Wojna i pamięć

Niedziela 35/2104

Czy możemy się jeszcze czegoś dowiedzieć o Wrześniu 1939 r., o genezie II wojny światowej, o naszej historii sprzed 75 lat? Może raczej powinniśmy dowiedzieć się czegoś o sobie, o tym, kim jesteśmy, kiedy spojrzymy na naszą pamięć o Wrześniu ’39.

 

Czy możemy się jeszcze czegoś dowiedzieć o Wrześniu 1939 r., o genezie II wojny światowej, o naszej historii sprzed 75 lat? Może raczej powinniśmy dowiedzieć się czegoś o sobie, o tym, kim jesteśmy, kiedy spojrzymy na naszą pamięć o Wrześniu ’39. Naszą?

A ilu z dzisiejszych mieszkańców Polski przyjmuje historię polskiego bohaterstwa w obronie Ojczyzny jako własną historię, taką, w której czuje się zadomowiony i przez to poczucie zadomowienia zobowiązany: do jej obrony, do wierności, do pamięci?

Patriotyzm jest wyborem

Zastanówmy się więc, jak zmieniała się ta nasza zbiorowa, kształtowana przez politykę pamięć. Najdalej wstecz potrafię w tej sferze sięgnąć do roku 1969. Uroczysty apel z okazji 30. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Obchodzimy go na szkolnym korytarzu, w Szkole Podstawowej nr 7 w Krakowie. Wszyscy nauczyciele, wszyscy nasi rodzice pamiętają wojnę z własnych doświadczeń. Nie dadzą sobie wmówić za wiele. Owszem, słyszymy o „sanacyjnej elicie”, która nie umiała Polski do wojny przygotować, ale nikt nie kwestionuje bohaterstwa polskiego żołnierza ani sensu tej walki. Nic na szkolnej akademii, to jasne, nie mówi się o pakcie Ribbentrop-Mołotow ani o najeździe sowieckim 17 września. A jednak zasadniczy przekaz jest prawdziwy: Niemcy (nie żadni tam „naziści”) napadają zdradziecko na Polskę, popełniając przy tym mnóstwo zbrodni. Polacy bronią się dzielnie, walczą w bezdyskusyjnie słusznej sprawie: w obronie Ojczyzny. My, dzieci, mamy swoją „pop-historię” w postaci seriali „Stawka większa niż życie” i „Czterej pancerni i pies”. Nie rozumiemy ich sprytnego, propagandowego załgania, mającego służyć „przyjaźni polsko-radzieckiej”, ale przeżywamy tę opowieść jako swoją właśnie: jest dobro, związane z Polską, która walczy o wolność, i jest zło – niemiecki najeźdźca, okupant. W mądrzejszy, bardziej zniuansowany sposób pokazuje to nam film Stanisława Różewicza „Westerplatte”, oparty na scenariuszu Jana Józefa Szczepańskiego, najwspanialszy, najbardziej poruszający polski film nie tylko o Wrześniu ’39, ale o całej II wojnie światowej – dotąd nie ma lepszego. Uczy jednego: patriotyzm jest wyborem, niełatwym, czasem – jak na Westerplatte – wymagającym najwyższego poświęcenia. Ale na ten wybór było stać niemal wszystkich bohaterów tego filmu, prawdziwych bohaterów Westerplatte – prostych ludzi, najczęściej chłopskiego pochodzenia. Wiedzieli to, co opisywał tak często cytowany w PRL-u wielki poeta Władysław Broniewski: „Kiedy przyjdą podpalić dom,/ ten, w którym mieszkasz – Polskę,/ (...)ty, ze snu podnosząc skroń,/ stań u drzwi./ Bagnet na broń!/ Trzeba krwi!”. I ta wiedza do nas, małych Polaków, docierała, imponowała nam.

Widziałem...

Potem przychodziła gorzka wiedza o tym, jak owi prawdziwi bohaterowie Września ’39 byli traktowani w PRL-u. Dowiedziałem się wkrótce, że kpt. Franciszek Dąbrowski, współdowódca Westerplatte, pracował w krakowskim kiosku „Ruchu”, a dorabiał sobie chałupniczym szyciem pantofli, pozbawiony, jako „sanacyjny oficer”, emerytury wojskowej. Widziałem na Westerplatte w 1967 r., jak nędznie żył inny z obrońców placówki, sprzedający w ustawionym tam kiosku pocztówki z nowym pomnikiem bitwy.

Jednak wiedziałem, tak jak tysiące, miliony innych wtedy wychowanych młodych ludzi, na pewno to, że Westerplatte, Wrzesień 1939 r. – to wzór patriotyzmu, wzór poświęcenia, które ma sens, bo broniło Polski, broniło naszego miejsca na mapie Europy.

W poruszający wyobraźnię i sumienie sposób przypominał o tym Kościół. Świadczyła o tym nauka obywatelskiej pamięci przez lata prowadzona pod kierunkiem prymasa Stefana Wyszyńskiego, a później wstrząsające „bierzmowanie dziejów”, którego dokonał Jan Paweł II w czasie pielgrzymki poprzedzającej narodziny Solidarności – tuż przed 40. rocznicą wybuchu II wojny światowej. Potem przyszedł stan wojenny. Przypomnienie okupacyjnych wzorów, patriotyzmu, poświęcenia, ofiar, choć oczywiście – na szczęście – w skali nieporównanie mniejszej niż w czasach II wojny. Dla mojego pokolenia wielkim przeżyciem były słowa, które Ojciec Święty skierował do nas w czasie swej trzeciej pielgrzymki do ojczyzny, 12 czerwca 1987 r. Mówił, abyśmy się nie zagubili w zniechęceniu, w zmęczeniu kolejną – zdawałoby się – przegraną walką, tym razem z wewnętrznym okupantem. Papież mówił o tym, że na Westerplatte „grupa młodych Polaków, żołnierzy, pod dowództwem mjr. Henryka Sucharskiego, trwała ze szlachetnym uporem, podejmując nierówną walkę z najeźdźcą. Walkę bohaterską. Pozostali w pamięci narodu jako wymowny symbol”. Papież wzywał, a myśmy słuchali: „Trzeba, ażeby ten symbol wciąż przemawiał, ażeby stanowił wyzwanie dla coraz nowych ludzi i pokoleń Polaków. Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje «Westerplatte». Jakiś wymiar zadań, które musi podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można «zdezerterować»”.

To było 48 lat po wybuchu II wojny. Wydawało się, że taka właśnie pamięć – odpowiedzialna, mobilizująca do tego, by nie dezerterować – wiąże nas mocno z polskością, z Westerplatte. A ta pamięć jednak słabła. Zostało jeszcze 6 lat PRL-u.

Coraz bardziej żałosnych. Kiedy kończyła się wewnętrzna okupacja, której pilnowała moskiewska potęga ze Wschodu, w ankiecie katolickiego miesięcznika „Znak” padły te słowa, głos młodego pokolenia, głos Donalda Tuska: „Polskość to nienormalność”. Stwierdzenie to w swoim rozwinięciu sprowadzało się do tezy, że walka, bohaterstwo, ofiara – to wszystko, co składało się na zasadniczą treść polskiego Września 1939 r., na treść naszej historii (tej, o której mówili Jan Paweł II i kard. Wyszyński) – nie ma sensu, że to głupota, naiwność.

Za zgodą Moskwy

Nie myśleliśmy wtedy o tym zbyt wiele. Cieszyliśmy się wkrótce z wyborów 4 czerwca, z tego, że system komunistyczny się kruszy.

Ale okazało się, że to nie ma związku z polską walką o wolność, o niepodległość, o godność, a jest tylko darem naszych „panów”, władców PRL-u, którzy zdecydowali się łaskawie podzielić odpowiedzialnością za upadające państwo, za zgodą swoich z kolei panów – z Moskwy. Tak nam to tłumaczono: żebyśmy się nie cieszyli za bardzo. Jeśli mamy się z czegoś cieszyć – to z tego, że – jak nam wtedy, w roku 50. rocznicy wybuchu II wojny mówiono – „nastąpił koniec historii”. Komunizm pokojowo się rozwiązuje. Nie będzie już żadnych wojen, żadnych wielkich rywalizacji – a w związku z tym cały bohaterski bagaż polskich dziejów już nie jest potrzebny. Jest już co najwyżej śmieszny, a może nawet groźny. Polska historia to „polskie piekło”.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama