Zwykły i niezwykły

La Salette.Posłaniec Matki Boskiej Saletyńskiej 2/2014

Wszystko zaczęło się w roku 1949, kiedy młody ksiądz zaczął dla studentów głosić konferencje, odprawiać Msze św. Ksiądz Karol Wojtyła pomagał im rozwiązywać problemy, poznawał ich rodziny. Zaistniała potrzeba wspólnego spędzania wolnego czasu. Młody ksiądz stał się autorytetem dla grupy nazywanej wtedy „Rodzinką”. W miarę jak ludzie kończyli studia, a przyjaźnie zamieniały się w miłość, Wujek błogosławił kolejne małżeństwa, a potem chrzcił ich dzieci. Rodzinka rozrastała się przez kolejne małżeństwa i dobieranych przyjaciół i tak stała się „Środowiskiem”.

 

Kajaki z Wujkiem

Mój mąż Mieczysław i ja znaleźliśmy się w Środowisku ok. 1963 roku dzięki Jerzemu Ciesielskiemu, którego poznaliśmy już dawniej, a który długo nas sprawdzał zanim zostaliśmy dopuszczeni do bardzo ograniczonej i „zakonspirowanej” grupy. Byliśmy wtedy małżeństwem od 8 lat i rodzicami 4 dzieci, natomiast Wujek był już arcybiskupem i przezwyciężenie onieśmielenia wobec takiej OSOBY było dla nas początkowo trudne. Pierwsza nasza wyprawa kajakowa (w 1964 roku) odbyła się na Słupi. Rzeka była trudna, w wielu miejscach przegrodzona powalonymi drzewami, które mój mąż, wtedy młody i silny, przerąbywał siekierą, a Wujek powiedział: „Miecio torował nam drogę”. Kiedy mój mąż chciał w 1967 roku zabrać ze sobą naszego syna, spotkało się to z obawami innych uczestników o to, czy dziecko (Wojtek miał wtedy 11 lat) dobrze zniesie trudy obozowania i czy nie zdekonspiruje obecności Wujka z nami wobec obcych. Wujek był tą osobą, która bez żadnych obaw zgodziła się na udział Wojtka i w ten sposób zaczęły się kajaki rodzinne.

Dla wszystkich osób starszych i młodszych najważniejszym wspomnieniem i najgłębszym wzruszeniem były Msze św. odprawiane przez Wujka przy polowym ołtarzu zrobionym na odwróconym kajaku, albo na dwóch wiosłach przywiązanych do drzew, pod niebem, wśród śpiewu ptaków i jakby z udziałem całej otaczającej przyrody. Innym ważnym wspomnieniem była możliwość płynięcia z Nim razem na kajaku, co dawało okazję do indywidualnej rozmowy. Nie można też pominąć tego, że każda załoga albo dwie (tj. 2 lub 4 osoby) kolejno gościła Wujka w swojej „kuchni” tj. podawała mu wieczorny posiłek. Gotowanie należało do obowiązków pań, ale mycie menażek już do panów i Wujek włączał się do tych prac. Gdybym miała krótko określić stosunek Wujka do naszej rodziny powiedziałabym, że była to DOBROĆ I WIERNOŚĆ. Z ofiarowanej przyjaźni nigdy się nie wycofał, a nawet rozszerzał ją na nasze dzieci i wnuki. Znał także moją Mamę – a zatem 4 pokolenia naszej rodziny. Jego przyjaźni i dobroci doznawaliśmy do końca Jego życia. W okresie Bożego Narodzenia Wujek zapraszał Środowisko do Pałacu Arcybiskupiego na śpiewanie kolęd. Przychodziliśmy tam coraz większą gromadą z mnóstwem dzieci, które biegały po ogromnych salonach bez żadnego onieśmielenia, a Wujek uśmiechał się do nich i każde brał na kolana. Każdą rodzinę znał dokładnie i każdego nazwał po imieniu. Śpiewaliśmy mnóstwo kolęd, które Wujek doskonale znał i bardzo lubił śpiewać.

Papież, który dalej został Wujkiem

Dzień 16 X 1978 przeżyliśmy z ogromną radością i wzruszeniem. Nie tylko my, ale cała Polska. Zaraz potem mała grupa osób ze Środowiska poleciała do Rzymu, aby uczestniczyć w inauguracji Pontyfikatu – także mój mąż i ja. Na tę uroczystość dostaliśmy bilety w najbliższym sąsiedztwie ołtarza. Wieczorem zostaliśmy zaproszeni do Ojca Św. i spotkaliśmy się z Nim w małym saloniku w apartamentach papieskich, bardzo onieśmieleni i wzruszeni. A On po prostu powiedział, że dalej jest naszym Wujkiem. Mimo najprzeróżniejszych trudności, jakie stwarzały władze komunistyczne, nasze kontakty z Ojcem Św. trwały nadal. Wielokrotnie bywaliśmy w Rzymie (oczywiście dotyczy to także innych osób ze Środowiska), każdorazowo zapraszani przez Ojca Św. do Jego kaplicy na Msze św., a potem na wspólne z Nim śniadanie. Przy takich okazjach zawsze były wspomnienia dawnych wycieczek, kajaków, pytania o wspólnych przyjaciół i o aktualne wydarzenia w każdej rodzinie. W roku 2000 zorganizowaliśmy sobie rodzinną pielgrzymkę do Ojca Św. – przyjechaliśmy na Święto Trzech Króli w składzie 16 osób, w tym 6 dzieci w wieku od 1,5 roku do 7 lat, przebrane za kolędników.

Byliśmy u naszego Wujka zupełnie prywatnie, śpiewaliśmy kolędy, córka grała na skrzypcach, a zięć akompaniował na flecie. Następny zjazd rodzinny u Wujka był w 2003 roku, kiedy to Wujek zgodził się ochrzcić osobiście naszą najmłodszą wnuczkę. Wtedy po raz ostatni celebrował ten sakrament indywidualnie w swojej prywatnej kaplicy, wtedy też byliśmy u Niego ostatni raz. Można powiedzieć, że pomimo oddalenia nasz kontakt z Wujkiem po wyborze Go na Stolicę Piotrową nie tylko nie został przerwany, ale zacieśnił się. Osobny rozdział stanowią relacje Wujka z moim mężem. W ciągu pierwszych 8 lat Pontyfikatu Mieczysław towarzyszył Ojcu Św. w 6 pielgrzymkach zagranicznych (1979 Meksyk, 1979 Irlandia i USA, 1980 Brazylia, 1982 Afryka, 1984 Kanada, 1986 Australia i Nowa Zelandia), a ponadto każdorazowo w pielgrzymkach do Polski – czasem nieoficjalnie. Natomiast jak bardzo władze komunistyczne były nieprzyjazne Ojcu Św. świadczy to, że mego męża chcieli zwolnić z pracy z tego powodu, że jest lekarzem papieża. Ostatecznie jednak zrezygnowali z tego. Potem obaj „współchorowali” na chorobę Parkinsona i u obu prawie równocześnie przyszło pogorszenie. 20 marca 2005 roku mój mąż miał udar. Był w stanie nie rokującym żadnej nadziei.

Na wiadomość o tym Ojciec Św. sam już bardzo ciężko chory odprawił Mszę św. w intencji Mieczysława 31 marca, na 2 dni przed swoją śmiercią. Natomiast Mieczysław żył jeszcze 7 lat, chociaż był już osobą leżącą i stopniowo stracił kontakt z nami. Mieliśmy niezasłużony przywilej być przez wiele lat blisko Ojca Świętego, a teraz chciałabym przyczynić się do szerzenia kultu Jego Osoby.

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama