Spowiednik mimo woli

List - numer specjalny 2014

W XIX w. Ars było małą miejscowością, liczącą zaledwie 230 mieszkańców. Do znajdują¬cego się na obrzeżach małego kościółka przychodziło kilka osób, dlatego nie było tam nawet parafii. Młody kapłan Jan został tam mianowany proboszczem po trzech latach spędzonych w oddalonym ok. 30 km Ecully. Zapewne nie spodziewał się, że w tym miejscu spędzi 41 lat swojego życia.

Jan Vianney urodził się w 1786 r., we wsi nie­opodal Lyonu. W 1799 r., podczas Rewolucji Francuskiej, potajemnie przystąpił do Pierw­szej Komunii. Były to dość ciężkie czasy dla Kościoła katolickiego - prześladowano księ­ży, utrudniano spełnianie praktyk religijnych i sprawowanie kultu. Rewolucja miała też nega­tywny wpływ na szkolnictwo - m.in. zamyka­no szkoły parafialne - dlatego młody Vianney nauczył się czytać i pisać dopiero, gdy miał 17 lat. Powołanie Jana kształtowało się od mło­dości, w dużej mierze pod wpływem znajome­go proboszcza, u którego przez dziesięć lat pobierał lekcje łaciny. Niestety bezskutecznie. Nauka nigdy nie była jego mocną stroną.

W młodości Jan Vianney zapadł na ciężką chorobę, która uchroniła go od wojska, ale nie przeszkodziła mu wstąpić do wyższego semi­narium duchownego w Lyonie. Klerykiem zo­stał w 1811 r. Wątłe zdrowie i duże problemy w nauce sprawiły, że dwa razy był usuwany z listy alumnów. Jednak ostatecznie - głównie dzięki interwencji swojego proboszcza - zo­stał dopuszczony do świeceń kapłańskich. W wieku 29 lat, w 1815 r. został księdzem. „My­ślę - powiedział później po latach - że Pan chciał wybrać najbardziej ograniczonego czło­wieka ze wszystkich parafii, aby dać najwięcej dobra. Nie znalazł nikogo gorszego na moje miejsce, okazał więc swoje wielkie miłosier­dzie mnie". Przez trzy lata był w Ecully wika­riuszem, potem został przeniesiony do Ars.

W Ars-en-Dembes

Żył bardzo biednie. Za łóżko służyły mu zwy­kłe deski, sypiał zaledwie po kilka godzin -niekiedy tylko dwie, trzy. Dużo czasu spędzał na modlitwie przed Najświętszym Sakramen­tem, a kiedy w 1824 r. otwarto w wiosce szko­łę, zaczął katechizować. Powoli zjednywał sobie ludzi swoją uprzej­mością i otwartością. Garstka wiernych, któ­rzy przychodzili na odprawiane przez nowego księdza Msze, szybko przekształciła się w sporą grupę ludzi. Co ich tak przyciągało? Być może prostota nowego księdza, jego rady­kalny styl życia: drastyczne posty (po jakimś czasie zakazane przez biskupa i lekarza), umartwienia, sypialnia urządzona w piwnicy, potargane spodnie wystające spod sutanny... A może po prostu jego głęboka wiara? Tak czy inaczej, widząc, że ks. Vianney „nieźle so­bie radzi", miejscowy biskup zdecydował, by utworzyć w Ars parafię.

Z miesiąca na miesiąc kościółek zapełniał się coraz bardziej. Ludzie przychodzili już nie tylko w niedzielę i święta, ale też w dni po­wszednie. Rosła też liczba przystępujących do sakramentów… Z zewnątrz wszystko wy­glądało imponująco, parafia się rozrastała i tętniła życiem, jednak młody ksiądz widział to inaczej. Bardziej przejmował się tymi, którzy wciąż byli poza Kościołem, niż tymi, których udało mu się do niego przyprowadzić. Uwa­żał, że się nie nadaje, że za mało się stara. Chciał zrezygnować z bycia proboszczem. Kiedy jego prośby o przeniesienie okazały się bezskuteczne, uciekł nawet do klasztoru. Wszystko to nadaremnie. Posłuszny biskupo­wi, musiał powrócić do Ars…

Niezmiennie narzucał sobie bardzo surową dyscyplinę. Wstawał o 1.00 w nocy i szedł do kościoła, by modlić się przed Najświętszym Sakramentem. Już wtedy czekały na niego kobiety, potrzebujące spowiedzi. Jeśli widział, że penitentek jest dużo, po pół godzinie wcho­dził do konfesjonału i zaczynał spowiadać. Zimą, kiedy tłum był mniejszy, mógł się dłużej modlić. Spowiedzi słuchał do 6.00 rano, po­tem odprawiał Mszę św. a po niej przez długi czas trwał w dziękczynieniu. Gdy przychodził do zakrystii, też nie miał chwili wytchnienia. Błogosławił medaliki, różańce, święte obrazki, a następnie spowiadał mężczyzn. O godzinie 10.00 odmawiał brewiarz i po ok. dwudzie­stu minutach wracał do spowiadania; o 11.00 znów miał „przerwę" na katechizowanie dzie­ci. Około południa, mimo czekających na spo­tkanie z nim ludzi, zamykał się w zakrystii, po­tem wracał do kościoła spowiadać kobiety (do 17.00) i mężczyzn (do ok. 20.00). Jeśli ktoś pozostał jeszcze w kościele, to wspólnie z proboszczem mógł odmówić różaniec i modli­twę wieczorną. Na plebanię ks. Vianney wra­cał przed 21.00 i jeszcze przez godzinę spo­tykał się z wiernymi. Potem modlił się i szedł spać. Po trzech godzinach wstawał...

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

TAGI| SPOWIEDNIK

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama