Wygrane życie

Przewodnik Katolicki 16/2014

O Zbigniewie Romaszewskim nigdy nie mówiło się w liczbie pojedynczej. Powtarzało się zawsze: „Romaszewscy”. I nawet dzisiaj, niecałe dwa miesiące od niespodziewanej śmierci wybitnego polityka i działacza społecznego, wspominając go, używa się cały czas liczby mnogiej.

 

Scena z kampanii wyborczej w 1989 r.: grupa antykomunistycznych opozycjonistów podnosi ręce w geście słynnej solidarnościowej wiktorii. Wysoko, najwyżej ze wszystkich, unosi ułożone w charakterystyczny znak palce Zbigniew Romaszewski. Ta utrwalona na zdjęciu chwila mówi w zasadzie wszystko o cechach charakteru Zbigniewa Romaszewskiego. A właściwie nie tylko o nim.

Przedwojenne klimaty

Dom państwa Romaszewskich chyba nigdy nie był typowo opozycyjnym domem. Najpierw był to przede wszystkim normalny, inteligencki, warszawski dom, w którym największą wagę przywiązywało się do pielęgnowania wzajemnych relacji.– Staraliśmy się w całym tym peerelowskim absurdzie prowadzić w miarę możliwości normalne życie. Przyjmowaliśmy gości, urządzaliśmy przyjęcia, jeździliśmy w Tatry, chodziliśmy na wycieczki. Kiedyś z grupą znajomych siedliśmy i napisaliśmy satyryczną szopkę o nas samych. Agnieszka robiła do niej kukiełki i wystawialiśmy potem szopkę w przedpokoju. Takie trochę przedwojenne klimaty – wspomina Zofia Romaszewska, która swojego przyszłego męża poznała jeszcze w czasach licealnych. Oboje studiowali fizykę, oboje kochali Tatry, oboje wychowali się w porządnych, patriotycznych rodzinach. I oboje nie zamierzali udawać, że PRL to normalna Polska. Agnieszka Romaszewska-Guzy nie ma jednak poczucia, że opozycyjna biografia rodziców zabrała jej dzieciństwo. Wręcz przeciwnie – rodzice poświęcili jej mnóstwo czasu i uwagi. – Do 12. roku życia miałam urządzane imieniny z balem przebierańców. Mama i jej przyjaciółka szyły na tę okazję kostiumy, a wszystkie dzieci były obowiązkowo w nie przebierane. Każde takie imieniny miały swój motyw przewodni np. spotkanie na Dzikim Zachodzie. Mama była guwernantką, tata w kapeluszu kowbojskim i ścierce zatkniętej za pasek dżinsów odgrywał rolę barmana w saloonie. Używaliśmy wyciętych z blachy złotych pieniędzy, za które mogliśmy sobie kupować „drinki”. Zabawa była wspaniała – opowiada córka Romaszewskich.

Do tego bezpiecznego świata co jakiś czas przedostawały się jednak zupełnie inne sygnały z zewnątrz. W mieszkaniu matki Zofii Romaszewskiej przez pewien czas pomieszkiwał były adiutant marszałka Piłsudskiego, pisarz January Grzędziński, za którym chodzili esbecy w charakterystycznych ortalionowych płaszczach. – Mówiło się o nich „tajniacy”. Któregoś dnia wychodząc z babcią na spacer, pokazałam na tych panów, mówiąc: „Patrz babciu, tajniacy, tajniacy”. Jako kilkuletnia dziewczynka wykazałam się więc kompletnym niezrozumieniem zasad konspiracji – śmieje się Agnieszka Romaszewska-Guzy, dziś ceniona dziennikarka i dyrektorka telewizji Biełsat TV.

Wychowanie przez osmozę

Pierwsze naprawdę poważne symptomy tego, że polityka już wkrótce wejdzie na całego w zorganizowane życie domu Romaszewskich, pojawiły się w marcu 1968 r. Jeszcze wcześniej rodzice Agnieszki Romaszewskiej zbierali podpisy pod petycją pracowników nauki w obronie relegowanego z Uniwersytetu Warszawskiego Adama Michnika. W czasie wydarzeń marcowych Zbigniew Romaszewski był jednak na stypendium naukowym w Moskwie. Na uczelniane strajki chodziła więc jego żona w towarzystwie swojej przyjaciółki Basi, zarazem matki chrzestnej Agnieszki. – Która z was dostała wtedy milicyjną pałą? Ty czy Basia? – upewnia się Agnieszka Romaszewska-Guzy. – Basia, Basia – kiwa głową pani Zofia. Po tych wydarzeniach sześcioletnia wówczas Agnieszka napisała do taty list, w którym wielkimi dziecięcymi kulfonami oznajmiła: „Kochany tatusiu, u nas studenci wyszli na ulicę”. – Moja babcia zobaczyła to, przestraszyła się i powiedziała: „Agusiu, co ty wypisujesz do tej Moskwy?! Czułam się urażona: Przecież napisałam wszystko, jak jest. Tak, jak rozmawiają między sobą dorośli” – wspomina Agnieszka Romaszewska-Guzy, podkreślając, że wychowywała się w domu przez klasyczną osmozę. U Romaszewskich nie było bowiem długich kazań ani pouczeń – rodzice wychowywali ją po prostu przykładem własnego życia. A to, co działo się wówczas w ich domu, było zaiste niezwykłe. Mieszkanie Romaszewskich na warszawskiej Ochocie coraz częściej bywało bowiem bazą, miejscem spotkań i debat ludzi nastawionych bardzo krytycznie do PRL-u. Mała Agnieszka chłonęła to wszystko niezwykle chciwie, siadała obok, przysłuchiwała się i dużo, dużo czytała: od Kamieni na szaniec – które w domowej biblioteczce Romaszewskich znalazły się jeszcze w wydaniu okupacyjnym, gdzie „Zośka” występuje jako „Staśka” – aż po coraz bardziej nieprawomyślne politycznie lektury. A kiedy przyszedł rok 1976, Agnieszka Romaszewska była już na tyle wychowana i ukształtowana, że jej rodzice mogli niemal bez reszty poświęcić się działalności opozycyjnej.

PRL od kuchni

Po protestach robotniczych w 1976 r. Zofia i Zbigniew Romaszewscy zaczęli jeździć do Radomia i organizować pomoc dla prześladowanych, bitych i wyrzucanych z pracy robotników. To był początek Komitetu Obrony Robotników. – To, co zobaczyliśmy w Radomiu, było dla nas szokiem. Nie tylko ze względu na brutalność milicji. Ujrzeliśmy od podszewki, jak naprawdę wygląda PRL. Wcześniej ciągle się mówiło, że mamy socjalizm, więc zarobki są wszędzie takie same, tymczasem na miejscu okazało się, że w radomskich fabrykach – dokładnie takich samych jak w Warszawie – zarabia się o połowę mniej. Zobaczyłam wtedy biedę, jakiej nigdy wcześniej nie widziałam na oczy. No i ten robotniczy Radom był niewyobrażalnie pijanym miastem. Wszystko to zrobiło na nas bardzo przygnębiające wrażenie – opowiada Zofia Romaszewska. To wtedy Zbigniew Romaszewski tylko w okresie od czerwca 1976 r. do stycznia 1977 r. odwiedził Radom aż 43 razy. – Bardzo mało spaliśmy, bardzo dużo pracowaliśmy – kwituje pani Zofia, która w tym czasie stała już na czele Biura Interwencji KOR, koordynującego pomoc dla osób represjonowanych przez władze PRL. Czy w takich warunkach dało się prowadzić normalne życie? Zofia Romaszewska zdecydowanie ucina: – Wręcz należało prowadzić normalne życie! Ja starałam się zminimalizować to opozycyjne wariactwo na rzecz mieszczańskiej rutyny, tak aby rodzina jak najmniej na tym wszystkim ucierpiała. Prowadziłam dom, udzielaliśmy korepetycji, Agnieszka chodziła do szkoły. Było w miarę normalnie – dodaje. Owszem normalnie, gdyby nie jeden szczegół: Romaszewscy stali się prawdopodobnie najlepiej poinformowanymi na świecie ludźmi w zakresie łamania praw człowieka przez komunistyczny reżim PRL.

Głuchy telefon

Potem był krótki karnawał „Solidarności”, a po nim nastała ponura noc stanu wojennego. Kiedy 13 grudnia esbecy zapukali do drzwi mieszkania Romaszewskich, w domu była tylko córka Agnieszka, wtedy studentka. Została internowana niejako za rodziców. – Wywieźli mnie do obozu internowania w Olszynce Grochowskiej, Gołdapi i na koniec do Darłówka. Nie wiedziałam, co się dzieje z rodzicami, wiedziałam tylko, że są na wolności i ukrywają się – wspomina. Kiedy po pięciu miesiącach wypuszczono ją na przepustkę ze względu na stan zdrowia, jedną z pierwszych rzeczy. jaką wówczas usłyszała, było dobiegające z radiowego eteru: „Tu Radio Solidarność, tu Radio Solidarność”. Od razu poznała głos mamy. Dziś mówi, że jej wypuszczenie było zapewne próbą złapania ukrywających się nadal rodziców. Okazja była rzeczywiście doskonała: Agnieszka Romaszewska miała wkrótce wziąć ślub ze swoim narzeczonym, Jarosławem Guzym, który także był w tym czasie internowany i specjalnie na tę okoliczność dostał trzydniową przepustkę. – Mama i tata oczywiście nie mogli przyjść na ślub. Dostaliśmy przez kogoś bukiet róż od rodziców, a potem szepnięto mi do ucha, żebym zadzwoniła do znajomej i dokładnie jej opowiedziała, jak wyglądał nasz ślub. Wiedziałam, że mama będzie słuchała z drugiego telefonu, ale nie mogłyśmy się do siebie odezwać ani jednym słowem – wzdycha córka Romaszewskich. Jej miodowy miesiąc nie trwał nawet tygodnia – wkrótce po ślubie Jarosław Guzy powędrował ponownie za kratki interny. Kilka miesięcy później aresztowano także jej rodziców. Peerelowski sąd skazał za działalność antypaństwową Zofię Romaszewską na trzy lata więzienia, a Zbigniewa Romaszewskiego na 4,5 roku. Oboje wyszli na wolność dzięki kolejnym amnestiom w 1983 i w 1984 r.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama