Miłość jest istotą świętości

La Salette. Posłaniec MB Saletyńskiej 3/2014

Z arcybiskupem Edwardem Nowakiem, emerytowanym sekretarzem Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, rozmawia ks. Bohdan Dutko MS

 

Jeden z Ojców Pustyni mówi, że na świecie żyją trzy kategorie ludzi: pyszni, zazdrośni i inni. I dodaje, że on w swoim życiu tych innych nie spotkał. Czy święty to ten inny? Czy ksiądz arcybiskup spotkał świętych w swoim życiu?

Tak. Z całą pewnością mogę odpowiedzieć: Tak, spotkałem świętych. Proszę pozwolić, że na początku wymienię św. Jana Pawła II. Opatrzność Boża pozwoliła mi się spotkać z nim bardzo wcześnie. Do Rzymu przyjechałem w lutym 1963 r., a on przyjechał na drugą sesję Soboru Watykańskiego II. Zamieszkał wtedy w Papieskim Kolegium Polskim w pokoju studenckim oddalonym o trzy pokoje od mojego. Codziennie więc, po kilka razy spotykaliśmy się na korytarzu w drodze do kaplicy, do jadalni czy wychodząc do miasta. Za każdym razem zamieniało się kilka słów. Ale było też wiele innych, dłuższych spotkań. Na ten temat mógłbym wiele opowiadać... Nieraz przy stole przypominałem Ojcu Świętemu jakieś szczególne momenty z tego okresu. Wspomnienia były bardzo pogodne...
Pochodzę z regionu, z którego wywodzi się mnóstwo świętych. Moja rodzinna parafia Nowy Żmigród ma bł. ks. Władysława Findysza, proboszcza i dziekana żmigrodzkiego, męczennika komunizmu, znałem go osobiście, byłem jego ministrantem. Miałem okazję spotykać go przez długi czas. Najpierw jako uczeń liceum – był moim katechetą, później jako kleryk seminarium i wreszcie jako kapłan. Mam w oczach jego postać: pracowitość, dokładność, bezwarunkowa służba ludziom, zdecydowany sprzeciw wobec ideologii komunistycznej. Ponadto myślę także o ludziach, którzy każdego dnia ciężko pracowali, aby zdobyć kawałek chleba na utrzymanie rodziny. Przypominam sobie ciężki okres wojny. Myślę, że oni naprawdę są ludźmi świętymi. Nikt nie zajął się nimi, żeby mogli być kanonizowani czy beatyfikowani. Zresztą ludziom świętym nie potrzeba jakiejś chwały, bo oni mają chwałę u Pana Boga.



Na czym polega świętość Kościoła?

Świętość Kościoła to świętość Chrystusa. Sam Jezus założył Kościół i jest w tym Kościele obecny. Jezus daje łaski, żeby ludzie – poprzez sakramenty i życie zjednoczone z Bogiem – mogli stawać się świętymi. Chrystus jest święty i dlatego Kościół z istoty swojej jest święty, a my uczestniczymy w tej świętości, mimo naszych słabości.

Czy istnieje jakiś przepis na świętość?

Myślę, że jest. Paradoksalnie to my go codziennie tworzymy. Najogólniej jest to codzienne, trwałe, mocne ukierunkowanie się na Pana Boga i bliźniego: łączność z Panem Bogiem poprzez modlitwę, łączność z ludźmi, otwarcie, życzliwość i pomoc.


Czy jest święty, który księdza arcybiskupa zafascynował, dla którego ma ksiądz szczególny osobisty kult?

Tak. Jest nim święty brat Albert Chmielowski z Krakowa. Brak mi słów podziwu dla tej postaci: utalentowany malarz, wielki patriota, brał udział w powstaniu styczniowym, stracił nogę... Później oddał się biednym. Nie tylko im pomagał dając chleb, ale on zamieszkał z nimi w ogrzewalni – to jest coś niesamowitego. To jest heros duchowy! Wspaniała postać.


Kiedy zarzucano bratu Albertowi, że łamie przepisy przyjmując bezdomnych będących pod wpływem alkoholu, i to jeszcze po północy, on odpowiadał: ważniejsza od przepisów jest miłość. Czy cechą świętych jest miłość?

Przede wszystkim miłość, bo inaczej nie ma świętości. Dopiero z miłości wypływa postawa człowieka wobec świata, otoczenia i drugiego człowieka. Miłość jest istotą świętości.



Jak święci odkrywali powołanie w swoim życiu?

To jest sprawa bardzo indywidualna. Pan Bóg nie stosuje jakichś reguł. Świętość to nie matematyka. Pan Bóg działa wobec każdego człowieka inaczej. Władysław Batthyány−Strattmann, Węgier, arystokrata, lekarz, wojskowy, we wczesnej młodości nie wykazywał większego zainteresowania sprawami wiary, nie stronił od towarzystwa i hucznych zabaw. Miał nieślubne dziecko. Pewnego dnia szedł chodnikiem w Nicei. Było bardzo gorąco, więc kiedy przechodził obok kościoła, wszedł do środka, aby się ochłodzić. A kiedy po dłuższym czasie wyszedł z niego, był już innym człowiekiem. Uregulował sprawy z dzieckiem, ożenił się, założył dwa szpitale, gdzie przyjmował ludzi biednych i leczył ich za darmo. Dziś jest ogłoszony błogosławionym.



Podobnie było z nawróceniem Andrei Frossarda. Matka Żydówka, ojciec członek partii komunistycznej, on nieochrzczony, wszedł pewnego dnia do kościoła, i wyszedł ze słynnym już wyznaniem: „Spotkałem Boga!” W Piśmie Świętym słyszymy wołającego Boga: „Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty”. Świętość jest naszym podstawowym powołaniem. A jednak zdaje się, że w naszej mentalności świętość jest czymś niedostępnym, dalekim. Skąd takie myślenie?

To jest bardzo dobre pytanie. Nasza dotychczasowa hagiografia robiła ze świętych jakichś herosów, nadludzi. Bo jeżeli czytamy, że jakiś święty będąc niemowlęciem w piątki nie ssał piersi matki, to co o tym myślimy? Hagiografia sprawiła, że ideał świętości stał się daleki i niedostępny. Ponadto osoby wynoszone na ołtarze były postaciami bardzo odległymi. Żyły dwieście czy trzysta lat przed nami i wydawać by się mogło, że miały odpowiednie warunki, aby tak żyć – w przeciwieństwie do naszych czasów. Ojcu św. Janowi Pawłowi II zależało na tym, żeby kandydaci na ołtarze byli ludźmi czasów współczesnych, aby byli świadkami, że także w naszych czasach można żyć świętością. Z tego powodu dokonał reformy prawa kanonizacyjnego. Dawniej proces można było rozpocząć po dwudziestu czy po pięćdziesięciu latach od śmierci kandydata. Świadkowie odchodzili, zacierało się wiele spraw i powstawały legendy, które miały może jakieś podstawy w rzeczywistości, ale były oderwane od życia. Przypisywało się świętym wiele cech cukierkowatch, w które trudno było uwierzyć. Dziś Kościół zezwala na rozpoczęcie procesu już po pięciu latach, kiedy wszystkie świadectwa są jeszcze żywe w pamięci.

Jan Paweł II w 1989 roku w czasie pielgrzymki do Polski powiedział: „Bracia i siostry, nie lękajcie się świętości, nie lękajcie się być świętymi, uczyńcie kończący się wiek i nowe tysiąclecie erą ludzi świętych”. Czy jest możliwe, żeby nasze tysiąclecie było erą ludzi świętych?

Jak najbardziej! Byli święci, są święci i będą święci. To jest absolutnie pewne i trzeba do tego podejść z optymizmem. Pełnienie woli Bożej jest zasadniczym elementem świętości. W każdym miejscu, gdzie Pan Bóg mnie stawia, szczerze i uczciwie staram się pełnić Jego wolę. Jeżeli się to zrozumie, to już jest się świętym. Wysiłek Kościoła i duszpasterzy winien być skierowany na ukazywanie świętości jako czegoś osiągalnego dla człowieka. Świętość jest możliwa w każdej epoce, więc absolutnie nie można wątpić, że także w trzecim tysiącleciu. Więcej. Śmiem twierdzić, że świętych może być nawet więcej, jeżeli my już dziś inaczej patrzymy na świat.

Św. Ignacy Loyola przed śmiercią modlił się o prześladowania dla założonego przez siebie Towarzystwa Jezusowego. W tym upatrywał siłę i przyszłość zakonu. Czy my, współcześni chrześcijanie, jesteśmy wezwani do dawania świadectwa już nie tylko przez cnotliwe życie, ale przez prześladowania aż po przelanie krwi?

Jedna i druga forma jest ważna. Zawsze męczeństwo i świadectwo życia będą aktualne. Myślę, że nie ma innych dróg. Na początku chrześcijaństwa był kult męczenników, którzy zginęli podczas prześladowań. To było tak zwane męczeństwo czerwone (martyrio rosso), ale później życie człowieka nie kończyło się już męczeństwem. Całe życie było dawaniem świadectwa konsekwentnego postępowania, i męczeństwo zaczęto zastępować świadectwem życia. Było to męczeństwo białe (martyrio bianco).Kult świętych rozpoczęli pierwsi chrześcijanie, którzy przychodzili na miejsce pochówku męczennika – katakumby, cmentarze, czy gdziekolwiek znajdował się grób – tam się modlili, tam otrzymywali łaski. Początkowo kult ten miał charakter prywatny, a dopiero później kościelny, kiedy biskup polecał przenieść ciało męczennika do kościoła i następowało wyniesienie na ołtarze. Zaczęło się to już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Także i dziś mamy do czynienia z wielkimi prześladowaniami chrześcijan, choćby przywołując Nigerię, gdzie do kościoła wypełnionego wiernymi napastnicy wrzucają bombę i wielu wiernych traci życie. Oni cierpią dlatego, że są chrześcijanami, umierają za wiarę w Chrystusa. Dziś w świecie – według oficjalnych statystyk – co trzy minuty ginie chrześcijanin. Indie, Pakistan, Sudan. Jeżeli się weźmie pod uwagę zasięg geograficzny, to w tej chwili trwają ogromne prześladowania. Nie wiadomo, czy nasze tysiąclecie, nasz wiek nie będzie trudniejszy od poprzedniego, bo mamy większe środki niszczenia i prześladowania. My może jesteśmy trochę oddaleni od tych spraw, bo one dzieją się daleko od nas, to nas bezpośrednio nie dotyczy, nie czujemy tego, to nas nie boli, to jest teoretyczne, podają media, jeszcze jedna ofiara… Można się do tego przyzwyczaić. Mówi się, że jedna śmierć to jest tragedia, tysiąc śmierci to jest statystyka, ale przecież za tą statystyką jest człowiek, którego boli, który cierpi.

Czy natknął się ksiądz arcybiskup na świadectwa współczesnych męczenników, którzy w obliczu śmierci okazywali postawę Jezusa, przebaczali i modlili się za swoich oprawców?

Przypomina mi się historia z czasów wojny domowej w Hiszpanii, kiedy czterdziestu kleryków wraz z rektorem i ojcem duchownym zostało aresztowanych i uwięzionych przez rewolucjonistów w piwnicy ratusza. Ich rodzice przez okna podawali im jedzenie. Oprawcy chcieli, żeby wyrzekli się wiary. Proponowali uwolnienie pod warunkiem zdjęcia sutanny, ale nikt tego nie zrobił. Koniecznie chcieli ich w jakiś sposób złamać. Po pewnym czasie, kiedy oprawcy zorientowali się, że ich nie złamią, wtedy po kilku – czterech, pięciu – wyprowadzali na dziedziniec, wiązali im ręce drutem kolczastym, i rozstrzeliwali. Ci, którzy dokonywali egzekucji udawali się później do pobliskiej karczmy, prosili o alkohol i opowiadali: „nie spotkaliśmy się nigdy wcześniej z taką sytuacją. Ci więźniowie szli na śmierć odważnie, a kiedy myśmy strzelali, oni krzyczeli: „Niech żyje Chrystus Król”.


Czy świat oddycha oddechem świętych?

Świętych jest dużo, ale nie możemy ich wszystkich ukazać. Kiedyś było szereg ograniczeń, przede wszystkim geograficznych, które na to nie pozwalały. Dlatego beatyfikacje i kanonizacje obejmowały głównie takie kraje jak Włochy, Hiszpania czy Francja. Ale wiemy o świadectwach z innych stron świata, które jeszcze nie dotarły do nas. Ameryka Łacińska, Afryka, Azja, Australia... Jest jeszcze ogromny świat poza zachodnią i wschodnią Europą.

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

TAGI| ŚWIĘTOŚĆ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama