Zapach aniołów i drukarskiej farby

Któż jak Bóg 6/2014

Piąte urodziny „The Angels” to dobry czas na podsumowania. Warto dokonać ich w chwili, gdy nasze „anielskie” pismo rozchodzi się i walczy o uznanie wśród wiernych na wszystkich kontynentach. O tym, jakie to było pięciolecie, a także tym, co jeszcze przed nami opowiada koordynatorka anglojęzycznej wersji „Któż jak Bóg”, tłumaczka i autorka tekstów, Agata Pawłowska.

 

Jak zaczęła się Twoja przygoda z „The Angels”? Czym się w nim zajmujesz?

Moja przygoda z „The Angels” zaczęła się kilka lat temu. Byłam świeżo upieczoną absolwentką anglistyki i chciałam zająć się tłumaczeniami, bo ta dziedzina interesowała mnie najbardziej. Ponieważ byłam zbyt nieśmiała, by wziąć sprawy w swoje ręce, moja świeżo nawrócona siostra obdzwoniła katolickie redakcje, proponując tłumaczenia w ramach wolontariatu. Tak się złożyło, że ogromnym pragnieniem ks. Piotra było stworzenie angielskiej wersji „Któż jak Bóg”. Ja szkoliłam warsztat, ks. Piotr trudził się nad czasopismem. Po kilku miesiącach zaproponowano mi pracę w redakcji.

I tak od tamtej pory do dzisiaj moim zadaniem jest przygotowywanie tekstów – tłumaczenia i korekta, współpraca z grafikiem i naszymi dystrybutorami za granicą oraz obsługa korespondencji w jęz. angielskim. Pracę w michalickiej redakcji otrzymałam w dniu wspomnienia bł. ks. B. Markiewicza. Przypadek? Nie sądzę.

Jak z perspektywy tych 5. lat oceniasz rozwój „The Angels”? Co udało się już zrobić, a co jeszcze pozostaje do zrobienia?

Myślę, że idziemy w dobrym kierunku, w końcu nad wszystkim czuwa szef – św. Michał. Każdy kolejny numer jest coraz bardziej profesjonalny pod względem merytorycznym i graficznym – jest co poczytać i można też nacieszyć oko pięknymi zdjęciami. Ks. Piotr czuwa nad poprawnością teologiczną i zgodnością z nauką Kościoła. Do niego też należą ostateczne decyzje.

A co jest jeszcze do zrobienia? Wydaje mi się, że musimy jeszcze bardziej promować „The Angels” w krajach anglojęzycznych, jest to przecież jeden ze sposobów ewangelizacji i re-ewangelizacji. Moim ogromnym pragnieniem jest, by „The Angels” dotarł do ludzi mieszkających w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Docierają do nas głosy, że jest tam mnóstwo katolików spragnionych prasy duchowej.

Co jest najtrudniejsze w pracy nad każdym numerem?

Zgranie terminów. <śmiech> O dobór tekstów się nie martwię, ponieważ gdy zaczynamy pracę nad numerem, zawsze proszę św. Michała o prowadzenie. Na modlitwie dopytuję się, jakie tematy chciałby on umieścić w danym numerze i ta sprawa zawsze jakoś się klaruje. Zorganizowanie współpracy z grafikiem, naszą koordynatorką, która mieszka i pracuje w Londynie – to wymaga zdolności godnych żonglera. Do tego dochodzi zgranie terminów z naszymi angielskimi wolontariuszami, którzy sprawdzają wszystkie teksty, zanim wypuścimy je do drukarni.

Oprócz terminów, kolejną trudnością są kłopoty techniczne, np. nagle tuż przed wysyłką plików do drukarni psuje mi się komputer lub ważne e-maile nie dochodzą do Noreen z przedziwnych powodów. Dymiące kable i nagłe utraty plików nie są dla nas niczym zaskakującym. Mówię to teraz, po kilku latach. Na początku bardzo się irytowałam technicznymi awariami, które zdarzały się znienacka, gdy pracowaliśmy nad numerem. Teraz już jestem na nie przygotowana, co więcej, nawet spodziewam się trudności. Komuś bardzo zależy, by przeszkodzić Prawdzie dotrzeć do spragnionych serc.

To w drugą stronę – co daje najwięcej radości/satysfakcji? Jest jakiś moment, który wspominasz najprzyjemniej?

Największą radochę mam, gdy biorę do ręki świeżo wydrukowany numer. Zanim otworzę, wącham gazetę, naprawdę! Pachnie farbą drukarską i cieszy mnie, że mogłam pomóc stworzyć tę duchową lekturę. Wiem, że ktoś też weźmie ją do ręki i Pan przemówi do jego serca gdzieś w Australii, Nigerii czy na Filipinach. Najprzyjemniejszy moment? Zawsze, gdy wchodzę do kościołów w Polsce lub w Wielkiej Brytanii i widzę wyłożone „The Angels” – ogromna satysfakcja, duchowa i tak po prostu, po ludzku.

A jaki jest odzew czytelników na treści poruszane w „The Angels”? Masz z nimi kontakt? Docierają do Ciebie ich głosy?

Na pewno bardzo cieszy ich szata graficzna – to pierwsze, co nasi czytelnicy podkreślają. Jest to zasługa naszego niesamowicie uzdolnionego grafika. Mając Jacka w zespole, mogę być pewna sukcesu. Czytelnicy anglojęzyczni bardzo lubią czytać o Bożym Miłosierdziu i św. Faustynie. Tematyka anielska również cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Rozważania intelektualne, logiczne i rozumowe mają przewagę nad świadectwami. Czytelnicy z Wielkiej Brytanii czy Irlandii pragną wiedzy na tematy duchowe. Tutaj w Polsce to wiedza podstawowa, tam nawet społeczna nauka Kościoła nie jest wcale taka oczywista. Wcale się temu zresztą nie dziwię – panuje tam ogromny misz-masz duchowy, o Panu Jezusie piszą nawet w poradnikach New Age.

Mamy już za sobą pierwsze pielgrzymki anglojęzycznych czytelników. Czy można mówić o jakiejś konsolidacji tego środowiska?

Na pewno o ogromnej sympatii, życzliwości i otwartości. Anglojęzyczni pielgrzymi pochodzą z różnych krajów Europy, Ameryki Płn., Bliskiego Wschodu, Azji i Afryki – trudno więc mówić o organizowaniu się we wspólnoty, jak to się dzieje w Polsce. Oprócz przeżyć duchowych, pielgrzymi przede wszystkim zaprzyjaźniają się ze sobą. Potem utrzymują kontakt telefoniczny lub mailowy między sobą i z ks. Piotrem. Takie pielgrzymki i przyjaźnie dają im ogromne wsparcie duchowe, gdy wracają do swoich domów. Wielu z tych ludzi mieszka w krajach, gdzie katolicy są mniejszością lub są wręcz prześladowani. Również wielu z nich zostaje Rycerzami św. Michała; można śmiało powiedzieć, że Rycerstwo anglojęzyczne rozwija się dynamicznie.

Jakie są plany na najbliższą przyszłość? Czego można się będzie spodziewać po i w „The Angels”? Gdzie chcecie dotrzeć?

Najbliższa przyszłość? Wiernie wypełniać wolę Bożą w życiu prywatnym i zawodowym. Nadal będziemy pracować nad pismem pod wodza św. Michała. Chcielibyśmy dotrzeć do krajów azjatyckich, gdzie system totalitarny zabrania swobodnie wyznawać wiarę katolicką, do krajów Afryki i Ameryki Południowej.

Czego można życzyć pismu w jego 5. urodziny? Jak wyobrażasz sobie „The Angels” za kolejne 5 lat?

Powiem za Izajaszem: by pismo nie było bezowocne, by spełniło pomyślnie swe posłannictwo. By przez „The Angels” Pan Bóg poruszał serca ludzi na całym świecie. Za pięć lat chciałabym, by kwartalnik miał więcej stron (bo te 32 strony muszą wystarczyć czytelnikom na trzy miesiące) oraz byśmy skutecznie docierali z Dobrą Nowiną na wszystkie kontynenty.

z Agatą Pawłowską rozmawiał Karol Wojteczek

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama