Dzielna mrówka i dwa słonie

Przewodnik Katolicki 47/2014

Z Piotrem Zychowiczem, dziennikarzem, autorem głośnych książek historycznych Pakt Ribbentrop-Beck, Obłęd’44 i Opcja niemiecka rozmawia Łukasz Kaźmierczak

 

Słyszał Pan o „Wkurzaczu polskim”? To podobno o Panu…

– Hm, cały problem polega na tym, że polska historiografia ostatnich lat stawia sobie za cel badanie historii nie taką, jaką ona była, tylko chce przedstawiać piękne bajki ku pokrzepieniu serc. Powiela mity i gloryfikuje absolutnie wszystkie działania – także te fatalne – podejmowane na przestrzeni dziejów przez naszych przywódców. I w momencie gdy ktoś próbuje się z tymi mitami zmierzyć, wywołuje to reakcję alergiczną wśród części wychowanych na tych bajkach czytelników. Ja się z tym liczyłem. Wiedziałem, że tak będzie.

Po co to Panu? Bo raczej nie jako sztuka dla sztuki.

– Nie chodzi przecież o to, że nagle, po siedemdziesięciu latach, chcę się poznęcać nad jakimiś biednymi partaczami z naszej historii, takimi jak Bór-Komorowski czy Władysław Sikorski. Nie, ja jestem po prostu głęboko przekonany, że gloryfikowanie naszych pomyłek to nic innego jak sianie ziarna pod kolejne tragedie. Jeżeli my będziemy uprawiali właśnie taką historię ku pokrzepieniu serc i nie odbędziemy trudnej, bardzo bolesnej, a jednak koniecznej dyskusji – szczególnie na temat II wojny światowej, a więc wojny, którą rozegraliśmy w sposób absurdalny; nasza ówczesna polityka była kompletną pomyłką i przyczyniła się do niebywałych wręcz strat narodu polskiego – to jesteśmy skazani na kolejną katastrofę.

Par-ta-cza-mi?

– Niestety. Bo Polska potrzebuje polityków i wojskowych myślących realnie. Natomiast podczas II wojny światowej prowadziliśmy politykę nierealną, nie opartą na rachunku zysków i strat ani na analizie rzeczywistości. To była polityka oparta na chciejstwie, na mrzonkach i na niebywałej naiwności politycznej naszych przywódców. My z taką polityką musimy zerwać dla dobra naszego kraju.

Ale historyczne mity także są ważne.

– Naturalnie, trzeba kształtować postawy obywatelskie i patriotyczne przez pryzmat historii. Natomiast coś jest nie tak z narodem, który próbuje budować swoją ideologię państwową, opierając się na klęskach i porażkach. Przecież my mamy w swoich dziejach wiele ważnych wydarzeń, zwycięstw i przewag, na których powinniśmy tę nasza ideologię kształtować. Nie mogę zrozumieć na przykład, dlaczego w 1989 r. nie został zburzony Pałac Kultury w Warszawie i na jego miejsce nie zbudowano łuku triumfalnego poświęconego Bitwie Warszawskiej z 1920 r.? I dlaczego nie ma muzeum Bitwy 1920 r., a powstało Muzeum Powstania Warszawskiego, w którym w triumfalny sposób przedstawiamy naszą klęskę?

Może potrzebne jest i jedno, i drugie?

– Tylko dlaczego przekonujemy dzisiejsze młode pokolenie, że Polak to jest wieczny przegrany, a jedyne zwycięstwo, jakie może osiągnąć, to jest zwycięstwo moralne? Że w polskość jest wpisane cierpienie, porażka i klęska? Jak możemy powstrzymać Polaków przed ucieczką stąd, jeżeli oni są przekonani, że są narodem przegranych?! Jeden z czytelników opowiadał mi, że jego wnuczka po powrocie z klasowej wycieczki do Muzeum Powstania Warszawskiego, stwierdziła: – Dziadku, było ekstra! Zapytał: – A co takiego było ekstra? W odpowiedzi usłyszał: – Bo wreszcie zrozumiałam, co to znaczy być dobrą Polką. A co to znaczy? – indagował dalej. – Iść do powstania i umrzeć w kanale.

O matko jedyna…

– Dlatego też wolałbym, żeby młody Polak był przekonany, że być dobrym Polakiem, to znaczy, że trzeba walczyć, ale w taki sposób, żeby wygrywać. Polska ideologia poszła natomiast w jakimś koszmarnym kierunku. Powtórzę: my sadzimy ziarno pod kolejne katastrofy.

Wszystkie Pańskie książki łączy właściwie jedna podstawowa teza. Dość odważna teza.

– Na moje książki wylano nieprawdopodobne ilości pomyj – w czym celuje zwłaszcza lewica – natomiast nikt nie jest w stanie podważyć owej tezy. Otóż w XX w. były dwie wojny światowe: I wojnę światową wygraliśmy, II wojnę światową fatalnie przegraliśmy. Twierdzę zatem, że ten drugi konflikt mogliśmy wygrać tylko i wyłącznie wtedy, gdyby zakończył się tak jak w 1918 r. Czyli gdyby najpierw Niemcy pokonali bolszewików na froncie wschodnim, a potem sami przegrali na froncie zachodnim. I w stronę takiego scenariusza należało od początku działać.

Ale polska polityka poszła w zupełnie innym kierunku.

– Niestety, poparliśmy bolszewików, a polskie elity polityczne wsadziły głowę w piasek, udając, że nie rozumieją tego, że wspierają przyszłego okupanta. Tymczasem w naszym żywotnym interesie było najpierw zwycięstwo III Rzeszy nad Sowietami. My wspierając Sowietów, wysadzając niemieckie pociągi na zapleczu frontu wschodniego, prowadząc działalność wywiadowczą na rzecz Amii Czerwonej itd., pomagaliśmy nie tej stronie, której należało pomagać.

Pańscy krytycy wskazują jednak, że zwycięstwo Hitlera nad Stalinem nie byłoby wcale takie pewne.

– Owi krytycy próbują polemizować z towarzyszem Stalinem, co jest bardzo, bardzo ryzykowne, bo towarzysz Stalin miał zawsze rację (śmiech). Stalin, w momencie kiedy wojska niemieckie podeszły pod Moskwę jesienią 1941 r., zarządził ewakuację. Kiedy jednak jechał przez Moskwę limuzyną i odchylił firankę, zobaczył za oknem miasto ogarnięte kontrrewolucją: płonące komitety, lincze na enkawudzistach i walające się na ulicach partyjne dokumenty. Stalin natychmiast więc kazał swojemu szoferowi zawrócić na Kreml i powiedział: to jest bitwa o istnienie Sowietów, jeżeli padnie Moskwa, to jest koniec, nasze imperium się załamie. Wszystkie dokumenty świadczą o tym, że gdyby Niemcy w 1941 r. zdobyli z marszu Moskwę, to byłby kolejny blitzkrieg. ZSRR by się rozpadł.

Czego zabrakło?

– W świetle analiz militarnych, dotyczących tej najważniejszej bitwy w dziejach II wojny światowej, Niemcom zabrakło dwóch elementów: po pierwsze kilku dodatkowych dywizji i pewnej ilości sprzętu, a po drugie niewielkiej ilości czasu – pierwszy śnieg spadł o kilka dni za wcześnie.

I tutaj przechodzimy do czynnika polskiego?

– Gdybyśmy w latach 30. odpowiedzieli pozytywnie na niemiecką propozycję sojuszu antybolszewickiego, sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej. Na front wschodni poszłoby nie o te kilka dywizji więcej, tylko 30, 40 dywizji polskiego wojska. Co więcej, polskie wojsko, które przystąpiłoby do takiej wojny, byłoby zupełnie innym wojskiem niż to z września 1939 r. – mieliśmy bowiem świetne plany rozbudowy naszego potencjału militarnego. Po drugie, atakowalibyśmy nie z linii paktu Ribbentrop-Mołotow, czyli ze środkowej Polski, tylko 200 km dalej na wschód. A zatem zyskalibyśmy ów potrzebny czas. Trzecia rzecz, o której w ogóle się nie mówi, to fakt, że Moskwę właściwie uratowały ściągnięte w pośpiechu dywizje syberyjskie. Natomiast scenariusz polsko-niemieckiego ataku na Związek Sowiecki oznaczałaby bez żadnych wątpliwości również atak japoński na Syberię. Bo taki był pierwotny cel paktu antykominternowskiego. A wtedy syberyjskie dywizje nie przyszłyby w sukurs Moskwie.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...