem ja, wielka przestrzeń nie do pokonania i dopiero drugi człowiek.

Moje relacje z innymi od zawsze były trudne. Dorastałam w rodzinie, w której przemoc, agresja i lęk, wzajemne krzywdzenie, dramat i silne emocje były codziennie na bardzo wysokim poziomie.  Paradoksalnie były tym, co ją stanowiło i wiązało. Jednak wiązało w sposób bolesny i raniący. W chwilach spadku napięcia, większego spokoju w domu panował dogłębny smutek, żal, beznadzieja. Kochałam moją rodzinę „z daleka” i w taki też sposób w pewnym sensie byłam kochana. Moja matka zawsze mówiła do mnie z drugiego końca pokoju, nigdy np. siedząc obok mnie. O bliskość fizyczną zabiegałam długo, praktycznie do dorosłości, pomimo notorycznych odtrąceń. Do dziś potrafię ich kochać tylko „z daleka”. Rodzina w jakimś sensie się zmieniła. Rodzicie mieszkają już sami, są coraz starsi, wymagają większej opieki. Teraz już, nie tak jak kiedyś, mama patrzy na mnie z uznaniem. Czasem wydaje mi się, że mnie potrzebuje. Chcę dla nich jak najlepiej, myślę o nich czule. Jednak kontakt z nimi zagraża mi w jakiś sposób, bliskość wydaje mi się niebezpieczna, uciekam od nich, mam wyrzuty sumienia.

W domu wycofanie było dla mnie ochroną, obroną i ratunkiem. Za wszelką cenę nie chciałam uczestniczyć w tym, co się w nim działo, bo to mnie niszczyło i osłabiało, oblepiało brudem. Kształtowałam się na bazie „inności” – nie chciałam być taka jak rodzice i agresywne rodzeństwo. Każda awantura, wrzask, atak przemocy skierowane na mnie powodowały lęk, że się rozpadnę. Nie potrafię tego dokładnie opisać, jednak mijało kilka dni, zanim udawało mi się wyjść z dziwnej martwicy i paraliżu.

Kształtowałam się więc w opozycji do najbliższych i innych ludzi. I na „tajemnicy”, która mnie stanowiła, i którą zawsze musiałam mieć, bo była moją ucieczką i nadzieją, a w końcu w zasadzie tożsamością. Myślę, że dlatego dziś nie potrafię dzielić się z drugim człowiekiem tym co dobre i ważne, np. swoją wiarą czy książką, która mi pomaga itp. Ostrożnie analizuję to, co daję innym, np. ilość podnoszących na duchu treści. Po prostu w jakiś irracjonalny sposób boję się, że zniknę, gdy oddam to, czego się kurczowo trzymam, i nic już dla mnie nie zostanie.

Wycofanie i opozycja wobec innych zawsze wykluczają równość, która z kolei jest czymś ważnym we wspólnocie. Ten brak równości w moim przypadku oznaczał, że jestem gorsza od innych. Siebie postrzegałam jako, gdzieś tam w środku, złą i niegodną, natomiast innych jako dobrych, bardziej zasługujących na miłość, uwagę, sympatię, przytulenie. I rzeczywiście, życie jakoś tak się układało, że to bycie gorszą było w nie w zawsze wpisane.

Stało się tak w moim życiu, że byłam inna. Jestem inna. Dziś już słowa kierowane do mnie lub o mnie, że jestem „inna”, „specyficzna”, nie bolą już tak bardzo jak dawniej, ale do niedawna jeszcze raniły, nawet jeśli były wypowiedziane z sympatią. Ta nieokreślona „inność” składała się na moje problemy z przystosowaniem. Tak się po prostu działo. Jak w jakiejś klątwie. Zawsze bardzo starałam się być normalna, taka jak inni, i być razem z innymi. Jednak zawsze, po prostu zawsze, kończyło się tak, że w końcu byłam wykluczana z grupy – na podwórku, w klasie szkolnej, na studiach, w pracy. Doświadczałam nie tylko lekceważenia, ale też wielu innych rzeczy, przez które wydawało mi się, że mogłabym się „rozpaść”, gdyby nie moja umiejętność wycofywania się i tworzenia muru między sobą i innymi. To były obrzydliwe plotki, pokrzykiwania (nawet przez osoby ode mnie młodsze lub pracujące na dużo niższych stanowiskach, słabiej wykształcone), niesprawiedliwe oskarżenia, pogardliwe traktowanie, różnego rodzaju szykany i podłości o różnym stopniu wyrafinowania. Nigdy nie wiedziałam, dlaczego tak się dzieje, co jest tego przyczyną. Byłam dla każdego miła, uprzejma i pomocna. Nie robiłam nic złego. Ale byłam też bojaźliwa w kontakcie, nieporadna, kanciasta i niepewna siebie. Odczuwałam po prostu lęk przed ludźmi i czułam się niestabilnie, bez żadnego oparcia, słaba…

Nauczona, że nie mam szans wejść w towarzystwo, wolałam się nie wpraszać, by nie narażać się na śmieszność. By nikt nie odkrył mojego wstydu spowodowanego tym, że jestem tą, której nikt nie lubi, i że nie mam takich doświadczeń jak rówieśnicy. Często, jak się później dowiadywałam, moje wewnętrzne ukrycie i ucieczka traktowane było, o ironio, jako lekceważenie, nonszalancja i wyższość. Naprawdę bolały mnie te zarzuty, bo chciałam być dobra. Ale był to kolejny powód do ataków na mnie, a ja tę nonszalancję i wyższość w końcu zaczęłam okazywać swoim oprawcom. Bo na nic innego nie było mnie stać. Czułam złość, pogardę i nienawiść, co tylko nakręcało spiralę agresji, w której i tak zawsze ja byłam tą, która przegrywa.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama