Ciągnąć jedno drugie, w górę nieba

La Salette. Posłaniec MB Saletyńskiej 3/2014

Były lata, że nie chciało mu się modlić, ba, chodzić do kościoła. Pytał – muszę? Dopiero, gdy powiedziałam „musisz”, to szedł. To „ciągnięcie siebie ku górze” dotyczyło wszystkich sfer. Wywiadówki, niesforność dzieci. Mówiłam mężowi:„albo to bierzesz, albo tego nie będzie, bo ja już nie daję rady”. To tylko na pozór przeszkadza w byciu jednością

 

Zaczynamy rozmowę w przedpokoju. Z okazji 25-tej rocznicy ślubu rodzina wysłała Lucię i Stasia Olbrotów, moich przyjaciół z Kręgu Domowego Kościoła, na trzydniowe wczasy małżeńskie do Iwonicza Zdroju. W tym czasie dzięki córkom, rodzicom i przyjaciołom na ścianie przedpokoju wyrosło i rozkrzewiło się drzewo genealogiczne. Na pierwszy rzut oka zachwyca zielenią, kształtem, urodą, zdjęciami osób. Potem zwracają uwagę szczegóły. Szczęśliwa, świeżo poślubiona para małżeńska jest w centrum – to Lucia i Stasiu (Patrzcie, jak oni pięknie wciąż do siebie i o sobie mówią – komentarz proboszcza po świadectwie dla narzeczonych). Wśród gałęzi owoce ich miłości – cudowne zdjęcia czterech ślicznych Córek. Nie ma jedynego Synka. On jest już u Pana – zmarł mając 18 miesięcy. Rozdzieleni przez większość życia rodzice Stasia (tato rozwiódł się z żoną, gdy Stasiu był w szkole średniej) na zdjęciach też są osobno. Mama z najmłodszą wnuczką, Terenią, Tato z Weroniką. Rodzice Luci również są na zdjęciach oddzielnie. Mama z Weroniką, tato – przez długie lata zamieszkały w Stanach Zjednoczonych, od niedawna, dzięki córkom i wnuczkom, na nowo związany z rodziną zamieszkał w Polsce, na tym samym osiedlu!!! – jest na zdjęciu z Terenią. Wyrosła też nowa gałąź w rodzinie Obrotów. Najstarsza córka Ania z miłością patrzy na świeżo poślubionego męża Łukasza. Nad nimi – rozkoszna Zuzia – pierwsza wnuczka szczęśliwych młodych dziadków.

Ponad dwadzieścia siedem lat wspólnego życia. Jaki miało kształt, jaki smak?

Stanisław: Wiedzieliśmy, że mamy być jednością.

Lucyna: Że jedno idzie za drugim.

S.: Czasem jedno prowadzi, czasem drugie…

L.: Tak było od początku, choć nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Zupełnie jak w piosence zespołu Happysad: „Miłość to nie pluszowy miś, ... ale miłość kiedy jedno spada w dół, drugie ciągnie je ku górze”. Najpierw ku górze ciągnął Stasiu. Gdy się poznaliśmy był neofitą. Szukał Boga. Czytał pismo Święte. Ja w tym czasie bywałam w kościele dwa razy w roku. I tak było przez pierwsze dwa lata małżeństwa...

 

S.: Choć wierzyłem, to dopiero dzięki Luci ochrzciłem się i przyjąłem pierwszą komunię świętą. Bo chciałem poślubić Ją wobec Boga. Urodziłem się w Rosji. W rodzinie ateistycznej. Po przyjeździe do Polski, już w liceum zawodowym, a potem na studiach, było mi dane spotkać mądrego, dobrego chłopaka, który rano i wieczór modlił się na kolanach. Grał na organach w kościele. Uczył się i studiował tak, jakby od tego zależało zbawienie. A przy tym był miły, sympatyczny, uprzejmy. Jeśli masz taki przykład i szukasz pomysłu na życie duchowe, wydaje się, że nie trzeba więcej. Ale dopiero miłość do Luci sprawiła, że chciałem jej przed Bogiem przyrzec miłość, wierność i uczciwość małżeńską na całe życie.

L.: Stasiu czytał Pismo Święte, którego ja nie znałam. Gdy zamieszkaliśmy w parafii Świętej Rodziny w Rzeszowie, to On ciągnął mnie na wspólnotę Domowego Kościoła. Zaprosił wszystkich na pierwsze spotkanie do naszego domu. Dobra, mówię, na trzy spotkania mogę się zgodzić, a potem koniec. I tak jest do dziś.

S.: Ale było i tak, że to Lucia musiała mnie ciągnąć. Poznanie Boga nie oznacza, że jest to dane na zawsze.

L.: Były lata, że nie chciało mu się modlić, ba, chodzić do kościoła. Pytał – muszę? Dopiero, gdy powiedziałam „musisz”, to szedł. To „ciągnięcie siebie ku górze” dotyczyło wszystkich sfer. Wywiadówki, niesforność dzieci. Mówiłam mężowi:„albo to bierzesz, albo tego nie będzie, bo ja już nie daję rady”. To tylko na pozór przeszkadza w byciu jednością. Trudne historie łączą. Wiem, że mogę na Stasia liczyć, mogę mu to powiedzieć, podzielić się emocjami i wtedy „to ze mnie zejdzie”. Może kiedyś myślałam inaczej…

To ciągnięcie jest możliwe, gdy jesteście jednością.

L.: Tak, znamy siebie, choć są i takie sprawy, które nie muszą być powiedziane… Podstawą jest wieczorna rozmowa. Czasem myślę sobie: Nie będę go męczyć, nie mam nastroju. Zamykam się w sobie, a potem wybucham.

S.: Ja nie jestem gadatliwy, jak to mężczyzna. Kiedyś na złotych godach ktoś zapytał jubilata, jak to się stało, że przeżyli w zgodzie 50 lat. Odpowiedź jubilata była znamienna: Na początku ustaliliśmy sobie, że drobne rzeczy załatwia żona, ważne ja. Jak dotąd nie było ważnej rzeczy… No więc nie jestem gadatliwy. Gdy Lucia mówi, ja myślę nad tym, próbuję to w głowie rozwiązać i po jakimś czasie słyszę: „No powiedz coś wreszcie”. Mężczyzna jest inny. Patrzy z odmiennej perspektywy. Nie lekceważę, tylko rozważam problem. A Lucia potrzebuje podzielić się tym, co przeżywa. Nie chce rozwiązania, tylko wysłuchania.

L.: Przez lata spieraliśmy się, kto ma decydować. Ja chciałam, żeby decydował Stasiu, a On, żebym to ja decydowała. Teraz wypracowaliśmy nasz wspólny model. Ja mam 500 pomysłów. Stasiu wybiera ten jeden i mówi: zrobimy tak i tak. To daje mi pewność, że decyzja jest podjęta i że to On ją podjął. Mam do Niego zaufanie. A gdy czasem coś nie wyjdzie, najwyżej zmieniamy plany. Ja nie mam pewności co do swoich rozwiązań. Ciągle zadawałabym sobie pytanie: A może tak byłoby lepiej. Stasiu „stawia kropkę nad i” . Poza tym przez lata nauczyliśmy się dostrzegać w niezrealizowanych planach wolę Bożą. Mam więc zaufanie do Boga i do Stasia. Nauczyliśmy się też przed różnymi decyzjami modlić się, prosić o światło. Modlitwa pomaga dostrzegać w niezrealizowanych planach inne rozwiązania, perspektywy, szukać Bożych planów. Ciągle zaskakuje nas rzeczywistość. Miało być tak, a jest inaczej, już wydaje się , że wszystko przepadło, aż nagle pojawia się światełko w tunelu. Pomalutku widać w tym wszystkim Bożą opatrzność, Boży plan. Widać to wszędzie – w sprawach domowych, zawodowych, posłudze. Jakiś telefon, rozmowa, sugestia i sprawy nie do rozwiązania stają się łatwe. Pomaga nieustanna modlitwa, wspólnota.

S.: Wydaje się czasem, że nie damy rady. Ale Bóg nie daje krzyża ponad nasze siły. Czeka na moment, byśmy zaprosili Go do naszego życia. Gdy staniemy pod ścianą, uświadamiamy sobie, że sami nie damy rady i zaczynamy się modlić. Wtedy On wkracza.

L.: Działa najbardziej przez najbliższych, przez przyjaciół. Dostaję karteczki od dzieci „Jesteś cudowną mamą”, kiedy już tylko zostały mi łzy.

S.: Dostajemy też kolce. Czasem trudno ze sobą wytrzymać. Bywa różnie.

L.: Najważniejsze, żeby być blisko. Wtedy poznajemy się bardziej, można przyjąć drugą osobę taką, jaka jest. Nie zmieniać, nie nawracać na siłę, ale modlić się, pomagać, trwać nawet w trudnych relacjach. Najważniejsze jest – obecność, pomoc, modlitwa, dbałość o siebie.

S.: Dlatego posługujemy. Tak jak otrzymaliśmy, tak dajemy.

L.: Widzimy wyraźnie naszą drogę. Byliśmy niewierzący. Stasiu naprawdę, a ja byłam wierząca od wielkiego święta. Bóg nas przyprowadził aż tu – do wspólnoty Kościoła Domowego. Prowadzi nas cały czas. Widząc, co dobrego daje ta droga, chcemy się tym dzielić.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama