Dobrzy ludzie z marzeniami

eSPe 112/9-10/2014

„Kto kocha Kościół na pewno nie powie, że diakonat stały jest niepotrzebny” - mówi ks. dr hab. Dariusz Iwański, który odpowiadał za przygotowanie do święceń pierwszych diakonów stałych w Polsce.

 

W latach 2006-2008 był Ksiądz dyrektorem Diecezjalnego Ośrodka Formacji Diakonów Stałych w Przysieku (diecezja toruńska) – pierwszego i wówczas jedynego takiego centrum w Polsce. Zasługą kierowanego przez Księdza ośrodka było przygotowanie do święceń pierwszych polskich diakonów stałych. Ośrodek został zawieszony. Dlaczego?

Mówiąc najkrócej został zawieszony, bo nie było więcej kandydatów z naszej diecezji.

Dlaczego?

Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Wbrew pozorom to jest bardzo poważna decyzja. Człowiek, który zostaje diakonem staje się osobą duchowną. Znakomita większość ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy. Ci, do których dociera tylko słowo „duchowną” widząc, że kandydat jest małżonkiem oburzają się na to i mówią, że to jest obejście celibatu. Jak ktoś chce być duchownym, to niech idzie do seminarium, a nie coś ściemnia i na około próbuje dojść do ołtarza z żoną u boku. To ogromne niezrozumienie tego, do czego diakon jest przeznaczony. Ono wynika z polskich tradycji, gdzie to ksiądz zajmuje się wszystkim w parafii.

Przed objęciem funkcji dyrektora ośrodka w Przysieku spędził Ksiądz dłuższy czas w Stanach Zjednoczonych. Obserwował Ksiądz, jak tam funkcjonują stali diakoni.

Po Soborze Watykańskim II wielu księży porzuciło kapłaństwo. Żeby zapewnić opiekę duszpasterską wiernym, masowo święcono diakonów stałych. Wówczas nie zwracano tak bardzo uwagi na przygotowanie i poziom merytoryczny kandydatów, co przejawiało się w głoszeniu homilii – były albo zbyt dewocyjne, albo zupełnie nieteologiczne, czyli ocierające się o herezje. Bywało, że o diakonacie myślano jak o sprawności harcerskiej: był lektorem, może też nadzwyczajnym szafarzem Komunii świętej, wiele razy przysłużył się proboszczowi, więc – w nagrodę – niech zostanie i diakonem. Amerykanie i Kanadyjczycy wyciągnęli z tego wnioski. Nastąpiło pewne otrzeźwienie. Dziś kandydatom stawia się więcej wymagań – patrzy się na ich zaangażowanie w życie parafialne, słucha się proboszczów, którzy ich rekomendują, po prostu selekcjonuje się tych ludzi.

Osobiście towarzyszyłem jednemu kandydatowi, którego znałem od dłuższego czasu. Biznesmen, bardzo dobrze wykształcony, człowiek wielkiego obycia religijnego. Przez wiele lat udzielał się w więzieniu – zanosił tam Komunię świętą i spędzał wiele czasu na rozmowach z osadzonymi. W pewnym momencie uświadomił sobie, że chciałby jeszcze bardziej służyć takim pogubionym życiowo ludziom. Obudziło się w nim pragnienie zostania stałym diakonem. Z rekomendacji proboszcza trafił na kurs. Jestem przekonany, że z takiego człowieka Kościół będzie miał wielki pożytek.

Czy możemy mówić o jakichś różnicach między diakonatem stałym w Polsce i na Zachodzie?

Między krajami anglosaskimi i Polską w podejściu do zaangażowania duszpasterskiego diakonów nie ma różnic. Wprowadzamy natomiast diakonat w innym etapie historii naszego Kościoła. Opatrzność daje nam czas, żeby dobrze przygotować się do przyjęcia w naszej kościelnej rzeczywistości stałych diakonów, bo przyjdzie taki moment – za 10, 20 a może 30 lat – że księży i u nas zabraknie. Ci diakoni będą wówczas na wagę złota.

Bardzo się cieszyłem, że w dokumencie, który opublikowała Konferencja Episkopatu Polski w 2003 r., znalazł się zapis, że przygotowanie intelektualne diakonów musi być analogiczne z formacją intelektualną prezbiterów, tzn. trzeba mieć magisterium z teologii. To wprawdzie nie jest stuprocentowa gwarancja, że magister teologii będzie mówił zawsze rzeczy absolutnie poprawne, ale to niesamowicie zmniejsza prawdopodobieństwo, że kandydat wyjdzie na ambonę i będzie plótł bzdury. Mamy czas, żeby wypracować struktury i pewną tradycję.

Skoro wymaga się od kandydata studiów teologicznych, to dlaczego ta formacja trwa aż trzy lata?

Na studiach teologicznych świeccy nie otrzymują formacji. Natomiast człowiek, który wchodzi w szeregi kleru diecezjalnego musi nabyć pewnej duchowości, która jest związana z jego powołaniem. Formacja dotyczy tych wszystkich elementów, które w momencie przyjmowania święceń są wyartykułowane przez samego zainteresowanego. To czas, który pozwala np. dojrzeć do tego, czym jest posłuszeństwo biskupowi. Jest też sprawa brewiarza, którego odmawiania nie wymaga się przecież od studentów teologii. Świeckich teologów nikt nie instruuje, jak chrzcić dziecko albo jak odprawić pogrzeb. Diakon musi też umieć poprowadzić śpiew, dobrać odpowiednie pieśni. Świeccy nie studiują też homiletyki, a diakoni nie tylko muszą mieć wiedzę na temat tego, co będą głosić – oni muszą umieć głosić. Diakon jest sługą Słowa. Chodzi o praktyczne zastosowanie wiedzy teologicznej w życiu duszpasterskim.

Trzy lata to nie jest długi okres, zważywszy na fakt, że w grę nie wchodzi tu pełne trzyletnie „skoszarowanie”, jak w seminarium. Panowie przyjeżdżają na dziesięć weekendów w ciągu roku. Jest to rozłożone w czasie, bo nie chodzi o to, żeby szybko przebiec krótki dystans, ale by biec tak długo, żeby poczuć wiatr w uszach. Bo można przecież przeczytać o tym w książce, można pogadać z księżmi, jak się to robi, można nawet przez miesiąc zamieszkać na plebanii i podpatrywać pracę kapłanów, ale zupełnie inaczej człowiek odbiera tę wiedzę w ramach wspólnotowego przygotowania.

Czynnik nadprzyrodzony jest dla mnie tak oczywisty, że o nim w ogóle nie wspominam. Diakonat to nie jest bycie teologiem, ale osobą duchwną dobrze przygotowaną teologicznie. To jest zobowiązujące.

Ksiądz udzielając wywiadów na temat stałego diakonatu często powtarzał, że to jest powołanie. Jak je rozumieć, jak rozeznawać, dla kogo jest ta droga?

To jest trudne pytanie, bo powołanie w ogóle jest rzeczą bardzo indywidualną. Pan Bóg przemawia do każdego w zupełnie inny sposób. Powołanie streszcza się w krótkim „Pójdź za mną” (por. J 21, 22). Ale każdy słyszy to inaczej. Posługa diakonatu stałego jest na pewno dla ludzi, którzy są zakorzenieni w parafii, żyją życiem lokalnego Kościoła, są więcej niż przeciętni.

Niezwykłe świadectwa słyszałem od ludzi, których ta myśl jakby od dawna „prześladuje”. Od momentu, w którym usłyszeli, że mogliby funkcjonować jako mężowie i ojcowie rodzin, a równocześnie być duchownymi, ta myśl nie daje im spokoju. Rozeznają to z różnymi ojcami duchownymi. Poddają to próbie czasu. Niekiedy to mija, a czasem nie przechodzi. Nie mam patentu jak to rozeznać, to dla każdego bardzo indywidualna kwestia. Ważne jednak, aby zdawać sobie sprawę z tego, że Kościół – w osobie biskupa diecezjalnego i innych duchownych odpowiedzialnych za formację – rezerwuje sobie prawo ostatecznej oceny czy kandydat ma powołanie, czy nie. Sytuacja analogiczna ma miejsce w przypadku kleryków, którzy przygotowują się do święceń. Innymi słowy, ktoś może być przekonany, że ma powołanie, ale władza duchowna może stwierdzić inaczej. Miałem takie przypadki, kiedy trzeba było komuś odmówić wstąpienia do szkoły, bądź nawet odmówić dalszej formacji.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama